Moc uśmiechu: Mercedes GL
zdj. Błażej Żuławski

Moc uśmiechu: Mercedes GL

Mercedes klasy G jest nieprzyzwoicie drogi, choć ani nie powala osiągami, ani nie jest megakomfortowy. Ale za to w żadnym innym samochodzie kierowca nie czuje się tak atrakcyjnym facetem.
20.10.2016

Jak każdy samochód, który powstał jako utylitarny, terenowy wóz przeznaczony do ciężkich zadań, Mercedes klasy G musiał w końcu (podobnie jak Jeep Wrangler czy Land Rover Defender) zostać zauważony przez tych, którzy za wszelką cenę pragną odróżnić się od pozostałych uczestników ruchu drogowego, demonstrując swój gust i wyrafinowanie. Zjawisko to objawiło się oczywiście dawno temu, więc żadnej Ameryki nie odkrywam, a Geländewagen uważany jest za „fajny” już od jakichś 20 lat. Fajny jako bulwarowy krążownik, do zadawania szyku na modnych ulicach Warszawy, Berlina i Nowego Jorku. Jednak zainteresowanie tym prostym jak kanty jego surowo pięknego (to obiektywny fakt) nadwozia samochodem spowodowało pewien typowy dla XXI wieku paradoks. Cena tego pożądanego, lecz w gruncie rzeczy pospolitego narzędzia do forsowania błotnistych duktów leśnych zaczyna się od 434 tys. złotych a kończy na około milionie za wersję G63 AMG. W teren nim przecież nie pojedziemy – choć za miastem poradziłby sobie znakomicie ze względu na konstrukcję „na ramie”, proste zawieszenie, napęd z blokadami mechanizmów różnicowych, kąty natarcia etc. – ale kosztuje tyle, że szkoda niszczyć czarny fortepianowy lakier na nadwoziu i felgach.

W trasie Mercedes niby też się nie sprawdza. Powyżej 130 km na godzinę hałas jest taki, że należałoby go prowadzić w słuchawkach, jakich używają piloci śmigłowców. Dobrze, że świetne audio Harman/Kardon umie chociaż częściowo konkurować z tym ogłuszającym hukiem. Do jazdy po zakrętach w stylu współczesnych SUV-ów „gellenda” też wydaje się nie nadawać. No bo wysoko położony środek ciężkości, masa powyżej 2,5 tony, resory piórowe tylnego zawieszenia, sprawiają, że nawet w wersji AMG klasa G w prowadzeniu przypomina bardziej bryczkę konną niż samochód. Mimo świetnego przyspieszenia do setki w 8,8 s (okupionego wysokim spalaniem – 15l/100 km – w testowanej wersji), jazda nią przypomina próbę pobicia rekordu świata w pchnięciu kulą przy pomocy cegłówki.

Ale wszystko to tak naprawdę nie ma znaczenia. Bo po pierwsze, dawno nie jeździłem samochodem, który wywoływałby u mnie taki uśmiech na twarzy nawet przy niskich prędkościach. Jego wygląd i dziwny szacunek, jaki wzbudza ta okazała bryła, sprawiają, że każdy kierowca czuje się w nim jak pan świata. Po drugie, ten mercedes nie skłania do łamania przepisów dotyczących prędkości. Najlepiej jeździ się nim 50 km/h, słuchając głośnego trueschoolowego hip-hopu. W klasie G życie jest po prostu piękne i bezstresowe. Powinni ją tylko sprzedać z gigantycznym lustrem, które jechałoby obok, żeby jej właściciel mógł się ciągle w nim przeglądać i upewniać, jak świetnie wygląda za kierownicą. Nie znam żadnego innego samochodu, który potrafi to zrobić z każdym, nawet niskim, łysym i brzydkim jegomościem. Szkoda tylko, że produkcja tego wyjątkowego auta ma ustać w 2019 roku.

 

Tekst: Błażej Żuławski
Artykuł ukazał się w jesienno zimowym "The Big Black Book"

 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie