Reklama

Siła obelgi: felieton polityczny Philipa Boyesa

Rzucanie celnymi wyzwiskami jest prawdziwą sztuką polityczną. Szkoda, że dzisiaj sprowadza się do wulgarnego obrażania przeciwnika, które już ani śmieszy, ani boli, a jedynie żenuje.

Siła obelgi: felieton polityczny Philipa Boyesa
Reklama

Tegoroczna kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych należała do najobrzydliwszych w dziejach. Nigdy dotąd kandydaci do Białego Domu nie obrzucali siebie nawzajem i innych tyloma ciężkimi obelgami. 

Donald Trump tonął w hipokryzji i fanfaronadzie, jakby cierpiał na polityczny odpowiednik zespołu Tourette’a. Przez ostatni rok równo obrażał wszystkich od Meksykanów („gwałciciele”) i muzułmanów („terroryści”), przez weteranów wojennych, po kobiety z Hillary Clinton na czele. Hillary też nie była święta, wymierzając ciosy poniżej pasa w rodzinę Trumpa i jego podstawowy elektorat.

Skąd to nagłe wzmożenie w politycznych zmaganiach? Politycy chcą przekonać wyborców, że są szczerymi, prostolinijnymi patriotami, którzy przedkładają interes narodowy nad skostniałą poprawność polityczną i przychylność biurokratycznych elit. Pozostaje pytanie, czy w tej rozgrywce na inwektywy naprawdę można zdobyć jakieś punkty, czy też kandydaci wyrządzają sobie więcej szkody niż pożytku, smagając werbalnie swoich oponentów.

Dawniej dyplomatyczne afronty zdarzały się rzadko i na ogół nieumyślnie, jak wtedy, gdy prezydent George H.W. Bush zwymiotował na kolana japońskiego premiera. Albo gdy przywódca Fidżi zignorował wyciągniętą dłoń Dmitrija Miedwiediewa, bo myślał, że premierem Rosji jest asystent Miedwiediewa, znacznie przewyższający go wzrostem.

Po tym, jak Neville Chamberlain w 1938 roku ułożył się z Hitlerem, brytyjska agencja wywiadowcza MI5 niepokoiła się, że idzie on na zbytnie ustępstwa wobec niemieckiego wodza. W swoim raporcie poinformowała więc premiera, że Hitler prywatnie nazywa go Arschloch (dupkiem). Chamberlain podobno poczuł się tak urażony, że wziął dwa dni zwolnienia. Dzisiaj musiałby po prostu do tego przywyknąć. Kiedy kilka miesięcy temu prezydent Filipin Rodrigo Duterte nazwał Baracka Obamę „skurwysynem”, ten po prostu zignorował wyzwisko i dwa dni później jak gdyby nigdy nic panowie ściskali sobie dłonie. W czasach wszechobecnego chamstwa politycy zdają sobie sprawę, że muszą być bardziej odporni. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan ostatnio wycofał 2000 pozwów sądowych przeciwko ludziom, którzy go obrazili.

Jeśli idzie o obelgi w stosunkach międzynarodowych, Trump rzuca je raczej ogólnie na państwa niż na konkretnych przywódców. Być może dlatego, że zwyczajnie nie pamięta nazwisk. Wielu zagranicznych polityków odpłaca mu pięknym za nadobne. Boris Johnson, szef brytyjskiej dyplomacji, a zarazem człowiek przodujący w znieważaniu, zanim jeszcze objął obecne stanowisko, powiedział, że „jedynym powodem, dla którego nie odwiedziłby niektórych dzielnic Nowego Jorku jest realne ryzyko, że spotka tam Donalda Trumpa”. Żeby jednak nie zostać posądzonym o stronniczość, porównał Hillary Clinton do „sadystycznej pielęgniarki w szpitalu dla umysłowo chorych”.

Co zatem stanowi o skuteczności obelgi politycznej? Przede wszystkim jej styl. Jeżeli jest zbyt niewybredna, obrażający wychodzi na złośliwca. Jeżeli za mało lotna, słowa nie docierają do adresata. Zbyt małostkowa może ugodzić w autora bardziej niż w znieważanego. W Polsce wyzywanie przeciwników jest niemal wymogiem. Tradycyjną już taktyką jest wskazywanie na niepolskie pochodzenie lub powiązania wrogów politycznych, czy to będą domniemane żydowskie korzenie Mazowieckiego, oskarżanie Wałęsy o bycie rosyjskim szpiegiem, czy słynny dziadek z Wehrmachtu Tuska. Ostatnio jednak, z braku wiarygodnych liderów opozycji, partia rządząca zaczęła obrażać społeczeństwo en masse, co świadczy o lenistwie i braku polotu. Najwyższy czas na jakieś świeże twarze – i świeże obelgi.

Inspirację można czerpać z podręcznika inwektyw politycznych Jerzego Urbana. W swoim „Alfabecie” Urban werbalnie sponiewierał wszystkich członków elit rządzących jak i opozycyjnych końca lat 80. Choć napisana wulgarnym, rynsztokowym językiem, często budzącym niesmak – Urban pisał o zdradach małżeńskich polityków i ich erotycznych grzeszkach – książka ta jednak przebiła nadmiernie rozdęte ego wielu działających w sferze publicznej .

Celem obelgi politycznej jest rzucić cień na reputację przeciwnika, która podczas wielkiego turnieju charakterów, jakim są wybory, jest najcenniejszym skarbem polityka. Tu nic się tak nie sprawdza, jak ośmieszenie. Wybitna pisarka brytyjska Muriel Spark napisała kiedyś, że właściwie wykorzystana „sztuka ośmieszania może przeniknąć do szpiku kości”. Rozumiał to Stefan Kisielewski. W swoich odczytach i felietonach odzierał reżim z wiarygodności, uderzając w najczulsze punkty. Za kpinę z rządu, który nazwał „dyktaturą ciemniaków” Władysław Gomułka ukarał Kisiela dotkliwym pobiciem i trzyletnim zakazem publikowania.

Celna obelga jest w polityce nieodzownym narzędziem, niczym pikantna przyprawa w wystygłym, siłą wmuszanym daniu. Kontruje pompatyczne przemowy, dowodzi, że demokracja żyje i – jeśli dobrze ją wykorzystać – jest manifestacją inteligencji i dystansu. Nudziarze i hipokryci rzadko bywają dowcipni. Miejmy nadzieję, że przyszłość przyniesie nam lepsze i ostrzejsze w smaku obelgi.

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze magazynu "Esquire"

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama