Jak przyspieszała moda na slow fashion
Fot: iStock

Jak przyspieszała moda na slow fashion

Jedynie przemysł wydobycia ropy naftowej wyprzedza producentów odzieży w niechlubnym wyścigu o tytuł najbardziej niszczącej środowisko gałęzi gospodarki. Ubieramy się coraz lepiej, za to Ziemia wygląda coraz gorzej. Co poszło nie tak?
24.04.2019

Gdyby prześledzić historię współczesnego trendu slow fashion, stworzonego na podobieństwo slow food, czyli sprzeciwu wobec wartości wyznawanych przez fast foody, okazałoby się, że nie trzeba sięgać aż do brytyjskich prekursorek (takich jak Stella McCartney czy Katherine Hamnett) czy projektantów tworzących pod proekologicznymi sztandarami. Ruch slow fashion narodził się w 2007 roku, kiedy Kate Fletcher w magazynie „The Ecologist” ogłosiła postulaty ruchu. Można streścić je w trzech punktach. Wyznawcy filozofii slow fashion domagają się produktów dobrej jakości, czystych (rozumianych jako takie, przy których produkcji nie wyrządza się szkody środowisku) i uczciwych (sprzedawanych w przystępnych, korzystnych dla odbiorcy i producenta cenach).

Czytaj też: 5 młodych polskich projektantów, zacierających granicę między sztuką i modą 

Dziś wydawać by się mogło, że to dosyć minimalistyczny program, ale jeszcze dekadę temu nie wszystko było tak oczywiste. Rosnący nacisk na transparentność producentów i coraz większa uwaga poświęcana ich raportom przyczyniły się do tego, że w obecnej dekadzie moda na slow fashion przyspieszyła. A sam ruch też nie poprzestał na manifestach – jego program ewoluował, pokazując zgubny tryb konsumencki, wprowadzony przez dyktat gigantycznych sieciówek, takich jak Zara czy H&M – częste kupowanie szybko zużywających się i tanich w produkcji (między innymi dzięki wykorzystaniu tkanin z poliestru) ubrań. Efektem była pełzająca ekologiczna katastrofa.

Najpierw była Rana Plaza

Współczesna obsesja świata mody na punkcie zrównoważonego rozwoju, która chcąc nie chcąc musiała udzielić się również gigantom takim jak H&M (firma w 2013 roku powołała wyspecjalizowaną fundację, która zajmuje się tym tematem) nie wzięła się od jednej postaci, manifestu czy rosnącej świadomości zagrożeń wynikających ze zmian klimatycznych. To wielotorowy proces, w którym można jednak wyróżnić kilka punktów zwrotnych. Jednym z kluczowych była katastrofa w bangladeskim Szabharze, która w 2013 roku pochłonęła 1127 ofiar śmiertelnych. Zawalenie się kompleksu Rana Plaza, w którym tysiące szwaczek w uwłaczających warunkach produkowało ubrania na zlecenie odzieżowych gigantów, stało się zalążkiem protestów na całym świecie, a także symbolicznym początkiem ruchu Fashion Revolution. Od tej pory rocznica katastrofy (24 kwietnia) obchodzona jest jako Fashion Revolution Day. Od trzeciej edycji, od 2016 roku, impreza rozrosła się do rewolucyjnego tygodnia.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Fashion Revolution Finland (@vaatevallankumous)

To nie jedyna „etyczna” odpowiedź na przyciągające oczy kamer tygodnie mody – w lutym w Los Angeles po raz pierwszy odbył się wegański Fashion Week. Za pomysłem stała Emmanuelle Rienda, autorka bloga Vegan Fashion Stylist. Inną ważną postacią dla ruchu na rzecz zrównoważonej mody jest Simone Cipriani, stojący na czele Ethical Fashion Innitiative, wspólnej agencji ONZ i Światowej Organizacji Handlu, mającej na celu zwalczanie biedy w najuboższych regionach świata dzięki przemysłowi odzieżowemu (inicjatywę wspierały między innymi Stella McCartney i Vivienne Westwood). Ten krajobraz uzupełnia konferencja branżowa na rzecz zrównoważonego rozwoju mody, Copenhagen Fashion Summit, która w tym roku odbędzie się już po raz dziesiąty.

Kto uszył twoje ubrania?

Fashion Revolution Week to dobra okazja, by pytać gigantów przemysłu odzieżowego o to, kto produkuje ubrania, które nosimy. Hasło „Who made my clothes?” zyskało w ostatnich latach olbrzymią popularność w mediach społecznościowych. Organizatorzy wydarzenia (czyli według manifestu „Slow Fashion” projektanci, producenci, wytwórcy, pracownicy i konsumenci) przygotowują też ziny, raporty i materiały edukacyjne dla zainteresowanych zrównoważonym rozwojem świata mody.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez 石渡 佑矢@STRIPE Int’l (@yuya_ishiwata)

Nie brakuje twardych danych pokazujących, że podobne naciski ze strony organizacji pozarządowych przynoszą wymierny skutek. W ubiegłym roku Greenpeace przedstawił pierwsze efekty zainicjowanej w 2011 roku kampanii Detox My Fashion, mającej na celu usunięcie zanieczyszczających rzeki chemikaliów z łańcucha dostaw firm, które dołączyły do koalicji. Okazało się, że aż blisko trzem czwartym firm udało się wyeliminować z produkcji substancje polifluorowe i związki perfluorowe, które stanowią jedno z największych zagrożeń dla zasobów wody pitnej na świecie. 99 procent firm zdecydowało się na regularne przeprowadzanie badań ścieków i publikowanie ich wyników. Dzięki naciskom Greenpeace plan kampanii, zakładający całkowitą eliminację jedenastu kluczowych substancji do 2020 roku, niespodziewanie okazał się możliwy do zrealizowania.

Cały tekst Łukasza Łacheckiego znajdziesz w numerze 3/2019

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie