Gra o dron. Jak wygląda podniebna przyszłość?
iStock

Gra o dron. Jak wygląda podniebna przyszłość?

Dzieci dostają je na komunię, za to przemytnicy używają ich do szmuglowania kontrabandy, a terroryści – do przeprowadzania zamachów. Dwaj polscy inżynierowie znaleźli sposób na to, jak chronić nas przed zagrożeniami ery dronów.
28.01.2019

Piętnaście lat temu mało kto wiedział, czym są. Gdy stały się popularne, z początku wydawały się fajnymi, ale drogimi zabawkami, rozrywką dla hobbistów. Nie zauważyliśmy, kiedy stały się wszechobecne, tanie, a przy okazji także potencjalnie niebezpieczne. Nie dlatego, że mogą spaść ci na głowę. Ich wszechobecność zwiastuje jednak koniec prywatności. Są też inne, dużo poważniejsze konsekwencje tego, że drona możesz dzisiaj kupić za śmieszne pieniądze na AliExpress. Małe, trudne do wykrycia maszyny latające, zabawki, które funduje się dzieciom na urodziny, mogą zdziałać bardzo dużo dobrego – przynosić pomoc w strefach dotkniętych klęskami żywiołowymi, lokalizować ogniska pożarów lasów, tropić wieloryby zaplątane w sieci rybackie.

Czytaj też: Największa afera finansowa w historii Francji 

Jednak w rękach terrorystów mogą zmienić się w broń. Stały się też najlepszym przyjacielem przestępców, szmuglerów, szpiegów i wszelkiej maści szemranych organizacji, które wykorzystują fakt, że społeczeństwa są bezbronne wobec tych urządzeń. Wszystkie znane zabezpieczenia wydają się dzisiaj przestarzałe. Możemy zaryglować drzwi przed złodziejem, potrafimy odseparować więźniów od reszty świata wysokim murem, zbudować zasieki na granicy między państwami, postawić uzbrojonych strażników i betonowe bariery, by nikt niepowołany nie wdarł się do jednostek wojskowych, elektrowni jądrowych czy rafinerii. W tym systemie istnieje jednak istotna luka – jest nią przestrzeń powietrzna.

Ślepi i bezbronni

W 2014 roku media zelektryzowały informacje o niezidentyfikowanych obiektach krążących wokół elektrowni jądrowych we Francji. Nie wiadomo było, kto je posłał i w jakim celu. Gdyby zrobili to terroryści, mogłoby dojść do tragedii. Kilka miesięcy później pojawiły się doniesienia o tym, że bojownicy Państwa Islamskiego używają dronów w walce z amerykańską armią. Gdy zaczęli ginąć żołnierze, świat zdał sobie sprawę z zagrożenia. Niebezpieczeństwo było realne, ale trudne do wykrycia. Nikt nie wiedział, jak powstrzymać nowe zagrożenie z powietrza. No, prawie nikt. Specjaliści z wielu krajów od dawna zdawali sobie bowiem sprawę, jak ogromnym problemem mogą stać się trudne do wykrycia małe obiekty latające. W tym gronie byli też Maciej Klemm i Dariusz Piesiewicz, dwaj inżynierowie z Polski. Mieli sprecyzowany plan, co z tym fantem zrobić.

Czytaj też: Lodowi wojownicy 

„Bez fałszywej skromności mogę przyznać, że wyprzedziliśmy wszystkich – mówi z uśmiechem Dariusz Piesiewicz, jeden ze wspomnianej dwójki, współwłaściciel firmy APS i współtwórca systemu wykrywania i neutralizacji dronów o nazwie Ctrl+Sky, jednego z najbardziej kompleksowych rozwiązań tego typu na świecie. – Mieliśmy szczęście. Zanim ludzie zaczęli bać się dronów, pracowaliśmy już nad technologią zdolną do ich neutralizacji. A gdy pojawiły się pierwsze artykuły o zagrożeniach związanych z dronami, postanowiliśmy skupić się tylko na nich. Można powiedzieć, że życie dopisało za nas scenariusz wypadków” – tłumaczy. Jak wpadli na ten pomysł? „Nie wpadliśmy – odpowiada Piesiewicz. – Już wcześniej konstruowaliśmy radary do wykrywania obiektów powietrznych, włożyliśmy w ich rozwój naprawdę mnóstwo wysiłku. W międzyczasie media zaczęły donosić o dronach siejących spustoszenie i wdzierających się na teren ściśle strzeżonych obiektów. Życie dało nam odpowiedź, do czego mógłby posłużyć nasz wynalazek. Świat zaczął panikować, że jesteśmy bezbronni. Tymczasem my spokojnie rozwijaliśmy naszą technologię”.

Latająca kontrabanda

Po raz pierwszy o dronach zrobiło się głośno kilkanaście lat temu, w trakcie drugiej wojny w Iraku. Wtedy wojska amerykańskie na dużą skalę zaczęły stosować samoloty bezzałogowe. Ich zadaniem było tropienie żołnierzy Al-Kaidy w miastach i na bezdrożach. Maszyny wielkości niedużego samolotu zawisały na wiele godzin w powietrzu, czekając na wskazówki, kogo atakować. Ludzie, którzy nimi sterowali, siedzieli przed monitorami na drugim końcu świata, w bazach na terenie USA. Namierzali, a potem przeprowadzali ataki. Rebelianci nie mogli dostrzec, skąd pochodził ostrzał, od którego ginęli. Po prostu – śmierć spadała z nieba. Mieli karabiny i granatniki przeciwpancerne, które okazywały się bezużyteczne, bo przeciwnik, zamiast ruszać na front w hummerach czy transporterach opancerzonych, siedział przed monitorem, popijając colę. Maszyny takie jak Reaper czy Predator, bezzałogowce stosowane przez US Army, stały się najbardziej znienawidzonymi obiektami na irackim i afgańskim niebie. To był początek, tak się zaczęło. Amerykańskie drony były duże i używała ich tylko armia. Co się zmieniło w międzyczasie? Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym miniaturowe urządzenia latające, produkowane w chińskich fabrykach, nie są bronią w służbie armii. Służą za to przestępcom, szpiegom i terrorystom. Tu i teraz.

Recepta na drony

Darek Piesiewicz i Maciek Klemm poznali się na uczelni. Razem studiowali na Politechnice Gdańskiej i od początku chcieli wspólnie założyć firmę. Najpierw wciągnęła ich nauka, więc plany biznesowe odłożyli na później. Obaj zrobili doktoraty z dziedziny elektroniki w Niemczech i Szwajcarii, a Maciek dodatkowo kształcił się jeszcze na uczelni w Bristolu. Zdobył tam grant dla najlepszego młodego inżyniera. Brytyjski parlament nagrodził go medalem, a premier Tony Blair – uściskiem dłoni na oczach setek kolegów z uczelni. Kariera naukowa stała przed nim otworem, ale wydarzenia potoczyły się inaczej. Zanim wrócili do Polski, objechali pół świata. Przy okazji obserwowali, jak robi się biznes w oparciu o nowe technologie. Potem przyszła pora na własną działalność. Zaczęli w 2012 roku, od firmy Si-Research produkującej elementy do radarów. Chcieli stworzyć produkt unikatowy: skuteczny, a równocześnie tani i energooszczędny. Maciek kilkakrotnie angażował się w tworzenie startupów z branży technologicznej. „Gdy zorientowaliśmy się, że jesteśmy w stanie zbudować perfekcyjnie działający system antydronowy, postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Inni szukali recepty na to, co się dzieje, a my mogliśmy wypisać ją w zasadzie od ręki. Mieliśmy doświadczenie dotyczące tworzenia sensorów radarowych, teraz wystarczyło je tylko przetestować i udoskonalić. Poczuliśmy, że to szansa na globalny sukces” – opowiada Darek, wspominając narodziny systemu, który dzisiaj znany jest pod nazwą Ctrl+Sky.

Broń atomowa kontra samoróbki 

Rzeczywistość roku 2018 wygląda tak: przemytnicy wykorzystują bezzałogowce do szmuglowania papierosów czy narkotyków przez granice. Jedno urządzenie może zabrać na pokład kilka pakunków, dlatego drony posyła się hurtowo, jeden za drugim. Przesyłki przekazywane są w ustalonym miejscu i czasie. Strażnicy graniczni mogą jedynie przeklinać w poczuciu bezsilności – drony ze szmuglem przekraczają granice sprawniej niż ludzie i bardzo trudno jest je kontrolować. Są niewielkie, ciche i bardzo precyzyjne.

Maszyny bezzałogowe wykorzystywane są też do dostarczania kontrabandy do więzień. Importuje się tą drogą narkotyki, telefony komórkowe czy broń. Koledzy osadzonych mocują zamówione przedmioty do dronów i pod osłoną nocy posyłają je pod wskazany adres. Małe obiekty latające mogą też stwarzać zagrożenie podczas zgromadzeń publicznych. Nie chodzi jedynie o ryzyko zamachu terrorystycznego, choć ten akurat dość łatwo przeprowadzić przy użyciu bezzałogowca. Niekiedy wystarczy jedna maszyna, by wywołać zamieszki. Pod koniec 2014 roku dron nadleciał nad stadion piłkarski w Belgradzie w trakcie meczu drużyn Albanii i Serbii. Takie spotkania policjanci nazywają „meczami podwyższonego ryzyka”, ale w tym wypadku to znaczne niedopowiedzenie. Relacje między oboma krajami od lat są bardzo napięte, a od 2008 roku, gdy zamieszkane przez Albańczyków Kosowo ogłosiło niepodległość i formalnie oderwało się od Serbii, między Tiraną a Belgradem trwa coś w rodzaju zimnej wojny. Dron, który wtargnął na mecz w Belgradzie, wywołał skandal, bo rozwinął nad murawa flagę Albanii. Fani z Belgradu odebrali ten gest jako prowokację. Na boisku doszło do awantury. Piłkarze skoczyli sobie do gardeł, a kibice chcieli rozprawić się z Albańczykami na trybunach. To, że nikt nie zginął, zakrawa na cud.

Drony wykorzystują też terroryści z ISIS czy rebelianci w Syrii. Dzięki bezzałogowcom mogą atakować przeciwników z powietrza. Taka taktyka pozwalała na przykład zadawać poważne straty oddziałom potęg militarnych, krajom, które dysponują bronią atomową, satelitami, lotniskowcami i pociskami samosterującymi, ale wobec ataków za pomocą drona są bezbronne. Bojowe bezzałogowce można tanio kupić albo jeszcze taniej zmontować je chałupniczo. Przekonała się o tym między innymi Rosja. W styczniu tego roku rosyjska baza lotnicza w syryjskiej prowincji Latakia została zaatakowana przez niewielkie obiekty latające wykonane ze sklejki i uzbrojone w materiały wybuchowe. Co najmniej dwanaście maszyn pojawiło sie znikąd. Rosjanie przekonują, że udało im sie unieszkodliwić większość dronów, ale zarazem przyznają coś innego – wielka potęga militarna nie była w stanie zapobiec atakowi, a kilkanaście samolocików z drewna o mały włos zniszczyłoby ważne lotnisko wojskowe.

Wykryć i zneutralizować 

System Ctrl+Sky, który stworzyła firma Darka Piesiewicza i Maćka Klemma, działa w_prosty sposób. Najpierw – za pomocą zestawu czujników – podejrzany obiekt latający zostaje rozpoznany. Oprogramowanie dokonuje identyfikacji i uruchamia alarm, gdy dron naruszy strefę zakazana, zdefiniowana wcześniej przez użytkownika systemu. Na ekranie można śledzić położenie i ruch każdego obiektu zbliżającego się do wytyczonego obszaru. Nieważne, czy intruz leci w chmurach, czy w strugach deszczu.

Opcja wykrywania obiektów latających jest dostępna dla każdego użytkownika. Można zorientować się, co dzieje się w powietrzu, ale nie da się zareagować na wtargniecie czy niepożądane zachowanie. W pełnej wersji system pozwala na neutralizacje dronów wlatujących w chroniony obszar. W Polsce prawo do tego maja służby mundurowe w sytuacji, gdy stwierdzone zostanie zagrożenie terrorystyczne. Wówczas obiekt naruszający chroniona przestrzeń może zostać zablokowany. System antydronowy uruchamia zagłuszanie sygnału GPS, przez co dron staje się ślepy – urządzenie traci orientację w terenie, musi więc zawrócić. Jeśli tego nie zrobi, zawiśnie w powietrzu albo zostanie sprowadzone na ziemię.

W Polsce przepisy dość rygorystycznie regulują, co wolno operatorom dronów. Karze podlegają działania, które mogą zagrozić bezpieczeństwu innych ludzi, utrudnić ruch lotniczy albo zakłócić porządek publiczny. Dronem nie można latać wszędzie. Istnieje cały katalog zasad. Sterowany obiekt powinien na przykład pozostawać w zasięgu wzroku operatora. Musi być oddalony od ludzi i pojazdów o minimum trzydzieści metrów, a od zabudowań – o sto metrów. Dronami nie wolno latać nad lotniskami, portami morskimi i nad liniami energetycznymi. Na liście zakazanych obiektów są też m.in. banki, muzea i obiekty rządowe. Warto przy tym wiedzieć, ze w Polsce istnieją strefy, po których można poruszać się dronem tylko po uzyskaniu zgody od Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. Chodzi o przestrzenie znajdujące się choćby wokół lotnisk. Strefy te kontrolowane są przez Urząd Lotnictwa Cywilnego, ale przejąć lub wręcz zniszczyć drona poruszającego się niezgodnie z przepisami mogą wszystkie służby, w tym policja i straż graniczna. Jednak nawet najlepsze prawo nie chroni przed nadużyciami i ludzką głupotą, nie wspominając już o przestępcach – oni literą prawa zupełnie się nie przejmują.

Inwestycja prosto z Helu

Gdy po świecie rozniosła się wieść, że polska firma pracuje nad technologią antydronową, do Darka i Maćka zgłosił się pierwszy „anioł biznesu”, inwestor gotów wyłożyć pieniądze na rozwój na wczesnym etapie  rozwoju firmy. Reprezentował amerykański fundusz i był gotowy od ręki zainwestować w projekt Piesiewicza i Klemma. Strony były bliskie porozumienia. „Wycofaliśmy się w ostatniej chwili, bo uśmiechnęło się do nas szczęście. W czasie wakacji na Helu spotkałem kumpla z liceum. Opowiedziałem mu o naszym pomyśle, dodałem, że Amerykanie się nami interesują, a on się strasznie nakręcił. Postanowił wejść w ten projekt z własną kasą. Zainwestował pół miliona złotych i od tego wszystko się zaczęło” – opowiada Piesiewicz.

Tak narodziła się firma APS System, której celem jest produkcja czujników do wykrywania dronów w przestrzeni powietrznej. Z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju firma Darka i Maćka dostała ponad dwa miliony złotych. Te pieniądze poszły na zbudowanie zespołu, opracowanie prototypów sensorów i niezbędne testy. W końcu zaczęły się pierwsze rozmowy z potencjalnymi klientami. Firma z dwóch osób rozrosła się do trzydziestu, z filią w Stanach Zjednoczonych. Konkurencja nie śpi, ale nadal na świecie niewiele jest firm, które tworzyłyby podobne rozwiązania – można je policzyć na palcach jednej ręki. Zaawansowane systemy antydronowe powstały między innymi w USA, Izraelu czy Wielkiej Brytanii. Wielkie koncerny, takie jak Airbus, skupiły się wyłącznie na rozwijaniu technologii używanych w branży militarnej. Pole do zagospodarowania pozostało ogromne. Polacy mają szansę zdobyć pozycję globalnego lidera.

„Robiliśmy pokaz naszego systemu w Czechach dla tamtejszych służb mundurowych. Ich przedstawiciele byli pod wrażeniem, bo wcześniej próbowano sprzedać im inne, pozornie podobne rozwiązania. Nigdy jednak nie mieli poczucia, że oferowane im systemy będą w stanie skutecznie pomagać w walce z przestępczością. Po naszej wizycie zmienili zdanie” – wspomina Piesiewicz.

Zaczęły też zgłaszać się do nich osoby prywatne, firmy czy instytucje rządowe. Darek z Maćkiem przygotowują wdrożenie swojego systemu na terenie zakładów karnych w Estonii, a także w pewnej estońskiej firmie. Duży producent samochodów kupuje od nich system, by chronić swoje fabryki przed szpiegostwem gospodarczym dokonywanym z powietrza. W Polsce firma Piesiewicza i Klemma przeprowadzała testy między innymi na stadionach piłkarskich. Zapytań o stworzony przez nich system Ctrl+Sky jest coraz więcej. Obaj myślą o otwarciu filii na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Głośno mówi się też o debiucie firmy APS na giełdzie papierów wartościowych w Warszawie – miałoby to nastąpić jeszcze w tym roku. Wycena firmy na debiucie mogłaby sięgnąć nawet dwustu milionów złotych. „Braliśmy niedawno udział w dużych targach w Londynie – opowiada Maciek Klemm. – W pewnym momencie podszedł do mnie przedsiębiorca, któremu spodobały się nasze sensory. Przekonywał nas, że za kilkanaście lat system antydronowy będzie czymś powszechnym. Ludzie będą go montować w domach, tak jak dziś instalują systemy alarmowe z obawy przed złodziejami. Kto wie? Dla nas byłaby to furtka do rynku masowego” – mówi Klemm.

Podniebna autostrada

Być może zanim to nastąpi, drony będą regularnie latać nad naszymi głowami. I wcale nie trzeba będzie ich powstrzymywać. W wielu krajach – między innymi w USA i Kanadzie – w fazie pilotażu jest system zwany „U-Space”, który dla świata oznaczać może kolejną globalną rewolucję.

Chodzi o utworzenie podniebnej przestrzeni, w której obiekty latające będą przemieszczać się tak, jak samochody na autostradzie. Drony mają transportować towary niczym auta ciężarowe. Pierwsze testy takiego rozwiązania prowadzi już Amazon, amerykański gigant e-handlu. W grudniu 2016 roku przedstawiciele tego sklepu pochwalili się pierwszą transakcją zrealizowaną przy użyciu drona. Jeden z klientów zamówił produkt, który dostarczono mu właśnie drogą powietrzną. Od zamówienia do doręczenia towaru minęło zaledwie trzynaście minut.

„Kosmiczna autostrada to kwestia kilku, może kilkunastu lat – mówi Radek Piesiewicz. – A skoro tak, to będzie potrzebny system zarządzania tym ruchem, po to, by drony nie zbaczały z trasy, nie zderzały się albo nie były narażone na pojawienie się intruza z zewnątrz. Nasze rozwiązanie doskonale się do tego nadaje” – przekonuje. Podobnego zdania są przedstawiciele rządu w Kanadzie, którzy poprosili firmę Piesiewicza i Klemma o zaprezentowanie możliwości ich systemu do monitorowania ruchu dronów.

Jest spora szansa, że w rewolucji, która zmieni transport i logistykę, wezmą udział polscy inżynierowie i programiści. „Możemy odnieść globalny sukces, ale też uczynić świat nieco bezpieczniejszym. A to daje satysfakcję. Zwłaszcza że w ludziach ciągle nie ma pełnej świadomości na temat zmian, które zachodzą wokół nas. Niby wiadomo, że stopniowo tracimy prywatność, a w gruncie rzeczy to ignorujemy. To jak z ubezpieczeniem przed wyjazdem na narty: istnieje ryzyko, że złamiesz nogę na stoku, ale nie bierzesz tego pod uwagę. Wolisz zaoszczędzić parę złotych, bo zakładasz, że nic złego się nie wydarzy. Z dronami jest podobnie. Dlatego zamiast się bać, lepiej być świadomym tego, jak skutecznie się chronić” – mówi Maciek Klemm.


Tekst Janusza Schwertnera ukazał się w numerze 4/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie