George Bamford: potęga personalizacji
Facebook/ @bamfordwatchdepartment

George Bamford: potęga personalizacji

Kim jest człowiek, który modyfikuje produkty najsłynniejszych szwajcarskich manufaktur zegarkowych?
05.07.2019

George Bamford uwielbia zegarki. Ma do nich stosunek niemal religijny, a zarazem w jego uwielbieniu jest coś z dziecięcego zachwytu. Ekscytuje się tym, jak wyglądają, jak działają i tym, jak bardzo są „cool” (to słowo też uwielbia i nadużywa go). Może rozprawiać o nich bez końca. „Moim pierwszym zegarkiem był Breitling Navitimer. dostałem go od rodziców w 1995 roku, gdy miałem piętnaście lat. Niemal natychmiast rozebrałem go na części. Internet jeszcze wówczas raczkował, nie można było obejrzeć na YouTubie filmu instruktażowego pokazującego, jak złożyć zegarek. Nadal mam tego Breitlinga, uszkodziłem w nim między innymi szkiełko oraz wskazówki. To najbardziej zmasakrowany Navitimer, jakiego widział świat, ale nigdy się go nie pozbędę. Uwielbiam go”. Majstrowanie przy Breitlingu zaowocowało czymś w rodzaju oświecenia. „Zachwyciłem się tym, jak fantastyczne są mechanizmy zegarkowe, tak niewielkie, a napędzają coś tak wspaniałego”. Dzięki przygodzie z Navitimerem George wiedział już, że chce zgłębić sekrety zegarmistrzostwa. „Zaczynasz wchodzić w ten temat, najpierw poznajesz zegarki mechaniczne, potem przychodzi czas na kwarcowe, a potem na chronografy. W końcu zaczynasz pojmować, jak działają, w jaki sposób odmierzają czas...” – George snuje swoją opowieść i widać po jego twarzy, że błyskawicznie myślami przenosi się do świata ukochanych zegarków.

Hermès. Zobaczyć, czym był luksus i czym przestał być

Jego miłość do urządzeń mechanicznych łatwo wytłumaczyć. George jest spadkobiercą rodzinnej fortuny – jego przodkowie założyli firmę JCB produkującą maszyny budowlane i rolnicze. Nazwa to inicjały Josepha Cyrila Bamforda, dziadka George’a. To on w 1945 roku założył przedsiębiorstwo znane dzisiaj na całym świecie. Miłość do zegarków u George’a przyszła z czasem, najpierw pojawił się zachwyt nad urządzeniami mechanicznymi. „Wszystko rozbierałem na części. Telewizory, blendery, sprzęty domowe”. w dzieciństwie fascynowała go klasyczna motoryzacja, ale ostatecznie zwyciężyło zegarmistrzostwo. Z czasem jego głównym zajęciem stała się personalizacja zegarków. W 2003 roku George, dzisiaj 37-letni, założył firmę Bamford Watch Department. Spotykamy się w jej siedzibie, na South Audley Street w londyńskiej dzielnicy Mayfair.

Opublikowany przez Bamford Watch Department Niedziela, 4 czerwca 2017

Ograniczenia? Tylko wyobraźnia 

„Patrz na to! – wykrzykuje George, otwierając drzwi do toalety w biurze i wskazując na wiszący tam portret Margaret Thatcher. – Właściwa osoba na właściwym miejscu!”. Potem prowadzi mnie przez zakamarki biura, po drodze mijamy gablotkę z dwudziestoma sześcioma stoperami. „Mamy ich więcej” – komentuje. W końcu docieramy do sali konferencyjnej.

W środku znaleźć można wszystko, z czym zwykło się kojarzyć firmę Bamforda – są kaski kierowców wyścigowych, mnóstwo zegarków w gablotkach i sporo elementów związanych ze Steve’em McQueenem. „Nie było i nie ma nikogo lepszego od Steve’a. Uwielbiam go za to, kim był w życiu i na ekranie” – ekscytuje się Bamford Na półkach stoi sporo książek poświęconych historii znanych manufaktur zegarkowych, do tego antologie historii kina i pokaźny zbiór albumów wydawnictwa TeNeues poświęconych luksusowemu życiu („Luksusowe hotele”, „Luksusowe ogrody”, „Luksusowe zabawki”, jest nawet „Luksus dla psów”).

Właśnie w tej sali George Bamford najchętniej spotyka się z klientami. To tutaj odbywają się rozmowy o tym, w jaki sposób zegarki znanych marek, kosztujące tysiące euro, mogą zostać zmodyfikowane przez pracowników firmy Bamford Watch Department zgodnie z życzeniem ich właścicieli. „Moje motto brzmi: jeśli możesz sobie to wyobrazić, my możemy to zbudować. Nasza strona internetowa oferuje ponad pięćdziesiąt dwa miliardy możliwości personalizacji zegarków, ale może być ich o wiele więcej”. Na ekranach LCD wiszących na ścianach można zobaczyć prezentację oferty firmy. „Grawerujemy inicjały właściciela na deklu zegarka, zmieniamy tarcze, modyfikujemy kolory... Możliwości jest mnóstwo”.

Początki firmy BWD sięgają czasów studenckich George’a. Studiował w Nowym Jorku, głownie design i fotografię. „W wolnym czasie włóczyłem się po pchlich targach i kupowałem zegarki. Przychodziłem na przykład z Tag Heuerem i wymieniałem go na Omegę Speedmastera, a potem Speedmastera – na coś innego. Zmieniałem też paski na nieoczywiste i nagle okazywało się, że moje zegarki budzą duże zainteresowanie u kupujących. Zdarzało się tak, że mogłem wymienić jeden zegarek na dwa inne. Nie chodziło o zarobek. Po prostu chciałem mieć te wszystkie zegarki. Byłem zakochany w Omegach, Heuerach, Breitlingach...”.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Bamford (@bamfordwatchdepartment)

Personalizacja wczoraj i dziś 

Po studiach George zajął się modyfikacją zegarków ze swojej kolekcji. Najpierw robił to wyłącznie dla zabawy. „Chciałem mieć wyjątkowy zegarek. Zrobiłem jeden dla siebie, drugi dałem ojcu. Z czasem pojawiły się zamówienia od klientów”. Firma rozwijała się powoli, na początku biurem było konto pocztowe na Hotmailu.

„Zamówienia pojawiały się, mimo że byłem całkowitym amatorem. To było bardzo cool!”. Na początku wielkie firmy zegarkowe obserwowały poczynania Bamforda z przerażeniem. Był outsiderem, profanem, który rozbierał na części ich perfekcyjnie skonstruowane urządzenia, by wymieniać tarcze, bezele czy paski. „Gdy pojechałem na targi zegarkowe do Bazylei, miałem wrażenie, że przedstawiciele tych słynnych manufaktur najchętniej potraktowaliby mnie miotaczami płomieni”.

Trzymał się jednak obranego kursu, podkreślając, że tradycja personalizacji ma w Anglii wieloletnią historię. „W latach dwudziestych niemal wszystko, co kupowałeś, mogło zostać wykonane zgodnie z twoim zamówieniem – od walizek po Bentleya. Oglądałem kiedyś wystawę zabytkowych papierośnic, to było zachwycające, każda była inna”. Właśnie taki luksus wyboru Bamford chce oferować posiadaczom zegarków. „Czternaście lat temu to było jedynie niewiele znaczące hasło. Dzisiaj jest nieodłącznym elementem branży dóbr luksusowych. Niemal każda prestiżowa marka oferuje klientom możliwość personalizacji swoich produktów. W butikach Hermes, Louis Vuitton czy Goyard pytają cię o to, jaki kolor chciałbyś wybrać, czy chciałbyś uzupełnić produkt o swoje inicjały, niemal każde życzenie może zostać zrealizowane. Personalizacja nie jest już pustym sloganem, to codzienność”.

Cały tekst Maxa Oleskera znajdziesz w "Big Black Booku" 2/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie