Tom Hardy: samotny wilk
Fot: Starstock

Tom Hardy: samotny wilk

Buntownik, a zarazem angielski skarb narodowy. Tom Hardy – aktor, scenarzysta, producent i czterdziestolatek – opowiedział „Esquire’owi” o tym, dlaczego po latach gonitwy postanowił zwolnić.
08.03.2019

Plan był prosty. Mieliśmy spędzić dzień na motocyklowej przejażdżce po Londynie, rodzinnym mieście Toma Hardy’ego. Pomysł szybko się jednak posypał. Do tego Tom zaczął przysparzać kłopotów, ledwie zaczęliśmy wycieczkę. Zaparkowaliśmy pod budynkiem St. Leonard’s Court, apartamentowcem w londyńskiej dzielnicy East Sheen. Nie gasimy silników, więc po chwili pojawia się dozorca, bo jeden z mieszkańców skarży się na warczące motocykle. Słysząc narzekanie, Hardy odwraca się na siedzisku swojego Triumpha i wypala: „To musi być nie do zniesienia dla kogoś, kto siedzi w domu we wtorek o trzeciej po południu i nie robi totalnie nic”. Mityguje się jednak błyskawicznie i dodaje: „To się nie powtórzy”.

Jake Gyllenhall: molekularna empatia 

„Jestem najmłodszym właścicielem mieszkania w tym budynku” – śmieje się Tom, gdy dozorca się oddala. Hardy zamieszkał tu piętnaście lat temu, wyprowadził się parę lat później, ale mieszkania nie sprzedał – czasami zatrzymują się tu jego znajomi spoza Londynu. Tom wychował się w tej części miasta, w zachodnim Londynie. Jego rodzice, Chips i Anne, nadal tu mieszkają.

Tom Hardy, photographed by Greg Williams for Esquire, Sep 2018.

Opublikowany przez Cinemaholics Środa, 17 października 2018

 

„Gotowy na wycieczkę krajoznawczą?” – rzuca Hardy i robi przegazówkę. Silnik Triumpha Thruxtona ma przepiękny dźwięk. Plan jest taki: przejedziemy z East Sheen do podlondyńskiego Richmond, w którym Tom mieszka obecnie z żoną Charlotte Riley i ich dzieckiem, jego drugim (ma też dziesięcioletniego syna z poprzedniego związku). Do pokonania mamy niewielki dystans, niecałe trzy i pół kilometra, ale jeśli chodzi o opowieść o życiu Toma – to niemal ultramaraton. „Spadamy” – zarządza Hardy i sadowi się na siedzisku. Wyjąwszy powycierane dżinsy, jest ubrany na czarno, od kasku po buty. Wskakujemy na motocykle i spadamy.

Zmęczony superbohater 

Życie prywatne i osoba publiczna. Te dwa pojęcia definiują, kim jest Tom Hardy. Kiedy musi, pracuje na planie. Kiedy może – ucieka do domu. Trudno pogodzić oba światy, ale niewiele gwiazd pozostaje tak nieugiętych w próbach szczelnego rozdzielenia tych sfer życia. Tom byłby najbardziej zadowolony, gdyby nigdy nie musiały się przecinać. Niestety, zdarza się to, czasem w sposób, który trudno przewidzieć. Zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. W USA jest łatwiej, tam Hardy jest jednym z wielu wziętych aktorów. Z kolei na Wyspach traktują go niemal jak skarb narodowy. W 2018 roku został komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego. To niezwykle cenne wyróżnienie, niemal tak prestiżowe, jak nadanie szlachectwa. W muzeum figur woskowych Madame Tussaud w Londynie jego podobizna stoi obok Elżbiety II, Daniela Craiga czy Davida Beckhama, co ilustruje, z jakim fenomenem mamy do czynienia.

Po raz pierwszy spotkałem się z Tomem w motocyklowym klubie Bike Shed w londyńskiej dzielnicy Shoreditch. To jedna z jego ulubionych miejscówek w mieście – tu świętował swoje 40. urodziny. Trudno się dziwić, że Hardy lubi Bike Shed, jest współwłaścicielem klubu, planuje nawet otwarcie jego filii w Los Angeles. Siedzimy na zewnątrz, Tom wymienia powitania z wytatuowanymi brodaczami, którzy kręcą się wokół wejścia. Ma luźny T-shirt i spodnie bojówki. Włosy krótko przystrzyżone, do tego rudawy zarost, miejscami ubarwiony siwizną.

Na moje powitanie „Jak się masz?” odpowiada niespodziewanie: „Jestem zmęczony”. Ostatni rok to okres intensywnej pracy na planie filmu „Venom”. Tom zagrał w nim główną rolę – dziennikarza Eddiego Brocka, który zmienia się w bestię na skutek spotkania z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji. W świecie komiksów Venom jest jednym z najbardziej znanych wrogów Spider-Mana. Zdjęcia do filmu trwały trzy miesiące i wymagały od Hardy’ego regularnych podróży między Atlantą i Nowym Jorkiem na wschodnim wybrzeżu USA a San Francisco w Kalifornii. Po zakończeniu prac nad „Venomem” Tom ruszył do Nowego Orleanu, by zagrać wyniszczonego przez syfilis Ala Capone’a w filmie „Fonzo” w reżyserii Josha Tranka. Tam tryb pracy był wyjątkowo bezlitosny – dziewiętnaście godzin dziennie, sześć dni w tygodniu. Gdy zakończono zdjęcia, Tom poleciał do Anglii, żeby zdążyć na ślub księcia Harry’ego. Jakim cudem dostał zaproszenie na dworską ceremonię? Tom nie chce o tym mówić. „Harry to świetny gość” – podsumowuje temat.

Aktorski arsenał 

Przez dwadzieścia lat Hardy ciężko pracował na to, by znaleźć się w miejscu, w którym jest dzisiaj. Zaczynał od małych ról w wielkich produkcjach, takich jak serial „Kompania braci” czy film „Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta. Pierwszą znaczącą dla niego rolą był występ w filmie „Star Trek: Nemesis”. Produkcja okazała się jednak porażką i niewielu zwróciło uwagę na dobrą grę aktorską Toma. Kolejna rola, która pozwoliła mu pokazać talent, przyszła pięć lat później. Najpierw zagrał bezdomnego narkomana w produkcji BBC zatytułowanej „Stuart”. Do tej roli zrzucił piętnaście kilogramów. Potem był film „Bronson” o jednym z najbardziej brutalnych więźniów w Wielkiej Brytanii. By dobrze wypaść, Tom przybrał z kolei siedem kilo. Same mięśnie.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Jay Fielden (@jayfielden)

Zmiany wyglądu to tylko część arsenału aktorskich środków wyrazu, z których Tom słynie. „Pracując nad rolą, możesz poprzestać na opanowaniu innego akcentu – mówi. – Ale żeby wypaść wiarygodnie, musisz swoją postać mocno osadzić w prawdzie”. Hardy chętnie wdaje się w dyskusje o grze aktorskiej. „Mam fioła na tym punkcie” – przyznaje. Gdy gra, stara się zatopić się w postaci, rozpłynąć w jej ciele i duszy. Za przykład niech posłuży rola Fitzgeralda, handlarza futer z filmu „Zjawa”. Hardy zagrał tę postać tak dobrze, że wyróżniono go nominacją do Oscara. To przepowiedział mu zresztą Leonardo DiCaprio. Hardy nie wierzył, wiec założył się z Leo. Przegrał zakład, w którym stawką był tatuaż. Teraz na prawym ramieniu Toma widnieje więc napis: „Leo wiele lepiej”.

Hardy jako aktor ma w sobie coś, co sprawia, że nawet średnie filmy zyskują dzięki jego obecności na ekranie. Tak było na przykład z „Mad Maxem”. Zdumiewające jest jednak to, ze – choć uchodzi za nieprzeciętnego aktora – większość filmów w jego dorobku rozczarowywała zarówno artystycznie, jak i pod względem finansowym. „Venom”, wielka produkcja osadzona w świecie komiksowych superbohaterów, miał być przełomem. „Spora presja” – przyznaje Tom pół żartem, pół serio. Wynik finansowy filmu go jednak nie obchodzi. Przekonuje mnie, ze jego jedynym celem jest stworzenie postaci, która okaże się wiarygodna dla widzów. Przyznaje też szczerze, ze przed rozpoczęciem zdjęć o postaci Venoma wiedział niewiele, dlatego zasięgnął rady najlepszego specjalisty, jakiego zna – swojego starszego syna Louisa, miłośnika komiksów o Spider-Manie. On był dla niego źródłem inspiracji.

Do roli Venoma Hardy przygotowywał się ponad rok. Nic dziwnego – jest znany z tego, że scenariusz to dla niego cos na kształt księgi, którą trzeba studiować i odszyfrować. Tom pracę nad rolą zazwyczaj zaczyna od wybrania postaci, które będą dla niego drogowskazem. W przypadku Venoma za przykład obrał sobie trzy osoby: Woody’ego Allena (z powodu jego neuroz), irlandzkiego mistrza mieszanych sztuk walki, Connora McGregora (za brutalność) oraz rapera Redmana. Tomowi przyszło pracować w branży filmowej w czasach, gdy przeżywa ona tektoniczne wstrząsy. Z jednej strony – rynek się zmienia, więksi kupują mniejszych, tak jak Disney, który „połknął” firmę Fox. Z drugiej strony – producentom z Hollywood coraz trudniej przychodzi stawianie czoła ofensywie serwisów streamingowych. W 2017 roku Sony zanotowało potężną stratę. Żeby poprawić sytuację, szefowie firmy postanowili wyprodukować serię filmów opartych o uniwersum Spider-Mana. „Venom” miał być pierwszą z tych produkcji. „Sony ma ciężkie zadanie? To nie mój problem – odpowiada Hardy. – Nie interesuje mnie to”. Tom pielęgnuje wizerunek samotnego wilka w świecie filmowym. „Jestem kimś w rodzaju najemnika. Nie obchodzi mnie, co myśli scenarzysta, reżyser czy widz”. Za chwile mityguje się i wyjaśnia, ze miał na myśli cos zgoła innego: przejmuje sie tym. Do tego stopnia ze czasem, jak mówi, musi odpuścić, żeby nie zwariować.

Tekst Erica Sullivana w całości ukazał się w numerze 1/2019

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez @pentaprismo

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie