Kit Harington: styl pozostaje

Kit Harington: styl pozostaje

Tuż przed wyczekanym wielkim finałem "Gry o tron" prezentujemy fragment wywiadu z odtwórcą jednej z głównych ról, który znajdziecie w najnowszym wydaniu naszego pisma.
17.05.2019

ESQUIRE: To pytanie musi się pojawić: gdzie kończy się Kit Harington, a gdzie zaczyna się Jon Snow?

Kit Harington: Nigdy nie miałem poczucia, że staję się Jonem Snowem, postacią, którą gram w serialu. Oddziela nas bardzo wyraźna linia, choć oczywiście bez trudu znalazłbym podobieństwa między nami. Jon to dusza-człowiek, szlachetna postać, której w gruncie rzeczy zależy na tym, żeby na świecie zapanowała równowaga i pokój. W pewnym sensie – to ktoś taki, jak ja. Trzeba jednak pamiętać, że gram tę postać już dziewięć lat. Po tak długim czasie muszę uważać na to, by nie utknąć emocjonalnie w tej roli i przypadkiem nie przenosić zbyt dużo jej cech do mojego życia.

Emilia Clarke: harmonia kontrastów

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Kit Harington (@kitharingtonn)

ESQUIRE: Obaj jednak, i ty, i Jon Snow, pokochaliście tę samą kobietę. Serialowy Jon związał się emocjonalnie z Ygritte, a ty – z Rose Leslie, aktorką, która zagrała ją w serialu. W połowie ubiegłego roku Rose została twoją żoną. Jak doszło do tego, że związaliście się ze sobą?

KH: Wszystko wydarzyło się podczas trzech tygodni kręcenia scen do drugiego sezonu „Gry o tron” na Islandii. To właśnie wtedy bohater grany przeze mnie traci opinię twardziela i zakochuje się w swojej prześladowczyni, Ygritte. Tak to się zaczęło. Reszta to chyba zasługa zórz polarnych oraz niesamowitej islandzkich krajobrazów.

ESQUIRE: Zawsze marzyłeś o tym, żeby zostać aktorem?

KH: W pewnym okresie życia zastanawiałem się nad tym, czy lepiej byłoby, gdybym wybrał karierę w mediach. Ta perspektywa bardzo mnie pociągała. Miałem przekonanie, że aktorstwo pozostanie jedynie moim hobby, a zarabiać na życie będę jako dziennikarz. Byłem – i pozostaję do dzisiaj – zafascynowany pracą reporterów wojennych. Szczególnie ceniłem dziennikarza angielskiego kanału Channel 4, który nazywa się – co za zbieg okoliczności – Jon Snow. Marzyłem o tym, by stać się kimś takim, jak on. Zamiast tego jednak zostałem Jonem Snowem, tyle że władającym nie piórem, a mieczem. Producenci serialu najwidoczniej dostrzegli we mnie coś, co przypadło im do gustu. Z kolei ja, dość niespodziewanie, poczułem, że w aktorstwie jest jednak coś elektryzującego.

ESQUIRE: Ty i świat męskiego stylu – jak się w nim odnajdujesz?

KH: Bez trudu. Najlepiej czuję się w rzeczach, które określiłbym jako męska klasyka. Dobrze mi w czerni, ale lubię przełamywać ją kolorowymi akcentami, a także niebanalnymi dodatkami. Cenię krawiectwo miarowe jeśli chodzi o garnitury i stroje wieczorowe. W pracy krawców podoba mi się ich troska o nawet najdrobniejsze detale. Jest takie powiedzenie, że mody przemijają, a styl pozostaje. Podpisuję się pod tym.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Kit Harington (@kitharingtonn)

ESQUIRE: Zauważasz u siebie oznaki upływu czasu? Nie obawiasz się nadejścia wieku średniego, a potem – także starości?

KH: W żadnym razie. Upływ czasu to dla mnie naturalny proces, suma doświadczeń życiowych i tego, co pozostawiamy za sobą, idąc przez życie. Lubię zmarszczki, i u kobiet, i u mężczyzn. Są dla mnie rodzajem drogowskazu, pokazują, na jakim etapie życia się znajdujesz jako człowiek.

ESQUIRE: Praca aktora to nieustanne podróże. Co zabierasz ze sobą, żeby zawsze czuć się trochę jak w domu, nawet jeśli jesteś z dala od niego?

KH: Zawsze pakuję do walizki małego pluszowego misia polarnego. To mój talizman. Kupiłem go podczas pobytu w Kanadzie i od tej pory podróżuje ze mną wszędzie. Dzięki niemu nawet najbardziej bezduszny pokój hotelowy zaczyna w minimalnym stopniu przypominać mój dom.

Rozmawiała Giorgia Cantarini. Cały tekst znajdziesz w najnowszym numerze naszego pisma. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie