Ekscentryk z poczuciem humoru: Paul Smith
Fot: Starstock

Ekscentryk z poczuciem humoru: Paul Smith

Zawdzięczamy mu kolor w modzie męskiej i przywiązanie do najdrobniejszych detali. Ale sir Paul Smith, choć wszedł już w ósmą dekadę życia, nie zamierza odchodzić na emeryturę. Z korzyścią dla nas wszystkich.
05.03.2019

Smithyland – główna siedziba marki odzieżowej Paul Smith – mieści się w okazałym, ceglanym budynku po dawnym magazynie na skraju niegdysiejszego targu warzywno-owocowego w Covent Garden. Na pierwszy rzut oka nic nie zapowiada, że należy ona do ekscentryka. Nie widać jego charakterystycznego, starannego podpisu widniejącego na produktach marki, ani dobrze znanego deseniu w kolorowe prążki, znaku firmowego Paula Smitha. Nie ma też śladu po króliku, zwierzaku, który w rozmaitych postaciach – figurki, nadruku na koszulce czy tłoczonego na podeszwie wzoru – był szczęśliwym talizmanem projektanta przez większość jego kariery. Chyba nadal spełnia tę rolę, jako że Smith w ciągu pięciu dekad prawie zawsze utrzymywał się na szczycie tej niełatwej, bardzo konkurencyjnej branży.

Nieobecność znaków firmowych marki na budynku można przypisać skromności właściciela, który nie lubi, żeby nazywać go – zgodnie z nadanym mu w 2000 roku przez Królową Elżbietę II tytułem – sir Paulem. Choć prawdę mówiąc, nie trzeba być detektywem, by domyślić się, że owo miejsce to właśnie jego królestwo. Za kontuarem recepcji stoi szafka pełna wiele mówiących ciekawostek: plakat przedstawiający Eddy’ego Merckxa, miniroboty, pamiątki związane z Davidem Bowiem. Entuzjaści estetyki proponowanej przez Smitha bez problemu odczytają te powtarzające się w jego kolekcjach kody. Pokonując cztery kondygnacje schodów do jego gabinetu – winda, jak mi powiedziano, jak zwykle nie działa – mijasz setki oprawionych w ramki zdjęć, zrobionych przez samego sir Paula albo związanych z jego życiem. Po czym, lekko zdyszany, stajesz przed Smithem we własnej osobie. Możesz potrzebować paru sekund na złapanie oddechu, ale to nie szkodzi, bo Smith od razu zaczyna mówić i wcale sobie nie przerywa.

Poznaj też sylwetki amerykańskich rewolucjonistów: Toma Forda, Ralpha Laurena i Alexandra Wanga 

Królestwo rupieci

– Kawa, herbata? – pyta bezpośrednim tonem, jak przystało na mieszkańca Nottingham, prowadząc mnie do swego gabinetu. – A może jajka na boczku, fasola? Nie jestem pierwszym gościem ani pierwszym dziennikarzem, próbującym opisać twierdzę Paula Smitha, ale już czuję, że nie zdołam przedstawić jej tak, jak na to zasługuje. Wszędzie piętrzą się stosy książek. Część dzieł sztuki wisi na ścianach, ale większość poukładano w sterty w narożnikach pomieszczenia. Wśród nich wiele bardzo cennych: obraz Le Corbusiera, szkic Yves'a Saint Laurenta, fotografia Cecila Beatona. Do tego skład rowerów, jakby przed chwilą porzucili je tu studenci, spieszący na poranny wykład. Tyle że te rowery należały kiedyś do Bradleya Wigginsa, Marka Cavendisha i Chrisa Froome’a, najsłynniejszych brytyjskich kolarzy. Smith ma słabość do tego sportu – sam kiedyś trenował kolarstwo. – Któregoś dnia była tu mała dziewczynka i naliczyła ich dwadzieścia – mówi Smith. – Ale coś mi się zdaje, że ona po prostu umiała liczyć tylko do dwudziestu – dodaje po chwili.

Najciekawsze jest jednak składowisko niecodziennych rupieci, które Smith gromadzi od wielu dekad. Dla przykładu, od ponad trzydziestu lat jeden z jego fanów – Smith do dziś nie wie, czy to kobieta czy mężczyzna; po stemplach amerykańskiej poczty orientuje się tylko, że pochodzi z USA – przysyła mu osobliwe pamiątki. Przychodzą nieopakowane, ze znaczkami przyklejonymi bezpośrednio na przedmiotach. Jest wśród nich deska snowboardowa, pluszowy kurczak, drabina czy dwumetrowy słonecznik. Najnowszy podarunek to pokaźne żeńskie popiersie, wykonane z jasnoróżowego plastiku. – Listonosz nie wiedział, za co je złapać – chichocze Smith. W minionym roku nie zawsze było jednak tak wesoło, nie tyle dla Paula Smitha jako człowieka, ile dla jego marki. – Brexit, wybór Trumpa, referendum we Włoszech, ataki terrorystyczne... To wszystko ma przełożenie na biznes. Weźmy Francję – Paryż, miasto numer jeden pod względem wartości obrotów dobrami luksusowymi, odwiedza teraz o trzydzieści procent mniej osób. Siłą rzeczy marki odzieżowe sprzedają tam teraz mniej. U nas w firmie, szczęśliwie, jest stabilniej, ale wiele przedsiębiorstw zmuszonych zostało do redukcji zatrudnienia lub zamknięcia sklepów.

Zaprawiony w bojach Willy Wonka

Przy takich nastrojach Smithyland (kojarzący się nieodparcie ze światem Willy’ego Wonki z książki „Charlie i fabryka czekolady” Roalda Dahla), który projektant określa jako „dziecięcy”, ale stanowczo nie „infantylny”, stał się czymś w rodzaju azylu chroniącego przed okrutnym światem. – Niedawno gościliśmy tu kilka osób na lunchu i usłyszałem od nich: jak dobrze, że istnieje to biuro, że mogliśmy porozmawiać w taki sposób – to było takie radosne i beztroskie. I takie ożywcze. Prowadziłem biznes w latach osiemdziesiątych, w czasach strajków górniczych, kiedy można było normalnie pracować tylko trzy dni w tygodniu, w pozostałe musieliśmy ratować się generatorami prądu. Zawsze jakoś udawało mi się przetrwać ciężkie czasy. Na pewno to, że jesteśmy solidną firmą, nie jest kwestią przypadku.

W sumie nic dziwnego. Smith to przedsiębiorca wytrwały i zaprawiony w bojach, nigdy nie traci ducha. Szczupły, przystojny, jest najlepszą reklamą swoich kolekcji: dziś ma na sobie dżinsową koszulę z perłowymi guzikami i chinosy w kolorze indygo.

Nawet dla kogoś, kto tylko powierzchownie interesuje się modą, historia firmy Paula Smitha jest fascynującym studium przypadku, jedynym w swoim rodzaju w branży. Jak to się stało, że marka stworzona przez jednego człowieka przerodziła się w olbrzymie, globalne imperium, którego obroty w 2015 roku wyniosły 192 mln funtów? Jak człowiek, który zaczynałw pozbawionym okien schowku na miotły w Nottingham rozwinął się tak, że ma teraz trzydzieści dziewięć salonów własnych, sto osiemdziesiąt franczyz w sześćdziesięciu kilku krajach, i dwieście pięćdziesiąt (!) sklepów w Japonii? A osiągnął to wszystko, mając jedynie pobieżne doświadczenie w krawiectwie – a do tego dysleksję. Co więcej, w firmie noszącej jego nazwisko wciąż utrzymuje udziały większościowe, a to obecnie w tej branży rzadkość.

Absolutny pionier 

Pierwszy sklep, o nieco napuszonej nazwie Paul Smith Vetement Pour Homme, 23-letni Smith otworzył w 1970 roku w swoim rodzinnym mieście. Wtedy nie oferował jeszcze towarów własnego projektu, ale były już tam pewne drobne elementy, które później miały się stać jego znakami rozpoznawczymi. Podczas gdy większość sprzedawców za cel stawiała sobie zapewnienie stałych obrotów z jednego metra kwadratowego powierzchni handlowej, Smith skupiał się na tworzeniu „niepowtarzalnego klimatu” w swoich butikach. Początkowo polegało to na sprzedaży nie tylko ubrań, ale i płyt, i czasopism. Od tamtej pory znacznie rozszerzył repertuar: we flagowym sklepie No. 9 Albemarle Street w Mayfair, dla przykładu, ściany w jednym z pomieszczeń pokryte są tysiącami kostek domina, głównie po to, żeby wciągnąć klientów w rozmowy z personelem. – Właściciele Colette w Paryżu i 10 Corso Como w Mediolanie niezależnie od siebie powiedzieli, że nasz sposób prowadzenia sklepu był dla nich inspiracją. Nie zdając sobie sprawy, chyba byłem w tym absolutnym pionierem.

Smith zaczął tworzyć własne ubrania w połowie lat siedemdziesiątych. Mając 21 lat poznał Pauline Denyer, pięć lat od niego starszą absolwentkę wydziału mody na Royal College of Arts. To ona, na długim sosnowym stole w ich wspólnym mieszkaniu, uczyła go szycia i robienia wykrojów, a on uzupełniał te lekcje wieczorowymi kursami u fachowca, specjalizującego się w krawiectwie wojskowym i rozmaitych strojach ceremonialnych. Połączenie tych dwóch estetyk zaowocowało u Smitha stylem często określanym jako „klasyka z twistem”. Razem z Georgio Armanim był w latach osiemdziesiątych prekursorem luźniejszej konstrukcji garnituru, to jemu także przypisuje się powrót popularności bokserek. Wprowadził do męskiego stroju formalnego dowcip, lekkość i kolor. Nabywcy jego ubrań i dodatków odkrywali umieszczone na podszewkach, spodach guzików i w innych nieoczywistych miejscach humorystyczne wzory, motywy czy choćby niespodziewany kolor nitki. Zasłynął też z oryginalnych nadruków. Był pionierem koszul w drukowane kwiaty czy owoce, chętnie sięgał po dzieła uznanych fotografów, zaś przedmiotem kultu stały się jego torby i portfele zdobione pomalowanym w firmowe paski Smitha Mini Cooperem.

Redukcja i wzrost 

Tym kupił sobie mężczyzn. Jak wielu Brytyjczyków, także i ja przez większość dorosłego życia miałem dla Paula Smitha specjalne miejsce w swojej szafie. Zaczęło się od małych rzeczy, na które mnie było stać, i ciuchów po starszym bracie. Później  ubrania Smitha zacząłem postrzegać jako ponadczasowe i prawie niezniszczalne, wykonane znacznie solidniej niż ma to sens z handlowego punktu widzenia. Mam jego czerwono-czarną koszulę w kratę, która jest chyba najstarszą i najbardziej znoszoną częścią mojej garderoby. Jej wygląd już nie rzuca na kolana, ale ma rogowe guziki i subtelnie kontrastujące mankiety. Smith najwyraźniej intuicyjnie rozumie, że wprawdzie większość mężczyzn niekoniecznie pragnie, żeby inni komentowali ich strój, nie znaczy to jednak, że ma on być nudny. Albo że nie powinien uwydatniać szczegółów, o których wiedzą tylko oni sami.

Kiedy Smith poznał Pauline, była już matką dwójki małych dzieci. Potem mieli też dwa charty afgańskie i parę długowłosych kotów (Smith żartuje, że trudno go było odróżnić od jego ulubieńców ze względu na falujące loki i wielkie kinole). Podjęcie się wychowania pary maluchów to ogromna odpowiedzialność jak na kogoś, kto rzucił szkołę w wieku 15 lat bez żadnych kwalifikacji. – Chwytałem się każdej pracy, jaka się nawinęła, żeby zarabiać pieniądze. Dzięki temu nabyłem wiele pożytecznych umiejętności – opowiada. – To w czasach, gdy trenowałem kolarstwo wyścigowe, nauczyłem się pracy zespołowej i odkryłem w sobie żyłkę rywalizacji, co pomaga mi teraz, kiedy zatrudniam w tym budynku 180 osób.

Jego kolekcje zawsze słynęły z nieokiełznanej rozmaitości pomysłów, czasami w jednym sezonie wypuszczał tysiąc sześćset różnych artykułów w krótkich seriach, podczas gdy inni projektanci tworzyli, powiedzmy, sześćset modeli, ale w znacznie większych ilościach. Zawsze powtarzał, że jego celem jest nie dopuścić do tego, by klient poszedł do pubu i zobaczył kogoś w identycznej koszuli. Ale w grudniu 2015 roku Smith – wzorując się na podobnych posunięciach Burberry i Marca Jacobsa – ogłosił, że usprawni swoje przedsiębiorstwo i ograniczy liczbę linii z dwunastu do dwóch: Paul Smith oraz bardziej dostępnej cenowo PS by Paul Smith; linie Paul Smith London i Paul Smith Jeans zostały zlikwidowane lub wchłonięte przez inne. Krok ten nie był przypadkowy – obroty grupy spadły o ponad osiem procent, chociaż zarazem przychody ze sprzedaży przez internet wzrosły o dwanaście procent.

Mimo że Smitha trudno nazwać agresywnym biznesmenem, kiedy zachodzi potrzeba, jest zdolny do podejmowania trudnych decyzji, żeby zabezpieczyć przyszłość przedsiębiorstwa. Słynne paski Paula Smitha, znak rozpoznawczy marki, są przykładem tego pragmatyzmu. Nigdy nie planował, że będzie to stały, wciąż powracający deseń jego odzieży i akcesoriów. Ale paski sprzedawały się tak dobrze, że musiał je wykorzystać w następnym sezonie, a potem w następnym i jeszcze następnym. Zanim się obejrzał, stały się wszechobecne na bokserkach, portfelach, nawet na torbach jego firmy. Więc jakieś trzy lata temu wyrzucił je ze swoich projektów. – Ten krok kosztował mnie mnóstwo pieniędzy – przyznaje Smith. – Ale musieliśmy działać odważnie. Jest takie powiedzenie, że trzeba zrobić krok w tył, żeby pójść do przodu. To było coś w tym duchu. Na przestrzeni lat niektóre podjęte przeze mnie decyzje być może nie były mądre, i prawdopodobnie część moich pracowników nieraz myślała: o rany, po co on to zrobił. Ale przychodzą chwile, gdy trzeba odważnie powiedzieć: na razie z tym kończymy. Wzór w paski, który zmieniono na skromniejszy, z ukłonem w stronę malarzy ekspresjonistów takich jak Frank Auerbach, teraz znów wrócił i pojawia się oszczędnie na niektórych elementach garderoby w bieżących kolekcjach. – Jeżeli coś robi się zbyt masowe, to w końcu stwierdzamy, że pojawiają się młodzi ludzie, szukający własnej tożsamości, którzy nie chcą nosić tego samego, co gość czytający wiadomości sportowe w telewizji, ich starsi bracia czy ojcowie – mówi Smith. Jego zdaniem, w życiu człowiek prawdopodobnie zna ze dwadzieścia zespołów muzycznych, dwadzieścia restauracji i dwadzieścia marek odzieżowych, które były popularne, kiedy miał osiemnaście lat, a teraz już nie istnieją albo są mało znaczące. – Wszyscy wiemy, że tym rządzą kaprysy losu. Więc dzięki temu, że nie popadamy w skrajność i myślimy trzeźwo, wciąż mamy się dobrze – uważa projektant.

Tydzień po naszej pierwszej rozmowie znowu pojawiam się w Smithyland, żeby spotkać się z jego szefem pod koniec dnia pracy. Wieczorami przeważnie wraca swoim Mini Cooperem z Covent Garden do domu w Notting Hill, zatrzymując się po drodze w No. 9 Albemarle Street, by dopilnować interesów i po prostu się pokazać. Dziś wieczorem zabieram się razem z nim. Smith zbiega ze schodów swojej głównej siedziby, z przyczyn tylko jemu znanych zatrzymuje się, żeby na chwilę położyć się na kontuarze recepcji i rozciągnąć swoje długie na ponad metr osiemdziesiąt ciało, i w końcu wychodzimy przez tylne drzwi na ulicę. Śmigamy przez wąskie uliczki. – Bez obaw, mam uprawnienia taksówkarza… Przez dwadzieścia pięć lat jeździłem na taksówce, chociaż tylko w weekendy! – śmieje się i dla fasonu trąbi. Smith jest szczery, kiedy mówi o swoich ciepłych uczuciach dla sklepów. Nie ma zbyt wielu projektantów o wielkich nazwiskach, którzy wydeptują podłogi w swoich firmach, ale on w większość sobót spędza w No. 9 Albemarle Street co najmniej kilka godzin. – Należy szanować ludzi, którzy płacą ci pensję – mówi. – Wielu projektantów buduje sobie renomę, a potem zamyka się w wieżach z kości słoniowej i każe wozić szoferom. Przez jakieś osiem lat odnoszą sukcesy, a potem niestety zaczynają podupadać. Ja z kolei wychodzę do ludzi, bo po pierwsze kocham to i chcę się spotykać z klientami, a po drugie dzięki temu dużo się uczę. Ludzie pytają mnie: dlaczego nie szyjecie garniturów w dużych rozmiarach? Albo dla osób szczególnie wysokich? Dostrzega miejsce do zaparkowania i wślizguje się w nie swoim mini.

100 razy Japonia 

Wizyta w No. 9 Albemarle Street to niezwykłe przeżycie. Panuje tu ten sam klimat, co w biurze Smitha. Odzież piętrzy się na blacie z dwustupięćdziesięcioletniego dębowego drewna z Devonu. Klienci przyglądają się dziełu rzeźbiarza-mechanika Nika Ramage’a: podłączonym do baterii, odlanym z żywicy palcom. Jest tu także unikatowy, kolorowy egzemplarz roweru firmy Mercian z Derby w cenie pięciu tysięcy funtów. Smith przyznaje, że ustalił tak zaporową cenę, bo ma nadzieję, że rower się nie sprzeda i będzie mógł go zatrzymać. Wejście do salonu u boku właściciela to również nie lada przeżycie. Niemal surrealistyczne. Mówię, że musi być pewien jakości swoich towarów, bo w przeciwnym razie klienci nieustannie przychodziliby ze skargami. – Daliby mi popalić! –odpowiada. – Ale jak dotąd przeważnie opowiadają, że kupili buty dwadzieścia lat temu i ciągle je noszą. Są zbyt solidne! Smith wprawdzie nie uważa się za celebrytę, ale nie można nie zauważyć, jak japońscy turyści wlepiają w niego oczy. Od 1982 roku odwiedził Japonię ponad sto razy, a kraj ten odpowiada za prawie połowę sprzedaży jego firmy.

– Ludzie wciąż pytają, dlaczego jestem w Japonii taki popularny, a ja zawsze opowiadam historyjkę o gumowym kurczaku. Kiedy wybrałem się tam po raz pierwszy, byłem sam i leciałem 18 godzin przez Anchorage, klasą ekonomiczną. Było to bardzo męczące i mało kto mówił po angielsku. Bywałem na różnych spotkaniach i w odpowiednim momencie zaglądałem do torby, wykrzykiwałem coś i wyciągałem gumowego kurczaka. A wszyscy robili: „Oooo!” Bardzo ich to bawiło. To była jedna z rzeczy, które pomagają przełamać lody, odprężają ludzi i uświadamiają im, że masz poczucie humoru. I nie mogli się na to oburzać.

A że ów humor bywa dyskusyjny? Smith jest tego świadom. – Uchodzę za króla kiepskich żartów – kokietuje. – Jestem uprzejmy, poprawny i dobrze wychowany, ale zarazem dziwaczny, trochę bezczelny, czasami też nieco teatralny. Pamiętam śniadanie u premiera, na Downing Street. Siedzący obok mnie Jony Ive z Apple'a szepnął wtedy: Paul, tylko nie pajacuj – Smith śmieje się głośno. – Wiedział, że pewnie zaraz zrobię coś niedorzecznego.

Jest prawie szósta po południu i dzień, który u sir Paula jak zwykle zaczął się o 5:15 od pływania w Royal Automobile Club, dobiega już końca. Smith pracuje intensywnie – zwłaszcza jak na siedemdziesięciolatka – ale nie zamierza tego zmieniać. – Kiedyś widziałem w telewizji faceta, któremu ktoś powiedział: Świetnie pan poprowadził swoją karierę. On na to: Podziwiałem kiedyś pewnego człowieka i pomyślałem, że wprawdzie nie mogę być lepszy od niego, ale mogę od niego dłużej pracować – opowiada Smith. – Uznałem wtedy: ja też tak spróbuję! Będę pracować ciężej niż wszyscy. Będę ślęczał po godzinach i zobaczę, czy to działa. Jak widać, działa.

Artykuł Tima Lewisa ukazał się w pierwszym numerze Big Black Booka z 2017 roku.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie