Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście
Forum/Zumapress.com

Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście

Przeczytaj fragment książki o polskiej legendzie himalaizmu.
31.08.2016

Wpadam w letarg, co się dzieje?

Pod McKinley, najwyższy szczyt Ameryki, trudno się dostać. Nie ma dróg, do masywu dostępu broni długo leżący śnieg, pustkowie, wezbrane wody z topniejących lodowców i roje kąsających owadów. Kiedyś sprzęt i żywność ciągnęły zimą psie zaprzęgi. Wspinacze wracali pod masyw latem. Teraz, kto ma pieniądze, na lotnisku w Talkeetna może wynająć samolot. Taniej niż psi zaprzęg. Kukuczka w pamiętniku: „Don Sheldon ma nas przewieźć na lodowiec. Okazuje się bardzo miłym facetem, ciągle uśmiechniętym, ale nieco postrzelonym. Robi wrażenie, że na pieniądzach zależy mu najmniej”.

Rozmowa dziwna.

Polacy o transporcie: – Ile to nas będzie kosztowało?

Sheldon: – Ach, jak wspaniałe są te moje góry!

– To ile za sam bagaż?

– No przecież nie pójdziecie piechotą.

Polacy: – Jeśli będzie trzeba…

Sheldon: – Skoro nie macie pieniędzy, możecie zapłacić za dwa lata, a bagaż, do jasnej cholery, wrzućcie teraz do samolotu. Właśnie lecę po klienta na lodowiec pod McKinleyem, mogę zabrać za darmo 300 kilogramów waszego ładunku.

"Jest to mój pierwszy lot w życiu"

Członkowie polskiej wyprawy lecą następnego dnia cessną. Kukuczka notuje: „Jest to mój pierwszy lot w życiu. Ciasnota nieprzeciętna, w czteroosobowej kabinie oprócz mnie i Furmanika lecą jeszcze trzy wory, trzy bębny, benzyna. Dopiero z wysokości widać, jakie to tereny. Dostępu do gór bronią olbrzymie mokradła, później ogromny lodowiec, mocno potrzaskany. Oglądamy piękne góry przypominające Alpy. Nie spodziewałem się, że są tu takie ściany. Myślałem, że jest tu tylko jedna góra. Lądujemy na lodowcu. Chłopcy, którzy przylecieli wcześniej, rozbili już kilka namiotów. Obok obóz mają dwie Amerykanki. Ku naszemu zdziwieniu chodzą zupełnie rozebrane do połowy. Ech... chciałoby się już iść w góry”.

"Wszystko pokryte śniegiem i lodem"

Jest ciężko. Słońce zachodzi na krótko, noc miesza się z dniem. Bezsenność. Wytyczają drogę na szczyt – zachodnim żlebem południowej ściany. Bazę mają opuścić w czwartek 20 czerwca, ale pogoda fatalna. Adam Zyzak, uczestnik wyprawy, napisze o niej tak: „Latem jest bardzo kapryśna. Gdy wieje od morza, jest ciepło, mglisto, pada śnieg lub deszcz. Gdy powieje od północy, łapie siarczysty mróz. Kiedy w dolinach temperatura przekracza plus 30 stopni, na szczytach mogą szaleć huragany przy 30-stopniowym mrozie, a załamania pogody trwają nawet kilkanaście dni. Wszystko pokryte śniegiem i lodem”.

"Ruszam się jak mucha w smole"

Wychodzą z bazy dwa dni później, tuż po północy. Kukuczka: „Przed nami śnieżna grań wyglądająca dosyć łatwo. Śnieg bardzo dobry. Beton, do którego wchodzą tylko kolce raków. Po 50 metrach zaczynają się jaja. Pod trzycentymetrową warstwą cukru szklisty lód. Zaczynam się ślizgać. Wybijam wygodny stopień i czekam. Mam spodnie pełne strachu. Stoimy w trójkę na polu lodowym, bez jednego haka. Wystarczy, że jeden się poślizgnie... Wyrąbuję kolejne stopnie. Po 40 metrach nie czuję rąk ani nóg. Odczuwam okropne zmęczenie. To chyba wpływ wysokości. Jestem zdenerwowany, ruszam się jak mucha w smole”.

Niedziela, kolejny etap. „Idzie mi się ciężko, co krok oddech, a to przecież dopiero wysokość 3800 metrów! Ruchy stają się mechaniczne: czekan, krok, oddech. Partnerzy uważają, że mam najlepszą kondycję. Hm...”. Dalej: „Mordęga, śnieg po pas i kondycja nie ta. Dość mam lodu, śniegu, tej góry. Wkurwiony jestem nie wiadomo na co, a właściwie wiadomo: na wszystko i wszystkich. Złość moja potęguje się, kiedy grań okazuje się nie do przejścia. Kilka godzin mordęgi na nic”. Biwak. „Czuję się fatalnie, głowa chce mi pęknąć. Nie smakuje mi nawet zupa”.

Z dobrych wiadomości – trwa mundial, Polska wygrywa spotkania w grupie z Argentyną i Haiti.

Adam Zyzak chce dołożyć do sukcesu piłkarzy wyczyn polskich alpinistów: – No, jak jeszcze wykosimy tę górę… Kukuczka ma wątpliwości: „Wkurwiam się na takie wspinanie. Idziemy po 5-6 godzin dziennie, a resztę przesypiamy i przejadamy. W takim tempie nie wiadomo, czy dojdziemy do szczytu. Ciekawa rzecz. Jak idę, czuję się doskonale. Gdy przychodzi biwak, zaczyna się ból głowy, apatia”.

"Upajam się widokiem"

25 czerwca notuje: „Jesteśmy już na wysokości 5500 metrów. Wszystkie otaczające nas góry są pod naszymi stopami. Upajam się widokiem”. Ale nie trwa to długo. Słońce kryje się za granią McKinleya. Temperatura momentalnie spada. Minus 20, a za chwilę minus 30 stopni. „Tracę czucie w palcach nóg, ściągam buty i włażę do śpiwora. Obok Janusz jęczy z zimna, dygocze jak w febrze. Wpadam w letarg”. Co się dzieje?

Profesor Lech Korniszewski, uczestnik wielu wypraw górskich, wyjaśniłby to tak: – Gdy pobieramy powietrze, przyswajamy tlen, a wydychamy dwutlenek węgla. Ale nie całkiem. Jego ślady w postaci bezwodnika kwasu węglowego krążą we krwi. Są potrzebne, bo dla mózgu to sygnał, że musi pobudzać oddychanie. W rozrzedzonym powietrzu dochodzi do paradoksu. Oddychamy częściej, żeby pobrać więcej tlenu, ale wydalamy też sporo dwutlenku węgla. Gdy spada jego stężenie we krwi, ośrodek oddechowy nie jest dostatecznie pobudzany. Mózg wysyła sygnał: nie oddychać. Nic nie można poradzić, to odruch bezwarunkowy, niezależny od naszej woli. W ostateczności śmierć.

"Ciągnę na linie pozostałych członków wyprawy jak barany na postronku"

26 czerwca Kukuczka notuje: „Budzi mnie okropny ból głowy i oczu. Głowa to rozumiem, ale oczy!? Jestem tak słaby, że na myśl o wyjściu ze śpiwora ogarniają mnie dreszcze. Leżę w namiocie i rozmyślam. Rację miał Adam ze swoim wywodem na temat aklimatyzacji. Myślałem, że wysokość 6 tysięcy metrów jest jeszcze malutka, by zbytnio się nią przejmować. W marzeniach przedwyprawowych widziałem siebie, jak ciągnę na linie pozostałych członków wyprawy jak barany na postronku, ku szczytowi. Teraz ledwo żyję i coś mi się zdaje, że będzie odwrotnie”.

"Okazuje się, że jesteś szmata"

Trzy oddechy – krok, cztery oddechy – krok. Mroczki przed oczami. Wreszcie wypłaszczenie przed szczytem. „Myślę o nim z przerażeniem. Jest tak niedaleko, ale zdołam wyjść na niego w takim stanie? Staram się iść jednostajnie. Co 30 kroków odpoczynek, niestety długo nie wytrzymuję tego tempa, spadam do 20 kroków, potem do dziesięciu, a później więcej leżę, niż idę. W głowie się kręci, ciało odmawia posłuszeństwa. Szczyt zamiast się przybliżać, wydaje się oddalać”. Ale Kukuczka się nie poddaje. Mówi do siebie: „Ty, wielki alpinista, chłopcy cię chwalą, że masz żelazną kondycję, jesteś wytrzymały, twardy, medalista, a okazuje się, że jesteś SZMATA. Myślę o kraju, o kolegach, rodzinie, Celinie. Zdaje mi się, że patrzą na mnie z uśmieszkiem litości. Idę”.

Koledzy są już na szczycie. Bilczewski nadaje komunikat przez radio: „Jako Polak i jako kierownik wyprawy Alaska’74 chcę pozdrowić z tego miejsca, z najwyższego szczytu Ameryki Północnej, Mount McKinley, wszystkich Polaków w świecie, wszystkich Polaków w kraju, wszystkich tych, którzy pomogli nam, abyśmy ten biało-czerwony proporzec wynieśli tu, gdzie Polaków jeszcze nie było”.

"Mam jeszcze 50 metrów!"

Kukuczka wciąż walczy. – Masz jeszcze 50 metrów! – informują koledzy, którzy schodzą ze szczytu. – Musimy już zmykać, bo odmrażamy nogi – mówią.

Jak mu się to udało? Wie jedno. „TO SZCZYT! Stoję chwilę i momentalnie trzeźwieję. Jest około minus 40 stopni, na szczęście nie ma wiatru. Godzina 23.20. Ostatnie chwile słońca. Cała Alaska pode mną. W głębi duszy narasta coś, co trudno określić. Nadludzki wysiłek, jaki musiałem ponieść przed chwilą, zabarwia się na kolor różowy, błękitny. A w tych kolorach nawet najczarniejsze piekło jest przyjemne”.

McKinley mści się niepogodą. Wiatr coraz silniejszy, mgła gęstnieje. Nie widać na 10 metrów, którędy na dół?

Adam Zyzak i Jurek Kukuczka schodzą w pierwszej parze. Na przełęczy gubią drogę.

Adam: – Musimy poczekać, zobaczymy, co zdecyduje kierownictwo.

Jurek: – Zanim do nas dojdą, spróbujmy znaleźć drogę.

Adam: – Nie!

Jurek: – Tak!

Kukuczka szarpie Zyzaka. Kolejna przełęcz, a na niej prowizoryczne igloo. Malutkie, ciasne. Wczołgują się do środka, po chwili dołączają pozostali.

Śnieg siecze twarze, mróz przenika grube puchowe kurtki

Gdzie są? Na przełęczy Denali? Którędy teraz? Na zewnątrz lodowe piekło. Wiatr ścina z nóg, śnieg siecze twarze, mróz przenika grube puchowe kurtki. Trzeba przeczekać, ale instynkt podpowiada: schodzić. Na przełęczy Denali zamarzła przecież kiedyś cała siedmioosobowa wyprawa amerykańska.

Ci, którzy mają najwięcej sił, wiążą się liną i formują „tramwaj”. Na czele Janusz Baranek. Walka z zamiecią i wiatrem, który przekracza prędkość 120 kilometrów na godzinę. Kukuczka: „Idziemy na wyczucie, nie słychać komend, nie widzimy swoich partnerów. W pewnym momencie słyszę krzyk, który stawia mi moje rzadkie włosy dęba. To krzyk człowieka, który już kiedyś słyszałem. Było to raz w życiu, 26 marca 1971 roku. Po tym krzyku Piotr przestał żyć. Oglądam się za siebie. Lina sztywna, nie można iść ani w przód, ani w tył. Pewnie ktoś poleciał, ale nie wiem kto. Tracę czucie w nogach. Słyszę komendę: Wracamy!”.

10 Październik 1989 roku. Jerzy Kukuczka w obozie czwartym lub piątym na stoku Lhotse. Archiwum rodzinne Jerzego Kukuczki.

Nikt już nie pyta, co robić dalej

Dopiero w igloo Kukuczka dowiaduje się, co się stało. Adam Zyzak wpada w szczelinę, na szczęście jest przywiązany. Wyciągają go resztką sił. Jerzy Sznytzer nie wytrzymuje napięcia, rozwiązuje linę i wraca samotnie do igloo. Nikt już nie pyta, co robić dalej. Wszyscy muszą znaleźć schronienie, jeśli chcą przeżyć. Cała dziewiątka nie zmieści się w igloo. Rozkładają namioty jak płachty i wślizgują się do środka.

Kukuczka: „Wchodzę oblodzony, jak stoję, do śpiwora. Rano budzę się, jakby mnie ktoś zakopał w kupie zimnego, wilgotnego gnoju. Wszystko, co na sobie mam, wraz z kurtką i śpiworem, kompletnie mokre. Jest mi zimno. Bilczewski smaruje mi oczy oxycortem i podaje pabialginę. Zasypiam”.

Każdy skupiony na sobie

Muszą zejść w dół, pogoda na chwilę się poprawia, ale zaraz znowu piekło. Morale siada, ekipa zrezygnowana. – Dajcie pić – proszą słabsi koledzy, ale nikt ich nie słucha. Każdy skupiony na sobie.

Kukuczka z Bilczewskim pełnią dyżury w igloo. Tylko tam można na kuchence benzynowej ugotować wodę i przyrządzić coś do jedzenia. Wołają kolegów na posiłek, nikt nie rusza się z namiotów. Bezwład mocniejszy od głodu.

Góra nie zamierza ich wypuścić

Ocena sytuacji: Niewesoło. Jest jeszcze trochę jedzenia, ale maszynki już nie działają, wszyscy przemoczeni. Palce dłoni Bilczewskiego odmrożone, wyglądają jak nadmuchane baloniki. Trzeba jak najszybciej uciekać z tej przeklętej przełęczy. Próbują po raz kolejny, ale góra nie zamierza ich wypuścić. Znów idą „tramwajem”. Jurkowi Sznytzerowi luzuje się rak. Mężczyzna spada w dół, ciągnie za sobą dwóch kolegów. Szczęście, bo lina zaczepia się o wystający głaz. Do Sznytzera schodzi Bilczewski, zdejmuje puchowe rękawice, odmrożonymi palcami zakłada mu rak na but, tak łatwiej. Gdy wdrapują się na przełęcz, nie mają już sił. Znowu powrót do igloo.

Ciasno. Kukuczka: „Nogi mam gdzieś pod Bilczewskim, on swoje trzyma pod moją pachą. A na nas dwóch spoczywa, sapiąc, ogromne cielsko Furmanika”.

Jeśli pogoda się nie poprawi, zamarzną na tej górze

Jurek Kala dostaje ataku kolki nerkowej. Wyje z bólu. Musi pić dużo wody, a to znaczy, że pozostali nie dostaną ani kropli. Jeśli pogoda się nie poprawi, zamarzną na tej górze.

1 lipca, poniedziałek. Bilczewski wychodzi rankiem z igloo i krzyczy: – Słońce!!

Chwała Bogu! Jakby się na nowo narodzili. Układają słowa piosenki i schodząc, śpiewają: „Gdyśmy Kinley zdobywali, na Denali wiatr nas zmógł...”.

Kukuczka czuje, że drętwieje mu stopa. Przed wyjściem zdejmuje but i skarpetę. Duży palec u stopy cały siny, reszta fioletowa do połowy.

– Trzeci stopień odmrożenia – pokazuje kolegom Kukuczka.

– Drugi – pociesza go Bilczewski.

Kukuczka i tak przerażony. Głupio tak stracić palce. Przed wyjściem ślubuje: „Jeśli wyjdę z tego cały, daję na mszę świętą”. Wychodzą z obozu około godziny 17. Kukuczka: „Jestem słaby jak dziecko, chwieję się. Idę, jakbym miał po raz pierwszy raki na nogach”.

"Parzą w gardle, ale smakują wybornie"

Boże, nie pozwól, żeby trzecia próba zejścia z góry zakończyła się fiaskiem. Na szczęście wiatr cichnie. Odcinek z grani na plateau na wysokości 4200 metrów pokonują na tyłkach. Przed atakiem szczytowym zostawili tam namiot z żywnością i napojami. Tylko że namiot zasypała lawina. Granatowa płachta, może uda się dojrzeć choć kawałeczek. Jest! Spod śniegu wystaje czubek. Dokopują się do skarbu: puszki z kompotami i sokiem pomidorowym, gotowane boczek i wołowina. Soki piją na wpół zamrożone. „Parzą w gardle, ale smakują wybornie”.

Idą przez lodowiec, co chwilę ktoś zapada się po pas w rozmoczonym śniegu. Zimna patelnia – z góry żar, z dołu lód.

Wtorek 2 lipca, w końcu widać obóz. Don Sheldon lata nad lodowcem samolotem. Dostrzega grupę ocaleńców, zrzuca im z powietrza galon lodów i skrzynkę Coca-Coli. Ambrozja.

Teraz już pędem do namiotów. Lekarz wita chłopaków piwem i morzem kompotu.

Susan tuli do piersi

Bilans wyprawy (za doktorem Michałem Glińskim):

Adam Bilczewski – policzki jakby poocierane papierem ściernym, na opuszkach prawie wszystkich palców surowiczy wysięk; odmrożenia, ale niegroźne.

Krzysztof Tomaszewski – idealnie cały. Jan Bagsik i Adam Zyzak też w dobrej kondycji.

Henryk Furmanik – powierzchownie odmrożony jedyny paluch u nogi (drugi stracił wcześniej w Tatrach).

Jerzy Kalla – powierzchownie odmrożone opuszki palców rąk, najbardziej lewego kciuka i nieco odmrożony policzek; po kolce nerkowej ani śladu; mocz oddany w obecności lekarza żółty, bez podbarwienia krwią.

Jerzy Kukuczka – twarz w świetnym stanie, świeci się jak pupa noworodka, duży paluch stopy aż do główki śródstopia siny, obrzękły, bez czucia; z pękniętego pęcherza na szczycie sączy się mętny płyn; siność palca, otoczona czerwonym rąbkiem pęcherza przechodzi w obrzęk grzbietu stopy; nie obejdzie się bez amputacji.

Jerzy Kukuczka w szpitalu w Anchorage. Podczas wspinaczki na górę McKinley odmraża duży palec stopy. Nie da się go uratować. Archiwum rodzinne Jerzego Kukuczki.

Jerzy Sznytzer – skrajnie wyczerpany, oczy uciekły mu w głąb oczodołów, twarz szara, pochylona nisko głowa, dłonie opuchnięte, nie mieszczą się w przemoczonych wysiękiem rękawiczkach (jak je zdjąć, żeby nie odeszły ze skórą?); opuszki palców czarne,

tętno 140 uderzeń na minutę, oddechów około 22.

Kukuczka i Sznytzer muszą natychmiast jechać do szpitala.

Dr Mills ma sławę najlepszego na Alasce specjalisty od odmrożeń. „Rozcinają mi palec na moich oczach”. Potem kroplówki, dwa razy dziennie kąpiele, zmiana opatrunku, tabletki, szpitalna nuda. Telewizja amerykańska – zdaniem Kukuczki – porządna. „Rozebrane kobiety rzadko w niej widać, za to dużo jest strzelaniny, westernów, pościgów samochodowych, lania w mordę i reklam. Potrafią kilkanaście razy przerwać film w najciekawszym momencie. Doba hotelowa w szpitalu kosztuje 95 dolarów, do tego zabiegi, lekarstwa, honorarium dla doktora. Szpital wystawia rachunek. Miny nam rzedną”.

"Szkoda mi palucha. Przez 26 lat przyzwyczaiłem się do niego"

Palca Kukuczki nie da się uratować. „Szkoda mi palucha. Przez 26 lat przyzwyczaiłem się do niego” – pisze. Próbują mu jeszcze przeszczepiać tkanki. Ból nie do zniesienia. Kukuczka żartuje: „Na szczęście była przy mnie pielęgniarka Susan, która stosowała znieczulenie naturalne, tzn. przy każdym większym bólu tuliła mnie do swych wcale dużych piersi”.

Po zabiegach Polacy mogą opuścić szpital. Bilczewski denerwuje się wysokością rachunku: 6379 dolarów za dwie osoby.

Książka "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście" autorstwa Dariusza Korotko i Marcina Pietraszewskiego ukazała się nakładem wydawnictwa Agora.



Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie