Liam Cunningham: chciałem dotrwać do finału
Fot: Starstock

Liam Cunningham: chciałem dotrwać do finału

„Stworzyliśmy coś, co stało się fenomenem na skalę światową” – mówi Liam Cunningham, odtwórca roli Davosa Seawortha w serialu „Gra o tron”. Czy jest zadowolony z tego, jak zagrał tę postać? W żadnym razie – jego zdaniem pojęcie pełnej satysfakcji z pracy jest obce aktorom.
17.05.2019

ESQUIRE: To już jest koniec. Wielki finał „Gry o tron”. Jakie uczucia towarzyszą ci, gdy o tym myślisz?

Liam Cunningham: Żałoba. Strach przed bezrobociem (śmiech). Czuję się jak członek Beatlesów przed ostatnim w karierze wspólnym koncertem. To oczywiście żarty. Nie jesteśmy tak dobrzy jak John, Paul, Ringo i George. Mamy jednak najlepszy zespół, jaki istnieje w przemyśle telewizyjnym. Do „Gry o tron” zatrudniono świetnych aktorów, reżyserów, choreografów i charakteryzatorów. Wspólnie stworzyliśmy coś, co stało się kulturowym fenomenem na skalę światową. To świetne uczucie wiedzieć, że zrobiło się coś ponadczasowego. Wracając do twojego pytania, pewnego dnia ktoś przychodzi i tę wspaniałą rzecz wyrywa ci z rąk, mówiąc, że to już koniec. Pogodzenie się z tą myślą jest bardzo trudne.

Kit Harington: styl pozostaje (wywiad) 

ESQ: Ta przygoda nie mogła trwać wiecznie. Wszyscy o tym wiedzieliśmy.

LC: Masz rację. Ta historia od początku miała rozpoczęcie, rozwinięcie i zakończenie. „Gra o tron” nigdy nie była pomyślana jako telenowela, która ma ciągnąć się w nieskończoność. Ludzie jednak często zapominają, że twórcy serialu i tak przedłużyli tę historię o trzy odcinki. Serial pierwotnie miał zamknąć się w siedemdziesięciu godzinach, a widzowie dostaną o trzy godziny więcej.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Liam Cunningham (@liamcunningham1)

ESQ: Nie zgodzę się z tobą. Ta opowieść pierwotnie wcale nie miała zakończenia. Wciąż czekamy na finałowy tom serii autorstwa George’a R.R. Martina. Podobno przekazał on reżyserom swoją wersję zakończenia. Myślisz, że z niej skorzystali?

LC: Tego nie wiem. Trzeba by było ich o to spytać. Mam natomiast świadomość, że George R.R. Martin od początku wiedział, jak skończy się historia, którą wymyślił, po prostu droga do tego finału nieco mu się wydłużyła. Logika jednak podpowiada, że oba zakończenia, i to serialowe, i to książkowe, powinny być zbieżne. Nie wiem, w jakim stopniu będą się pokrywać, ale ich wymowa powinna być taka sama. To oczywiście jedynie moje spekulacje, więc proszę, nie traktuj ich jako pewnik. Nie mam żadnych wieści od George’a R.R. Martina.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Liam Cunningham (@liamcunningham1)

ESQ: Czytałeś scenariusz finału serialu. Wiesz, co się wydarzy.

LC: Bałem się, że moją reakcją będzie zawód i rozczarowanie. W tym przypadku jednak wszystko zostało sensownie połączone. Są zaskoczenia, ale nie ma poczucia, że coś jest wymuszone. Moja agentka, gdy dowiedziała się, że przeczytałem tekst ostatniego odcinka „Gry o tron”, miała tylko jedno pytanie: „Czy jest okej?”. Chciała się upewnić, czy nie czeka jej rozczarowanie. Powiem ci to samo, co powiedziałem jej: nie będzie rozczarowania. Teraz widzowie mogą odetchnąć z ulgą.

ESQ: W „Grze o tron” aktorzy nie mogli być pewni, czy postacie grane przez nich dożyją do końca sezonu. Tobie udało się przetrwać do końca. Zaskoczony?

LC : Gdy zaczynałem pracę na planie, chciałem dotrzeć do finału. Gdy to się stało, pomyślałem, że chcę dotrwać do finałowego odcinka. Pamiętaj jednak, że aktorzy nigdy nie są zadowoleni ze swojej pracy. Poczucie pełnej satysfakcji jest nam nieznane.

Rozmawiał Dawid Muszyński. Cały tekst znajdziecie w najnowszym numerze "Esquire'a" 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie