Michał Kempa: filozoficzne ambicje i wojna ze Słowacją
Fot: YouTube

Michał Kempa: filozoficzne ambicje i wojna ze Słowacją

Samozwańczy mistrz długich i nudnych anegdot, który wyrasta na czołowego komika naszego kraju. Zadawał absurdalne pytania gościom Kuby Wojewódzkiego, komentuje życie polityczne w „Szkle kontaktowym”, gra w piwnicy warszawskiego Klubu Komediowego. Michał Kempa żadnej pracy i żadnego żartu się nie boi.
15.05.2019

Esquire: Jesteś absolwentem prawa, a skończyłeś jako komik. To dość odległe dziedziny.

Michał Kempa: Na prawie jest dużo osób, które dobrze się uczyły w liceum, ale nie wiedziały, co chcą robić w życiu i ja do nich należałem. Mam manię śledzenia biografii znajomych z dawnych lat i widzę, że wielu studiujących ze mną skończyło zupełnie gdzie indziej. Okazuje się, że wydziały prawa na UW i SGH są kuźnią nie prawników i finansistów, ale artystów i ludzi uprawiających kreatywne zawody. Na czwartym roku wziąłem udział w talent show dla stand-uperów, takim raczej przaśnym, na Polsacie, i wygrałem. Nagle jako amator zacząłem dużo występować, bo ludzie kojarzyli mnie z telewizji. Wtedy uznałem, że już na pewno nie zostanę prawnikiem, tylko do końca życia będę jeździł po świecie jako komik. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany, bo programy typu talent show nagle cię windują wysoko, a potem szybko spadasz.

Karaoke za kółkiem. Rozmowa z Jamesem Cordenem 

Esq: Syndrom Alicji Janosz, która spektakularnie wygrała talent show, a potem słuch o niej zaginął?

MK: No właśnie teraz mogę chyba z pewną ulgą powiedzieć, że nie jestem taką Alą Janosz, ale był moment, że czułem się kimś w jej rodzaju. Zauważmy jednak, że o Ali Janosz pamiętamy, a ile było zwycięzców talent show, o których nikt już nie pamięta – to są dopiero tragiczne postacie. Oczywiście to raczej nie jest ich wina – taka jest specyfika tych programów. Przed tym programem nie byłem związany z komedią w żaden sposób, ale od zawsze dość mocno siedział we mnie błazen, czułem więc, że trzeba spróbować. Polecam – jeśli ktoś czuje coś dziwnego, to warto iść za tym głosem.

Esq: Wydajesz się ostatnią postacią do bycia komikiem. Deklarujesz się jako zwolennik nieśmiesznych i smutnych dowcipów.

MK: Nie wiem do końca, jaki jest mój styl, ale rzeczywiście się wyróżniam. Nie odnoszę się do kontrowersyjnych treści, nie mówię żartów o papieżu, a mam zarówno wielu hejterów, jak i zagorzałych fanów. Moja nieśmieszność to chodzenie po linie. Humor awkwardowy niesie ryzyko, że ludzie mogą nie wyczuć tej konwencji. Jeśli łapią, że tylko udaję nieśmiesznego i nieudolnego, to okej, a jeśli nie, to robię z siebie idiotę. Ludzie z wyczuciem ironii są niestety w mniejszości. Większość woli kawa na ławę, żeby rzeczy nazywane były po imieniu. Czegoś takiego nie lubię, wolę rzeczy niedosłowne, mimo że trudno je czasem pokazać.

Esq: Dużo w tobie przekory?

MK: Z jednej strony tak, ale ktoś może powiedzieć, że skoro prowadzę program w Comedy Central i moje zdjęcie jest na reklamach na autobusach, to jestem najbardziej nieprzekornym i komercyjnym komikiem, jaki może być. Ale to też może wynikać z przekory. Na co dzień obcuję z ludźmi zakochanymi w piwnicach, undergroundzie. Wrogich telewizji i lansowaniu się, więc ja na przekór pcham się do mainstreamu. Mam też tak, że gdy widzę kogoś lewicowego, to udaję osobę o radykalnie prawicowych poglądach, i na odwrót. Uwielbiam dyskutować i polemizować, uważam, że to bardzo cenne. Otaczając się ludźmi podobnymi do siebie, rezygnujesz z rozwoju intelektualnego.

Esq: Jak się odnajdujesz w rozkroku między piwnicą a telewizją?

MK: W „Szkle kontaktowym” robię zupełnie inne rzeczy niż w piwnicy. W telewizji trzeba być sprofilowanym, zmieścić się w czasie, patrzeć do kamery, nie można poruszać pewnych tematów, a ludzie na widowni są bardziej spięci. Wszystko jest bardziej sztuczne, co nie znaczy, że nie można tam dobrze wystąpić. Wolę oczywiście piwnicę, ale nie jestem zwolennikiem zamykania się w niej. Do tej piwnicy trzeba jakoś ściągnąć ludzi, a telewizja w tym pomaga.

Esq: Improwizacja, stand-up, performance, filmiki, prowadzenie fanpage’u na Facebooku – łatwo to wszystko ogarnąć?

MK: Minusem tej różnorodności jest jedynie to, że nie mogę się skoncentrować na jednej rzeczy w stu procentach. Nie podoba mi się to, że ludzie zamykają się w jednej dziedzinie, staram się tego unikać. Większość stand-uperów zajmuje się tylko stand-upem – piszą tekst, wychodzą na scenę, mówią tekst i tyle, nie robią nic poza tym. Tak samo było przez lata z polskim kabaretem – on też trzymał się cały czas jednej formy, oczywiście zarabiając na tym duże pieniądze. Jedynie Mumio potrafiło zrobić film, spektakl, fajne reklamy.

Esq: Stand-up i kabaret wielu osobom nie kojarzą się najlepiej.

MK: Tu jest gra hierarchii. Ciągle ktoś się określa względem kogoś. Polski stand-up chełpi się tym, że jest ambitniejszy niż kabaret. To, że są ambitniejsi niż coś, co nie jest ambitne, nie jest samo w sobie żadnym sukcesem. Stand-up patrzy z obrzydzeniem na kabaret, improwizatorzy patrzą z obrzydzeniem na stand-up, a pewnie poeci i ludzie teatru patrzą z obrzydzeniem na improwizatorów. Tworzy się dziwny łańcuch łechtania swojego ego. Moim zdaniem z każdej formy scenicznej można zrobić coś wartościowego, ale trzeba być oryginalnym i nieoczywistym.

Esq: Parę lat temu, gdy nie byłeś jeszcze znany, cytował cię w telewizji Sławomir Nowak, ówczesny minister transportu. Łączy was jakaś tajemnicza więź?

MK: Znajomi toczyli bekę z tego. Na którejś imprezie u mnie znaleźli w gazecie zdjęcie Sławomira Nowaka i korzystając z mojej nieuwagi, przykleili je na suficie nad moim łóżkiem. Codziennie od pięciu lat budzę się i Sławomir Nowak patrzy na mnie z góry. Mam nadzieję, że jeszcze wróci na polską scenę polityczną i mianuje mnie ministrem kultury.

Esq: Drwisz sobie na scenie z wielu osób i zjawisk, siłą rzeczy je negując. Jaki jest więc twój program pozytywny?

MK: Nie zawsze kpię, np. performance, czy jak kto woli – prank, w którym wraz z Wojtkiem Fiedorczukiem przeprowadzaliśmy ludzi przez ulicę i życzyliśmy im wszystkiego dobrego, był pozytywny. Wymyśliłem też kiedyś partię – Polska Partia Ogólna. Można ją znaleźć i poprzeć na Facebooku. W naszym programie postulujemy, że chcemy, żeby „mniej więcej było dobrze”, a nasze hasło wyborcze to „tyle, o ile”. Zdrowy dystans do polityki i spraw publicznych jest wskazany.

Esq: Czyli stoicyzm?

MK: Ambicji filozoficznych akurat nie mamy. Planowaliśmy za to wojnę ze Słowacją. 

Rozmawiał Karol Owczarek. Wywiad ukazał się w Esquire 03, maj/czerwiec 2017

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie