George Clooney w ostatnim wywiadzie Davida Grangera
Starstock

George Clooney w ostatnim wywiadzie Davida Grangera

David Granger pyta, czy starsi faceci powinni dać sobie spokój z robotą. George Clooney odpowiada gestem Kozakiewicza.
09.08.2016

Parę rzeczy musimy sobie wyjaśnić od razu. Po pierwsze, nie miałem przyjemności poznać Amal, o co ostatnio pytany jest każdy, kto spotyka się z Clooneyem. Po drugie, George zrobił mi Nespresso. Zdaje się, że wielu ludzi to bawi. Ale odbyło się to całkiem zwyczajnie, nawet nie wymienił nazwy Nespresso, po prostu spytał, czy mam ochotę na kawę, podszedł do ekspresu i przygotował nam po filiżance. Ja wprawdzie liczyłem na tequilę, ale było za wcześnie. Po trzecie – i z tym się trzeba przez chwilę oswajać – wygląda i zachowuje się dokładnie jak George Clooney. To trochę zaskakujące, ale jest właśnie taki, jak można się spodziewać.

Na sesję zdjęciową przychodzi piętnaście minut wcześniej i wygląda jak spod igły. Doskonały garnitur, doskonała koszula, doskonały krawat – ma się wrażenie, że ktoś go wystroił, ale ponieważ nikogo innego nie ma w pobliżu, wypada założyć, że dał radę sam. Ma jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu, waży pewnie siedemdziesiąt parę kilo. Przystojniak. Włosy staranie ułożone do zdjęcia. (Za to Bill Murray wręcz przeciwnie – przyjechał na sesję w krótkich bojówkach, T-shircie i kamizelce wędkarskiej, i w bejsbolówce na głowie). Jedyne, co trochę szwankuje w tym nienagannym wizerunku, to noga – w trakcie sesji daje się zauważyć, że Clooney lekko utyka. Poprzedniego wieczora na jego korcie rozegrał się emocjonujący mecz pickleballa. Nie wiem na pewno, ale zdaje się, że był też alkohol. W każdym razie po kilku godzinach grania pochylił się, żeby podnieść piłkę, upadł i nie mógł się poruszyć. Wypadnięcie dysku. Rano przed sesją zdjęciową dostał w szpitalu znieczulenie, żeby jakoś przetrwać ten wyczerpujący dzień. Dla niego to żaden problem. Obiecał, że będzie i jest.

 

 

DG: Nie do wiary. Pierwszy raz wystąpiłeś na naszej okładce w 1999 roku, po pięciu latach grania w „Ostrym dyżurze”.

GC: To była świetna okładka.

DG: Pamiętam, jakie to było dla nas ważne. Pracowałem w magazynie od niecałych dwóch lat, cienko wtedy przędliśmy. A kiedy Sam Jones zrobił to zdjęcie, wszyscy pomyśleli: Nareszcie okładka godna „Esquire’a”.

GC: Nigdy nie miałem lepszej.

DG: W ciągu ostatnich kilku dni przeczytałem wszystkie teksty, które ukazały się u nas o tobie. Niezwykłe doświadczenie.

GC: Nie wątpię.

DG: Nie pamiętałem ani jednego.

GC: W to też nie wątpię.

DG: Myślę, że od czasu tej okładki i od kiedy jestem naczelnym magazynu, mężczyźni mają coraz bardziej pod górkę, częściowo z powodu rosnącego wpływu kobiet, z czego oczywiście się cieszymy, a częściowo z powodu polityki równouprawnienia. Ty natomiast przez te wszystkie lata z łatwością zachowywałeś swoją męską twarz, przynajmniej z pozoru.

GC: Bo miałem w życiu wiele dobrych wzorców. Mój ojciec jest niezwykle bystry i ma wspaniałe poczucie humoru. Niektórzy ludzie po prostu dobrze się czują w swojej skórze. Mam kilku dobrych przyjaciół, którzy są tacy. Taki jest też mój ojciec. I wujek.

DG: Prawdopodobnie nie boli cię fakt, że zdobyłeś sławę już po trzydziestce.

GC: Noah Wyle miał dwadzieścia trzy lata, kiedy „Ostry dyżur” wszedł na ekrany. Po piątym czy szóstym odcinku mieliśmy już czterdzieści milionów widzów. Pamiętam, jak Noah mnie pytał: „Czy to dobry wynik?”. Odpowiedziałem: „To już się drugi raz w twoim życiu nie powtórzy”. Ja z mojej perspektywy szczęśliwie potrafiłem już ocenić, czy coś jest dobre, czy nie.

DG: Teraz trudno to sobie wyobrazić, ale przez kawał życia musiałeś walczyć o byt, jak każdy inny Amerykanin.

 



GC: Owszem, ale przez większość tego czasu jakoś zarabiałem na życie. Bycie aktorem nie jest wcale takim lekkim zawodem. Zawsze trwa walka, bo serial mogą zdjąć w każdej chwili i trzeba szukać następnego. Ludziom się wydaje, że aktorzy zarządzają swoją karierą. Ale kiedy usiłujesz znaleźć pracę, to nie zarządzasz żadną karierą, tylko po prostu usiłujesz znaleźć pracę. I doskonale wiesz, że dopiero na dużo późniejszym etapie będziesz mógł przebierać w rolach. Na początku chodzi tylko o to, żeby dostać jakiś angaż i po prostu przetrwać.

DG: Pamiętasz jeszcze, jak to było?

GC: Reżyseruję teraz film [„Suburbicon”] i oglądałem taśmy z castingów, z różnymi aktorami, z którymi pracowałem i którzy przychodzili na przesłuchania. Byli naprawdę dobrzy i na ich widok przypominało mi się: „A, przecież wystawialiśmy razem sztukę na Melrose Avenue w 1984”. To jest prawdziwa wspólnota.

DG: I na czym polega różnica między tobą a tamtym aktorem, z którym grałeś w 1984?

GC: To jest kombinacja całej masy czynników, ale jedna rzecz jest w tym wszystkim niezbędna – szczęście. Zagrałem w trzynastu pilotach seriali i siedmiu serialach. Grałem w serialach, które uznano za bardzo dobre i takich, które uznano za beznadziejne. Żaden z nich nie chwycił. I wreszcie dostaliśmy serial w czasie najlepszej oglądalności – w czwartki o dziesiątej wieczorem. To od dawna najlepsze pasmo i serial się przebił. Cofnij się do roku 1994 i zobacz, jak wyglądał pierwszy sezon „Ostrego dyżuru”. To telewizja na najwyższym poziomie.

DG: Zdobyłeś popularność na samym początku nowej ery sławy, kiedy…

GC: Kiedy to już nie była taka świetna zabawa. Dawniej można się było cieszyć sławą. Szło się na premierę, publiczność wiwatowała, rozdawało się autografy, a potem jechało do restauracji na kolację i miało się święty spokój. Od czasu do czasu przyczepił się jakiś paparazzo. A teraz? Teraz każdy ma przy sobie telefon z aparatem. Gdyby tak było, kiedy miałem dwadzieścia pięć lat, byłoby pełno zdjęć, na których wyciągają mnie z baru za nogi. Bo nie raz przeholowałem. Bawiłem się do oporu. A gdybym był wtedy sławny i bogaty, bawiłbym się dziesięć razy huczniej. Miałem po prostu szczęście, że aparaty w komórkach nastały, kiedy byłem już trochę po czterdziestce.

DG: Sława jest obecnie czymś w rodzaju obosiecznego miecza. Jesteś jednym z najsławniejszych mężczyzn na świecie, ale na jednym biegunie jesteś ty, a na przeciwnym Donald Trump. A jemu idzie tak dobrze nie tylko dlatego, że wykorzystuje nastroje rasistowskie. Ludzie kupują tę retorykę dlatego, że jest znany.

GC: A jest już znany jakieś trzydzieści pięć lat.

DG: Dobrze znasz Hillary Clinton. Zdarzyła ci się jakaś sytuacja, w której okazało się, jaka ona jest naprawdę?

GC: W 2008 roku byłem zagorzałym zwolennikiem Baracka Obamy. Kiedy wróciłem z Darfuru w czasie, gdy ona była sekretarzem stanu, sądziłem, że gdy się spotkamy, będzie na mnie zła. Ale nie była.

DG: Jak to jest spotykać się z sekretarzem stanu?

GC: Kiedy wyszedłem z tamtego spotkania, byłem bardzo, ale to bardzo zadowolony, że Hillary jest sekretarzem stanu i że jest świadomą, odpowiedzialną, inteligentną osobą. Uważam, że w kampanii nawet w połowie nie wypada tak dobrze, jak by wypadła w roli przywódcy.

DG: Czy Obama jest zabawny?

GC: Bardzo. Zna się na żartach. Dzwonił do mnie kilka razy po tym, jak wdałem się z kimś w spór o niego. Raz powiedział: „Po co się z nim wykłócasz?”. To było dość zabawne. 

DG: Grałeś z nim kiedyś w koszykówkę?

GC: Graliśmy tu w Los Angeles. Zorganizowaliśmy wspólną imprezę charytatywną i w pewnej chwili zapytał: „Co robisz jutro rano?”. Spytałem, o której dokładnie. „O 5.30. Masz ochotę pograć w kosza?”. Odpowiedziałem, że jasne, na co on, że jesteśmy umówieni. Zapytał: „Jacyś twoi znajomi chcieliby dołączyć?”.

DG: I co, chcieli?

GC: Zacząłem pisać do znajomych, że jest okazja rozegrać mecz koszykówki z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Do dziś mam przed oczami obrazek, jak mój kumpel blokuje prezydenta łokciem. Świetnie się bawiliśmy. Prezydent jest niezłym zawodnikiem.

DG: Jestem zaskoczony, że ma czas grać o wpół do szóstej rano.

GC: Prawda jest taka, że za mojego życia nie było prezydenta, który by musiał zmagać się z takim obstrukcjonizmem. Naprawdę. Cokolwiek by o nim powiedzieć, zdołał zrobić bardzo wiele, zachowując poczucie humoru, jakiego ja na jego miejscu na pewno bym nie zachował. Ja bym w którymś momencie powiedział: „Wiecie co, chłopaki, może wyjdziemy na zewnątrz?”.

DG: Wydaje się, że ty radzisz sobie z konfliktami z dużym opanowaniem. Masz wyraziste poglądy, czasami się oburzasz, a mimo to nie przypominam sobie sytuacji, żebyś miał nieprzyjemności z powodu swojej sławy.
Zdj. Nigel Parry

GC: Człowiek się uczy z czasem, żeby nie kruszyć kopii o byle co, ale o najbliższych zawsze warto walczyć. Nie pozwolisz, żeby twoją żonę stawiano pod pręgierzem. „Daily Mail” pozwoliło sobie na coś takiego, publikując fałszywe informacje. W takich sytuacjach trzeba się postawić.

DG: Byłem w styczniu w Mediolanie i niemal wszyscy tam pytali mnie: „Co się dzieje ze Stanami Zjednoczonymi?”.

GC: Kiedy duński reporter zapytał mnie: „Co się dzieje z Donaldem Trumpem?”, odpowiedziałem: „A co się dzieje z wami? Dopiero co przyjęliście ustawę, na mocy której będziecie przybywającym do was uchodźcom odbierać wartościowe przedmioty, by w ten sposób finansować ich pobyt w waszym kraju, a to już przypomina Niemcy z końca lat trzydziestych”. Ale jak ja mam bronić Stanów Zjednoczonych, kiedy jedyny głos, jaki dochodzi zza oceanu, to zakaz wstępu dla muzułmanów? Na tym właśnie polega problem. Rzecz nie w tym, że tak się stanie, ale w tym, że ślemy w świat takie komunikaty.

A co do Trumpa – miałem wystąpienie w Amsterdamie i znowu mnie zapytano o jego kontrowersyjne poglądy. Powiedziałem: „Słuchajcie, wcale nie zamierzamy robić takich rzeczy. Nie zamierzamy deportować muzułmanów. Nie zamierzamy budować muru”. Problem jednak w tym, że ludzie w innych krajach nieustannie o tym słyszą i nagle we Francji Le Pen zaczyna to popierać. Wszystkie te oszołomy ze skrajnej prawicy mówią: „No, skoro Amerykanie tak myślą…”. To jest prawdziwy problem z Trumpem – że jego pomysły rozchodzą się na resztę świata. Obiecuje, że dopadnie każdego terrorystę, a nawet rodziny terrorystów wyśle na egzekucję. Nie wolno mu na to pozwalać, powinien odpowiedzieć za swoje słowa. Ja mam skazywać rodziny terrorystów na śmierć? To byłby szczyt zbrodni, nikt w cywilizowanym świecie nie poważyłby się na to. Kiedy się takie rzeczy głosi, to jednocześnie pozwala się wszystkim innym myśleć, że im też to wolno.

DG: Patrzysz w przyszłość z optymizmem?

GC: W gruncie rzeczy uważam, że w roku 2008, kiedy gospodarka się załamała, sprawy wyglądały dużo gorzej. Wtedy rzeczywiście myślałem, że jesteśmy w matni.

DG: Bo byliśmy.

GC: Ten kraj jest ogromnym statkiem transportowym, który musi się cały czas powoli obracać, żeby utrzymać prawidłowy kurs, a to trwa znacznie dłużej, niż byśmy chcieli. Ale jeżeli spojrzymy na swoją historię, to naprawdę niejedno spieprzyliśmy. Spieprzyliśmy sprawę z Indianami, spieprzyliśmy sprawę z niewolnictwem. Karygodnie postępowaliśmy z kobietami. Nieustannie coś zawalamy, ale próbujemy się poprawić. Jeszcze nie jesteśmy doskonali, jeszcze wszystkiego nie naprawiliśmy. W 1776 nie mieliśmy jasnej wizji. Konstytucja powstała dopiero w 1787. Trzeba czasu, żeby rozwiązać wszystkie problemy. Ale przypomnę, co się stało w 2008 roku: w momencie, kiedy już myśleliśmy, że nie ma wyjścia z kryzysu i świat pójdzie prosto na dno, wybraliśmy pierwszego afroamerykańskiego prezydenta, który kiedy przemawia, napawa nas autentyczną dumą i sprawia, że świat nie traci zaufania do Stanów Zjednoczonych.

DG: Całe szczęście, że CNN i Politico nie relacjonowały powstawania Ameryki jako niezależnego państwa.

GC: To mnie właśnie doprowadza do szału. To co dzieje się w Syrii nie przebija się na ekrany telewizyjne. Kiedy ciało chłopca, który utonął, zostało wyrzucone na brzeg, przyszła fala współczucia i wszystko szło w dobrą stronę, aż do wydarzeń w Kolonii i San Bernardino. Wtedy wszystko uległo zmianie. Największa katastrofa humanitarna naszych czasów nie jest wcale relacjonowana. Sześć milionów uchodźców to tylko suche liczby. Ale to sześć milionów ludzi. Co by było, gdyby sześć milionów takich chłopców zostało wyrzuconych na brzeg?

DG: To nie jest medialny temat.

GC: Nie jest.

DG: Za to Trump jest medialny.

GC: Debata z wczorajszego wieczora przejdzie do historii jako debata o tym, kto ma większego fiuta. A można było rozmawiać o tym, co naprawdę możemy zrobić w sprawie uchodźców.

DG: Patrząc na ostatnie filmy, w których brałeś udział, odnoszę wrażenie, że z zasady pracujesz tylko z ludźmi, z którymi lubisz pracować.

GC: Zgadza się. Od czasu do czasu próbuję zataczać szersze kręgi, no ale skoro mogę pracować z Coenami, z Soderberghiem, z Alexandrem Paynem... W takim punkcie mojej kariery się teraz znalazłem.

DG: Podobno ostatnio wycofujesz się z aktorstwa.

GC: Ktoś mnie zapytał: „Co będziesz robił za dziesięć lat?”. Ja na to: „Nie sądzę, żeby ktoś chciał patrzeć, jak się starzeję”. Ale humor ulatnia się w druku. Chodziło mi o to, że w przyszłości nie będę mógł grać ról takich, jak do tej pory. Paul Newman rozwiązał to najlepiej. Był prawdziwym gwiazdorem, jednym z najlepszych, a potem został aktorem charakterystycznym.

DG: I były to pamiętne role.

GC: Nie zdarzały się tak często i nie były tak duże. Ja jestem zainteresowany filmami, w których moja rola ma dla mnie jakiś sens. Nie będę grał wiodących ról, jak dotychczas. Są aktorzy, którzy nie potrafią z tego zrezygnować, chociaż ich czas już minął.

DG: I zaczynają ocierać się o śmieszność.

GC: Pokazuje się ich w miękkim obiektywie, ale to już nie działa.

DG: Będę rozmawiał o tym z Billem Murrayem.

GC: To wariat.

DG: Wszystkim się wydaje, że go znają. Czy ludzie czasami źle go rozumieją?

GC: Jest wyjątkowo uczuciowy. Niespotykanie serdeczny i uczuciowy. Wygłosił toast na naszym weselu, bardzo piękny, elegancki i serdeczny. To przemiły człowiek. Potrafi się dostosować do wszystkich, do każdej sytuacji. Życie każdego człowieka jest układanką, w której brakuje jednego kawałka i okazuje się, że on za każdym razem pasuje.

DG: Zastanawiam się, do kogo prędzej oddzwoni– do mnie czy do ciebie?

GC: Bill co roku odwiedza nas we Włoszech. Zwykle piszę do niego esemesa, żeby się dowiedzieć, kiedy chciałby przyjechać, a on nie odpowiada przez trzy miesiące. Potem, kiedy już jestem we Włoszech, dzwoni i mówi: „Jestem tu”. Kiedy pytam, gdzie dokładnie, odpowiada: „Pod twoją bramą”. Otwieram, on wchodzi i już.

Albo inna historia: Nagrywaliśmy w naszym włoskim domu dubbing „Fantastycznego Pana Lisa”. Przyjechał Wes Anderson i inni, a Bill miał pojawić się następnego ranka. Rano dowiedzieliśmy się, że Owen Wilson próbował popełnić samobójstwo. Wtedy Wes i reszta stwierdzili, że muszą natychmiast wracać. Ale Bill miał być za dziesięć dni w Wenecji i nie wiedział, co zrobić. Wtedy znałem go słabo, tylko z kilku przyjęć, ale zaproponowałem, żeby został. I po prostu siedzieliśmy i oglądaliśmy telewizję, chodziliśmy ćwiczyć na siłowni. Robiliśmy różne rzeczy i godzinami potrafiliśmy nie zamienić słowa. Wychodziłem przed dom i znajdowałem go leżącego w trawie i gapiącego się w niebo, i tak samo kładłem się w trawie i zaczynałem patrzeć w górę. Przez dwie godziny po prostu gapiliśmy się w gwiazdy. On naprawdę taki jest. Nieprawdopodobnie ciepły, wrażliwy, przyjazny, i po prostu pasuje do każdego.

 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie