Gra o dron
iStock

Gra o dron

Dzieci dostają je na komunię, za to przemytnicy używają ich do szmuglowania kontrabandy, a terroryści – do przeprowadzania zamachów. Dwa polscy inżynierowie znaleźli sposób na to, jak chronić nas przed zagrożeniami ery dronów.
07.08.2018

Piętnaście lat temu mało kto wiedział, czym są. Gdy stały się popularne, z początku wydawały się fajnymi, ale drogimi zabawkami, rozrywką dla hobbistów. Nie zauważyliśmy, kiedy stały się wszechobecne, tanie, a przy okazji także potencjalnie niebezpieczne. Nie dlatego, że mogą spaść ci na głowę. Ich wszechobecność zwiastuje jednak koniec prywatności. Są też inne, dużo poważniejsze konsekwencje tego, że drona możesz dzisiaj kupić za śmieszne pieniądze na AliExpress. Małe, trudne do wykrycia maszyny latające, zabawki, które funduje się dzieciom na urodziny, mogą zdziałać bardzo dużo dobrego – przynosić pomoc w strefach dotkniętych klęskami żywiołowymi, lokalizować ogniska pożarów lasów, tropić wieloryby zaplątane w sieci rybackie.

Czytaj też: Największa afera finansowa w historii Francji 

Jednak w rękach terrorystów mogą zmienić się w broń. Stały się też najlepszym przyjacielem przestępców, szmuglerów, szpiegów i wszelkiej maści szemranych organizacji, które wykorzystują fakt, że społeczeństwa są bezbronne wobec tych urządzeń. Wszystkie znane zabezpieczenia wydają się dzisiaj przestarzałe. Możemy zaryglować drzwi przed złodziejem, potrafimy odseparować więźniów od reszty świata wysokim murem, zbudować zasieki na granicy między państwami, postawić uzbrojonych strażników i betonowe bariery, by nikt niepowołany nie wdarł się do jednostek wojskowych, elektrowni jądrowych czy rafinerii. W tym systemie istnieje jednak istotna luka – jest nią przestrzeń powietrzna.

Ślepi i bezbronni

W 2014 roku media zelektryzowały informacje o niezidentyfikowanych obiektach krążących wokół elektrowni jądrowych we Francji. Nie wiadomo było, kto je posłał i w jakim celu. Gdyby zrobili to terroryści, mogłoby dojść do tragedii. Kilka miesięcy później pojawiły się doniesienia o tym, że bojownicy Państwa Islamskiego używają dronów w walce z amerykańską armią. Gdy zaczęli ginąć żołnierze, świat zdał sobie sprawę z zagrożenia. Niebezpieczeństwo było realne, ale trudne do wykrycia. Nikt nie wiedział, jak powstrzymać nowe zagrożenie z powietrza. No, prawie nikt. Specjaliści z wielu krajów od dawna zdawali sobie bowiem sprawę, jak ogromnym problemem mogą stać się trudne do wykrycia małe obiekty latające. W tym gronie byli też Maciej Klemm i Dariusz Piesiewicz, dwaj inżynierowie z Polski. Mieli sprecyzowany plan, co z tym fantem zrobić.

Czytaj też: Lodowi wojownicy 

„Bez fałszywej skromności mogę przyznać, że wyprzedziliśmy wszystkich – mówi z uśmiechem Dariusz Piesiewicz, jeden ze wspomnianej dwójki, współwłaściciel firmy APS i współtwórca systemu wykrywania i neutralizacji dronów o nazwie Ctrl+Sky, jednego z najbardziej kompleksowych rozwiązań tego typu na świecie. – Mieliśmy szczęście. Zanim ludzie zaczęli bać się dronów, pracowaliśmy już nad technologią zdolną do ich neutralizacji. A gdy pojawiły się pierwsze artykuły o zagrożeniach związanych z dronami, postanowiliśmy skupić się tylko na nich. Można powiedzieć, że życie dopisało za nas scenariusz wypadków” – tłumaczy. Jak wpadli na ten pomysł? „Nie wpadliśmy – odpowiada Piesiewicz. – Już wcześniej konstruowaliśmy radary do wykrywania obiektów powietrznych, włożyliśmy w ich rozwój naprawdę mnóstwo wysiłku. W międzyczasie media zaczęły donosić o dronach siejących spustoszenie i wdzierających się na teren ściśle strzeżonych obiektów. Życie dało nam odpowiedź, do czego mógłby posłużyć nasz wynalazek. Świat zaczął panikować, że jesteśmy bezbronni. Tymczasem my spokojnie rozwijaliśmy naszą technologię”.

Latająca kontrabanda

Po raz pierwszy o dronach zrobiło się głośno kilkanaście lat temu, w trakcie drugiej wojny w Iraku. Wtedy wojska amerykańskie na dużą skalę zaczęły stosować samoloty bezzałogowe. Ich zadaniem było tropienie żołnierzy Al-Kaidy w miastach i na bezdrożach. Maszyny wielkości niedużego samolotu zawisały na wiele godzin w powietrzu, czekając na wskazówki, kogo atakować. Ludzie, którzy nimi sterowali, siedzieli przed monitorami na drugim końcu świata, w bazach na terenie USA. Namierzali, a potem przeprowadzali ataki. Rebelianci nie mogli dostrzec, skąd pochodził ostrzał, od którego ginęli. Po prostu – śmierć spadała z nieba. Mieli karabiny i granatniki przeciwpancerne, które okazywały się bezużyteczne, bo przeciwnik, zamiast ruszać na front w hummerach czy transporterach opancerzonych, siedział przed monitorem, popijając colę. Maszyny takie jak Reaper czy Predator, bezzałogowce stosowane przez US Army, stały się najbardziej znienawidzonymi obiektami na irackim i afgańskim niebie. To był początek, tak się zaczęło. Amerykańskie drony były duże i używała ich tylko armia. Co się zmieniło w międzyczasie? Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym miniaturowe urządzenia latające, produkowane w chińskich fabrykach, nie są bronią w służbie armii. Służą za to przestępcom, szpiegom i terrorystom. Tu i teraz.

Recepta na drony

Darek Piesiewicz i Maciek Klemm poznali się na uczelni. Razem studiowali na Politechnice Gdańskiej i od początku chcieli wspólnie założyć firmę. Najpierw wciągnęła ich nauka, więc plany biznesowe odłożyli na później. Obaj zrobili doktoraty z dziedziny elektroniki w Niemczech i Szwajcarii, a Maciek dodatkowo kształcił się jeszcze na uczelni w Bristolu. Zdobył tam grant dla najlepszego młodego inżyniera. Brytyjski parlament nagrodził go medalem, a premier Tony Blair – uściskiem dłoni na oczach setek kolegów z uczelni. Kariera naukowa stała przed nim otworem, ale wydarzenia potoczyły się inaczej. Zanim wrócili do Polski, objechali pół świata. Przy okazji obserwowali, jak robi się biznes w oparciu o nowe technologie. Potem przyszła pora na własną działalność. Zaczęli w 2012 roku, od firmy Si-Research produkującej elementy do radarów. Chcieli stworzyć produkt unikatowy: skuteczny, a równocześnie tani i energooszczędny. Maciek kilkakrotnie angażował się w tworzenie startupów z branży technologicznej. „Gdy zorientowaliśmy się, że jesteśmy w stanie zbudować perfekcyjnie działający system antydronowy, postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Inni szukali recepty na to, co się dzieje, a my mogliśmy wypisać ją w zasadzie od ręki. Mieliśmy doświadczenie dotyczące tworzenia sensorów radarowych, teraz wystarczyło je tylko przetestować i udoskonalić. Poczuliśmy, że to szansa na globalny sukces” – opowiada Darek, wspominając narodziny systemu, który dzisiaj znany jest pod nazwą Ctrl+Sky.
Cały tekst Janusza Schwertnera znajdziesz w najnowszym, lipcowo-sierpniowym numerze naszego pisma 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie