"Buntuję się przeciw wszystkiemu z czym się nie zgadzam..." – wywiad Esquire'a z Jackiem Borcuchem
Zdjęcia: Sebastian Ciuliński/ Studio MMP

"Buntuję się przeciw wszystkiemu z czym się nie zgadzam..." – wywiad Esquire'a z Jackiem Borcuchem

Wywiad Esquire'a z reżyserem Jackiem Borcuchem, twórcą filmów "Wszystko, co kocham" i "Słodki koniec dnia".
19.06.2019

Mówią o nim, że jest weteranem amerykańskiego festiwalu Sundance, jednej z najważniejszych imprez filmowych na świecie. Dostać się tam to już sukces. Jacek Borcuch był w Sundance ze swoimi filmami trzykrotnie i za każdym razem wracał z nagrodą – w tym roku za rolę w "Słodkim końcu dnia", jego najnowszej produkcji wyróżniono Krystynę Jandę. Film zdobył też główną nagrodę na tegorocznym Off Festiwalu.

 

ESQUIRE: Przyznajesz, że więcej mówią o tobie filmy niż wywiady, z drugiej strony w filmach chowasz się za bohaterami – więc jak to właściwie jest?

Jacek Borcuch: Chowam się w tym sensie, że nie obsadzam siebie, jak chociażby Woody Allen, wypowiadam się przez postacie, które wymyślam. A wywiady? Sam wiesz, jak to wygląda. Dostajesz serię pytań, na które próbujesz znaleźć sensowne odpowiedzi. Opowiesz jakąś barwną anegdotę, a potem dziennikarze nawiązują do niej w każdej rozmowie.

ESQ: Nie znamy się jeszcze, a co mógłbym powiedzieć o tobie na podstawie filmów? Kiedy je oglądam, widzę buntownika, melancholika, w każdym razie faceta z refleksją nad tym, jak czas obejdzie się z jego apetytem na życie, na wolność.

JB: Można by pewnie jeszcze coś dorzucić, ale zgadzam się. Bunt i melancholia. Buntuję się przeciwko wszystkiemu, z czym się nie zgadzam, przeciwko głupocie chyba najbardziej. Bliskie jest mi powiedzenie Victora Hugo: „Mam to szczęście, że jestem nieszczęśliwy”. Myślę o przemijaniu – nie że się do tego zmuszam, po prostu tak jestem skonstruowany. Z drugiej strony, im bardziej czuję czas, tym bardziej kocham życie. Robię wszystko, żeby moja przygoda tu na Ziemi, była najlepsza z potencjalnie możliwych.

ESQ: Dlaczego właściwie zacząłeś kręcić filmy?

JB: W latach 90. w Polsce powstawało śmieciowe kino, nie dało się tego oglądać. Wyjątkiem byli chyba tylko Pasikowski i Krzysiek Krauze. W trakcie jednego z seansów w mojej głowie pojawiła się bezczelna myśl: gdybym miał chociaż jedną czwartą tego budżetu, to nie zrobiłbym gorzej. Nie lepiej, bo wtedy jeszcze nie wiedziałem, co tak naprawdę potrafię, ale na pewno nie gorzej. To właśnie Krzysiek namówił mnie do debiutu. Pomagałem mu przy dialogach do „Długu”. Stwierdził, że mam dobre ucho i powinienem pisać. A ja na to, że coś już mam, pokazałem mu scenariusz. Przeczytał i powiedział: „Rób”. Kolega akurat przywiózł kamerę cyfrową, jedną z pierwszych w Polsce, postanowiłem to wykorzystać.

ESQ: Nie żal ci było aktorstwa?

JB: Nie zdążyłem tak naprawdę pokochać aktorstwa, więc pojęcie żalu było mi zupełnie obce. Zagrałem dużą rolę w „Długu” Krauzego i gdybym chciał to robić, pewnie jakoś dałbym sobie radę, ale wtedy bardziej zainteresowany byłem obserwowaniem pracy reżysera i operatora Bartka Prokopowicza.

ESQ: Serio? Debiut w „Długu” to brzmi jak spełnienie marzeń.

JB: Przygotowując się do „Długu”, godzinami słuchaliśmy nagranych na taśmy opowieści dwóch chłopaków, którzy odsiadywali w więzieniu 25-letnie wyroki za morderstwo. To było mocne przeżycie, coś bardzo poruszającego. Potem, kiedy zobaczyłem gotowy film, byłem nim trochę rozczarowany. Pomyślałem wtedy, że zrobiłbym to inaczej. Podobał mi się Andrzej Chyra, chciało się na niego patrzeć. Ma to coś, co w kinie jest szczególnym darem, kinową fotogeniczność. To bardzo rzadkie.

ESQ: „Dług” wygrał festiwal w Gdyni w 1999 roku. Na tym samym festiwalu pokazano wyreżyserowanego przez ciebie „Kallafiorra”.

JB: Dziś nie da się już tego oglądać, przynajmniej ja nie mogę i trudno to nazwać filmem. To była zabawa, reżyserska wprawka zaledwie, ale dwadzieścia lat temu zrobiło się wokół tego niespodziewane zamieszanie. Pisano, że to „posttarantinowska dogma”. To był czas kiedy Quentin Tarantino pokazał w Cannes „Pulp Fiction" a Lars von Trier ogłosił słynny manifest Dogmy. Zadzwonili z festiwalu w Gdyni, że chcą pokazać mój film. Po seansie podszedł do mnie Roman Gutek z propozycją wprowadzenia „Kallafiorra” do dystrybucji. Parę dni później zadzwonił Krzysztof Zanussi. Myślałem, że ktoś robi sobie ze mnie jaja, ale naprawdę dzwonił Zanussi, który był zachwycony filmem, porównywał go do francuskiej Nowej Fali i bardzo pomógł mi przy kolejnym projekcie („Tulipany” – przyp. red.). Rok 1999 był więc dla mnie przełomowy. Wtedy się dowiedziałem co chce robić w życiu a czego na pewno nie.

ESQ: Co ci dał powrót do czasu młodości we „Wszystko, co kocham”? Poza tym, że powstał świetny film.

JB: Odbyłem podróż w czasie, podróż do młodzieńczych uniesień i pierwszego życiowego buntu. Reżyserując Mateusza Kościukiewicza myślałem o sobie i swojej pierwszej miłości. Ten skok w przeszłość nigdy by się nie wydarzył, gdybym dwa lata wcześniej nie pojechał na Open’era i nie usłyszał Beastie Boys. Przypomnieli mi energię klasycznego, garażowego punka, którego tam zagrali. Nie słyszałem tej muzyki od lat, zapomniałem, życie poniosło mnie w inne rejony. To doświadczenie było tak silne, że zrezygnowałem ze scenariusza, który był już prawie gotowy. Wróciłem do lat 80., do muzyki, która mnie ukształtowała jako młodego człowieka. Napisałem nowy tekst: „Wszystko co kocham”.

ESQ: Pamiętam, jak pojawiła się informacja, że jedziesz na Sundance. Pierwszy polski film w konkursie tego festiwalu – traktowano to jak osiągnięcie na miarę zdobycia Mount Everestu czy K2.

JB: Film od pierwszej projekcji w Sundance miał bardzo dobre przyjęcie i recenzje, ludzie zaczepiali aktorów na ulicy, wołali za nimi: „Mateusz, Olga, we love you”. Filmem zachwycił się Robert Redford, który w okresie, kiedy dzieje się akcja filmu czyli w roku 1981, był w Pradze u przyjaciół i przyglądał się wszystkiemu z bliska. Dostałem też propozycję wyreżyserowania miniserialu o wampirach. Były to jednak zupełnie inne czasy i ta oferta kojarzyła mi się z tandetnym horrorem – nie przyjąłem jej. Dzisiejszy fenomen serialu jeszcze nie miał miejsca. W 2010 roku telewizja była zupełnie innym medium niż dzisiaj, o Netflixie nikt jeszcze na świecie nie słyszał. Producentka nalegała, żebym leciał do Los Angeles poznać jej szefów. W domu czekała jednak na mnie trzyletnia córeczka, bardzo za nią tęskniłem i nie wyobrażałem sobie, że miałbym jej nie widzieć przez kolejne miesiące. Miałem poczucie, że znalazłem się w Sundance trochę za późno, bo w wieku trzydziestu lat przyjąłbym taką propozycję bez zastanowienia.

ESQ: Żałujesz?

JB: Nie, bo zawsze czułem, że wolę pracować w Europie, tu czuję się najlepiej. Jeśli kiedykolwiek czegoś żałowałem, to najwyżej tematów, które wymknęły mi się z ręki. Nie jestem oczywiście idiotą, jeśli mógłbym zrobić w Ameryce film za duże pieniądze – od początku do końca mój film, to bym go zrobił. Ale Hollywood tak nie działa. Niewielu reżyserów ma pełną swobodę, ostateczne decyzje podejmują producenci. O jakości dubla często decydują zresztą same gwiazdy. Reżyser może być jakiegoś ujęcia zadowolony, a Meryl Streep upiera się, żeby powtórzyć, bo jej specjalistka od wizerunku powiedziała, że włosy się jej źle ułożyły czy za bardzo było widać jakąś zmarszczkę. I trzeba powtarzać. Tego typu praca to nie jest spełnieniem moich marzeń.

ESQ: Karierę w kinie, jak to kiedyś ująłeś, robią „utalentowane, samolubne sukinsyny”. A jakim są materiałem na ojców?

JB: Mam nadzieję, że jestem najlepszym ojcem na świecie. Miłka spędza na zmianę tydzień u mnie, tydzień u mamy. Tego wspólnego czasu nie doceniasz kiedy dziecko jest w domu, wydaje się wtedy oczywistą częścią twojego życia. Kiedyś, jak pisałem – a Miłka była jeszcze mała i ciągnęła mnie za nogawkę spodni, żebym się z nią pobawił, odsyłałem ją do mamy. Musiałem się skupić, nie czułem wtedy, że coś tracę. Dzisiaj nie ma rzeczy, której bym nie zostawił kiedy przychodzi do mnie z pytaniem, sprawą czy po prostu chce, żebym na przykład jej poczytał. Bo mimo że ma już trzynaście lat, wciąż lubi jak jej czytam, lubi barwę mojego głosu, dobrze jej się przy tym zasypia. Jestem jej tabletka nasenną. Nie mam złudzeń, że czasem jej się po prostu nie chce czytać, nie przeceniam tej sytuacji. (śmiech) Cieszę się, że udało nam się zbudować szczerą, przyjacielską relację. Nic się z tym nie równa. Mam nadzieję, że w przyszłość będę tym pierwszym czy drugim numerem, który wykręci w potrzebie.

 

Jacek Borcuch: Zawsze czułem, że wolę pracować w Europie. Tu czuję się najlepiej.

 

ESQ: Miłka zagrała w twoim ostatnim filmie „Słodki koniec dnia”. Skąd ten pomysł?

JB: Gdzieś to już chyba powiedziałem: uznałem po prostu, że skoro mam się użerać z jakąś trzynastolatką, to niech to będzie moja córka. Na szczęście Miłka jest oswojona z obiektywem. Od urodzenia męczę ją zdjęciami. Jak była mała, jeszcze się buntowała, ale w końcu przestała zwracać na to uwagę. Miała więc ten komfort, że nie zauważała kamery. Pamiętam, jak siedziała kiedyś nad jeziorem ze swoją kuzynką. Na mój widok z aparatem kuzynka powiedziała: „O, patrz, znowu będzie nam robić zdjęcia”. A Miłka na to: „Daj spokój, udawaj, że tego nie widzisz”. To jest istota filmu: udawaj, że kamery nie ma, że to prywatna sytuacja. Z początku Miłka nie rozumiała, dlaczego proszę o dubel. Myślała, że może coś zrobić nie tak. Dopiero jak zobaczyła, że Krystyna Janda czy Kaśka Smutniak powtarzają jedną scenę po kilka razy, zrozumiała, że dubel to formuła poszukiwań wpisania w pracę na planie. Myślę też, że obawiała się trochę perspektywy tej pracy: bała się, że dorośli będą dla niej wymagający tak jak nauczyciele w szkole. Na tydzień przed zdjęciami w Toskanii powiedziała, żebym się nie obraził, ale bardziej jara się jakimś obozem końskim, na który jedzie zaraz po zdjęciach niż filmem. To jej pasja, jeździ konno od lat. Skacze przez wysokie przeszkody, czasami spada z konia. Jako ojciec jestem tym przerażony, ale zabronić jej nie mogę. Nie wybaczyłaby mi tego, za bardzo ją kocham.

ESQ: Trzynaście lat, czyli już za chwilę pójdzie do liceum?

JB: W przyszłym roku. Dlatego z przerażeniem obserwuję to, co się teraz dzieje w Warszawie po dewastującej reformie oświaty, którą dzieciakom i ich rodzicom zgotowała najgorsza minister edukacji w historii tego kraju – Anna Zalewska.

ESQ: Jak wspominasz czas szkoły? Pojawił się na twojej drodze nauczyciel, który coś zmienił?

JB: Profesor języka polskiego Zygmunt Krukowski. Wspaniały facet, bardzo przystojny, wyglądał jak Alain Delon. Zawsze w koszuli i pod krawatem, który luzował w trakcie lekcji. Jego zajęcia, wypełnione były aromatem kawy i papierosów, który bardzo pasował do opowieści o Mickiewiczu czy Miłoszu. W tamtych czasach nauczyciele czasami palili papierosy w klasie, dzisiaj nie do pomyślenia. Te lekcje ukształtowały moją wrażliwość. Miały trochę uniwersytecki charakter.

ESQ: Czyli?

JB: Chodzi o to, jak nas traktował, w jaki sposób tłumaczył. Mam w głowie rytuał z początku lekcji. Krukowski zaciągał się papierosem, wypuszczał z ust dym, przejeżdżał palcem po liście nazwisk w dzienniku i mówił: „To kto dzisiaj coś nam opowie…”. Pamiętam jak raz padło na mnie i szybko wydało się, że jestem zupełnie nieprzygotowany. Na szczęście lubił mnie. Zapytał, co tak interesującego robiłem, że nie miałem czasu zajrzeć do książki. Opowiedziałem, jak poprzedniego dnia do późna próbowaliśmy z chłopakami z zespołu, że w weekend gramy koncert itd. Skończyło się czwórką. Po lekcji jedna koleżanka z mojej klasy zaczepiła mnie i powiedziała, że zupełnie nie rozumie za co Krukowski dał mi tę czwórkę, ale ja rozumiałem: dostałem ją za punkrockową poezję, dostrzegł we mnie kogoś, kto zmaga się z istotą języka, pisze teksty, jest wrażliwy.

ESQ: Masz jeszcze kontakt z kolegami z zespołu?

JB: Nasze drogi się rozeszły. Jedynie z Danielem cały czas współpracujemy. Jest autorem muzyki do wszystkich moich filmów. Bez niej tych filmów by nie było – albo byłyby zupełnie inne. W latach osiemdziesiątych wszyscy mieliśmy jakąś kapelę, każdy próbował grać po garażach, piwnicach czy salkach domów kultury, władza pozwalała na festiwale muzyki nowej generacji. Krążyły między nami kasety zarejestrowane na koncertach w Jarocinie, nikt się nie przejmował fatalną jakością dźwięku. Dlatego bardzo często słyszałem po „Wszystko, co kocham”: „To jest film o moim życiu, też miałem dziewczynę i band”. Wszystkich nas ukształtowała PRL-owska rzeczywistość. W telewizji były tylko dwa programy. Jak puszczali wieczorem kryminał, odcinek „Stawki większej niż życie” albo poranną transmisję z Wyścigu Pokoju, na ulicach było pusto. Czy mieszkałeś w Kwidzynie, czy w Krakowie, nieważne. Mogłeś pojechać na drugi koniec Polski, wyciągałeś kapsle: jestem Olaf Ludwig, a ja Szurkowski – każdy kumał o co chodzi. Dopiero muzyka i subkultury zaczęły to zmieniać.

ESQ: Właściwie skąd wzięło się w tej historii kino?

JB: Dzięki mamie. W telewizji przez większość dnia nie było co oglądać: w przedpołudniowym paśmie programy edukacyjne, potem informacje rolnicze i jakieś dokumenty. Dopiero nocą leciała klasyka: Antonioni, Bergman, Fellini, Kurosawa. Ojciec kazał nam się kłaść do łóżka po dzienniku. Mama pozwalała nam oglądać filmy, kiedy już zasypiał – a zwykle zasypiał wcześnie i bardzo szybko. To na nich się wychowaliśmy.

ESQ: Dzisiaj nawet w kręgu bliskich znajomych każdy ogląda inne filmy czy seriale, tyle tego jest.

JB: Mam swoje ulubione seriale, czekam na przykład na drugi sezon „Młodego papieża”, ale oglądam zdecydowanie mniej niż kiedyś. Nie żebym zrobił się teraz bardziej wybredny, to raczej kwestia biologii. Badania wykazują, że ok. 33. czy 35. roku życia przechodzimy tę mityczną "smugę cienia". Wszystkie procesy chemiczne w organizmie zaczynają być in minus. Obserwuję bardzo powolną degradację wszystkiego poza głodem życia. Postrzegam swój mózg jak nasiąkniętą mocno gąbkę. Dbam o niego, nie chcę przyjmować za dużo „płynów”, dlatego oszczędzam zmysły, kontroluję liczbę bodźców.

ESQ: Dieta?

JB: Tak. Jem lekkostrawne rzeczy, wyeliminowałem węglowodany. Zastanawiam się też nad mięsem, które bardzo lubię, ale martwią mnie konsekwencje hodowli, produkcji paszy itd., całe to widmo radykalnych zmian środowiska, których sam nie odczuję pewnie w takim stopniu, jak moja córka i jej dzieci. Nie mam złudzeń, że będę dzięki temu wszystkiemu dłużej żył, ale mam przynajmniej czystsze sumienie.

ESQ: Sport?

JB: Moja przygoda ze sportem zakończyła się w połowie liceum. Trenowałem intensywnie, wręcz wyczynowo lekkoatletykę. W końcu jednak uznałem, że zajmuje mi to za dużo czasu, a miałem lepsze rzeczy do roboty. Skończyło się na obniżeniu oceny ze sprawowania. Żeby sprawa była jasna: jak mi kardiolog powie, że mam się zacząć ruszać, to wrócę do tego. Na szczęście póki co nie powiedział.

ESQ: Gdybyś nie siedział naprzeciwko mnie, pomyślałbym, że rozmawiam ze staruszkiem.

JB: Zawsze tak miałem. „Tulipany” były moim wyobrażeniem na temat starości, nie spodziewałem się, że zbliży się ona tak szybko. Najbardziej dramatyczne były jednak 30. urodziny. Świadomość, że nigdy już nie będę miał dwudziestu paru lat… Straszna sprawa, zareagowałem wręcz histerycznie.

ESQ: A za rok pięćdziesiątka.

JB: Z pięćdziesiątką jestem pogodzony, mentalnie mam piąty krzyżyk na karku przynajmniej od kilku dobrych lat.

ESQ: W jednym z wywiadów zapowiedziałeś ostatnio pół żartem, pół serio, że po pięćdziesiątce zamierzasz wrócić do grania.

JB: Może się spełnić (śmiech) Dostałem propozycje, żeby zagrać Tadeusza Konwickiego w filmie o Kalinie Jędrusik, rola jest drugoplanowa, nie duża, ale Konwicki to jeden z moich ulubionych pisarzy i artystów, nie mogłem odmówić.

 

Rozmawiał Piotr Guszkowski

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie