Mroczne widmo - rozmowa z duetem Pro8l3m
Fot: Michał Klusek

Mroczne widmo - rozmowa z duetem Pro8l3m

Południowy Pakistan nie jest może wymarzonym miejscem na wakacje. Ale na apokaliptyczną sesję zdjęciową, towarzyszącą albumowi o kryzysie cywilizacji zachodniej - jak najbardziej.
30.04.2019

Dwudziestopięciomilionowe Karaczi w południowym Pakistanie nie należy do miejsc, które często goszczą w popularnych przewodnikach turystycznych. Choć leży nad morzem (a dokładnie – nad Morzem Arabskim) i jest tu gorąco, nie będzie dobrym wyborem, jeśli szukasz eleganckiego kurortu na spokojne i wygodne wakacje. To Azja, z całą jej egzotyką, pięknem, a zarazem nieprzewidywalnością, niekiedy ocierającą się o chaos. Jeśli szukasz spokoju, nie zatrzymuj się w tych stronach, tylko leć dalej na wschód, w stronę Tajlandii czy Malezji. Jeśli potrzebujesz natomiast krajobrazu, który spełni rolę oprawy wizualnej apokaliptycznego albumu traktującego o schyłku cywilizacji, nie mogłeś lepiej wybrać. Do południowego Pakistanu wybrali się Oskar i Steez z grupy Pro8l3m, jednej z najbardziej wyrazistych formacji muzycznych w polskim rapie. Ich celem były pakistańskie demontownie, w których za pomocą prymitywnych narzędzi robotnicy za psi grosz zajmują się złomowaniem gigantycznych statków. W jednej z takich stoczni powstały zdjęcia do najnowszej płyty Problemu, zatytułowanej „Widmo”. Zanim jednak udali się do stoczni, by przyglądać się ginącym stalowym morskim gigantom, zrobili postój w Karaczi, żeby poczuć Azję w jej najbardziej nieokiełznanym wydaniu. Efekt tej eskapady, będącej w dużej mierze improwizacją, możesz zobaczyć w tym najnowszym wydaniu „Esquire’a”.

Przeczytaj też nasz wywiad z autorem zdjęć, Michałem Kluskiem 

Album „Widmo” to, pod wieloma względami, podsumowanie dotychczasowych dokonań duetu, który tworzą Oskar i Steez. Uliczne historie i relacje z zakrapianych imprez mieszają się na niej z pesymistycznymi prognozami na temat przyszłości świata. W warstwie muzycznej słychać z kolei inspiracje płynące spoza rapowego światka. Ale to wciąż rap – nowoczesny, niebędący polską odpowiedzią na amerykańskie trendy, osadzony w tradycji alternatywnej, ale też inspirowany klasyką elektroniki. Tuż po premierze albumu, a przed rozpoczęciem trasy koncertowej, spotkaliśmy się z Oskarem i Steezem, aby porozmawiać o tym, jakie warunki musi spełniać kreatywna firma – z dwoma mózgami operacji, pracującymi na odległość w Warszawie i Kalifornii – by jej funkcjonowanie było dopięte na ostatni guzik.

ESQUIRE: Na okładce nowej płyty „Widmo” stoicie w mocno księżycowej przestrzeni, w pakistańskiej stoczni, w której złomuje się statki. Skąd pomysł na wyjazd w tamten rejon świata?

Oskar: Nie pamiętam dokładnej jego genezy, ale już na potrzeby poprzedniej płyty chcieliśmy zorganizować wyprawę, która nawiązywałaby do myśli przewodniej, czyli upadku cywilizacji zachodniej – być może hipotetycznego, być może nie. Chcieliśmy pokazać na okładce płyty coś, co symbolizuje ten upadek, zaprezentować dystopijną twarz naszej cywilizacji. Azjatyckie cmentarzyska statków dobrze się do tego nadają. Coś, co kiedyś było wielkie, dzisiaj jest martwe. Podobnych złomowisk na świecie jest kilka – między innymi w Chinach i w Bangladeszu – ale największe z nich są niedostępne. Wejść można tylko do tej w pakistańskim mieście Gadani.

Steez: Pomysł wykorzystania gigantycznych złomowanych statków jako elementu identyfikacji wizualnej narodził się jakiś czas temu, ale wówczas nie mieliśmy w budżecie przeznaczonym na płytę środków pozwalających na jego realizację. Nie istniał też kontekst, w którym te rzeczy by zagrały.

Oskar: Dwa wieki temu takie statki symbolizowały rozwój i poszukiwanie nowych lądów, teraz są zapomnianym śmietniskiem Pierwszego Świata. Kończą żywot w pakistańskiej stoczni nie dlatego, że w tym kraju są najlepsi na świecie specjaliści od rozbiórki tankowców, ale dlatego, że prowadzenie takiego przedsięwzięcia w Europie – ze względu na przepisy oraz logistykę – byłoby drogie, a być może w ogóle niemożliwe. To śmieszne, że z jednej strony Zachód angażuje się w pomoc dla takich krajów jak Pakistan, ale z drugiej wysyłamy im całe to żelastwo.

ESQ: Zdjęcie z okładki „Widma” pochodzi ze stoczni, ale naszą rozmowę ilustrują zupełnie inne zdjęcia z Pakistanu.

Steez : Celem naszego wyjazdu była demontownia statków na plaży w Gadani, wiosce w Beludżystanie. Widok tej gigantycznej przestrzeni podzielonej na wiele sekcji rozmieszczonych wzdłuż ośmiokilometrowej linii brzegowej pozostanie w mojej głowie do końca życia. Bazę wypadową stanowiło jednak miasto Karaczi, niesamowicie egzotyczne dla Europejczyka. Czułem się tam tak, jakbym wylądował na Marsie. To nie jest w żadnym wypadku miejsce odpowiednie turystów – hotele dla cudzoziemców chroni się w Karaczi niczym ambasady w czasie konfliktu zbrojnego.

Oskar: To miasto nieturystyczne do tego stopnia, że w samolocie, którym lecieliśmy do Karaczi, oprócz nas nie było innych turystów. U miejscowych wielkie zdziwienie budził fakt, że jako obcokrajowcy poruszamy się po Karaczi bez uzbrojonej ochrony.

Steez : Zdjęcia, które powstały w Karaczi, w dużej mierze są wynikiem eksperymentu, który tam przeprowadziliśmy. Cały koncept przyszedł nam do głowy już na miejscu, w Pakistanie. Improwizowaliśmy. Miejscowy przewodnik pokazał nam plażę w Karaczi i tam postanowiliśmy zrobić zdjęcia. Nic nie było zaplanowane.

ESQ: Wojtek Sokół wspomniał niedawno, że podróże to najlepsza rzecz, którą zafundował sobie za pieniądze zarobione dzięki muzyce. Quebonafide napisał z kolei książkę o swojej podróży. Jakie znaczenie mają dla was takie wyprawy jak ta do Pakistanu?

Steez : W przypadku Quebonafide to trochę inna sytuacja, bo on nagrał cały album na ten temat. I choć podróżowanie oczywiście poszerza światopogląd, tolerancję, wrażliwość, to nie sądzę, żeby w większym stopniu przełożyło się na naszą twórczość.

ESQ: Na płycie znalazł się utwór „Interpol”, w którym daleka podróż czy też po prostu ucieczka jest sposobem na porzucenie miejskiego brudu. Wasza opowieść wydaje się zbliżona do osi fabularnej serialu „Ślepnąć od świateł”. Czy gdyby nie wasz sukces i wprowadzenie do głównego nurtu języka, którym posługuje się Oskar, serialowi udałoby się trafić na tak podatny grunt i spotkać się z takim zainteresowaniem?

Oskar: Język, którym operuję, to połączenie sposobu komunikacji pokolenia, które robiło głupie rzeczy, wychowując się na podwórkach, z moją – dzięki Bogu – elokwencją, ale nie wymyśliłem go sobie. Podobnym operują twórcy serialu „Ślepnąc od świateł”. Jeśli w jakiś sposób zainspirowali się oni tym, jak nawijam, to jest mi miło, ale nie chciałbym tego w żaden sposób rozstrzygać.

Steez: Zaryzykowałbym stwierdzenie, że język bohaterów „Ślepnąc od świateł” i Oskara łączą autentyczność i okoliczności, w jakich ewoluował. Mnóstwo ludzi zna ten slang i posługuje się nim na co dzień, ale nie pojawia się on w publicznym obiegu. Ludzie, którzy fascynują się światem, z którego ten język pochodzi, nie mają reprezentacji w mediach. Nagle poczuli, że ktoś stworzył serial czy utwór poświęcony światu, w którym żyją na co dzień. Dlatego „Nienawiść” w reżyserii Mathieu Kassovitza jest filmem kultowym, bo to głos ludzi, którzy wcześniej nie mieli szansy na taką obecność w medialnej przestrzeni publicznej.

Rozmawiał Łukasz Łachecki. Cały tekst znajdziesz w najnowszym numerze naszego pisma. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie