Reklama

Dlaczego prezydent nie jest nagi

Czasami lepiej byłoby, gdyby był. Wystarczy spojrzeć na garderobę tegorocznych bohaterów amerykańskich wyborów prezydenckich. Ale lista grzeszników jest znacznie dłuższa, bo fatalne noszenie się polityków to XX-wieczny wynalazek.

Dlaczego prezydent nie jest nagi
Reklama

Tekst P. J. O ’ R o u r k e – amerykański dziennikarz i satyryk polityczny irlandzkiego pochodzenia.

 

Nie uważam się za arbitra elegancji. W tym względzie jestem raczej dyletantem, noszącym szare lub granatowe garnitury, koszule z klasycznym mankietem i klubowe krawaty, a nowy garnitur kupuję dopiero wtedy, gdy spodnie zaczynają przecierać się na kolanach. Ale jak większość mężczyzn w pewnym wieku, którzy prędzej pokażą się publicznie z abażurem na głowie niż w koszuli bez kołnierzyka, potrafię powiedzieć, co komunikuje ubiór. Mark Twain powiedział kiedyś: „Ubranie czyni człowieka. Nadzy ludzie mają niewielki lub żaden wpływ na społeczeństwo”. Twain bardzo się mylił. Mimo to żaden z kandydatów aspirujących do fotela prezydenta Stanów Zjednoczonych nie odważył się wystąpić w stroju Adama. 

W kampanii obfitującej w rozmaite niespodzianki, a nawet wstrząsy, tego akurat nam oszczędzono. Żaden kandydat nie pokazał się bez bielizny, żaden nie uległ modzie na styl gotycki, gangsta czy transgender, jakkolwiek mogłoby to być chwytliwe. Ba, nikt nawet nie posunął się do założenia dopasowanego garnituru. Wiadomości często porównują kampanię wyborczą 2016 do cyrku. Ale nasi poskramiacze lwów, akrobaci i linoskoczkowie w ekstrawagancji nie posunęli się dalej niż Adlai Stevenson czy Dwight Eisenhower i jego żona Mamie. Z czysto odzieżowego punktu widzenia była to kampania tyleż czcigodna, co nudna. Przynajmniej z pozoru. Bo w raczej nieciekawych strojach kandydatów można dopatrzyć się elementów godnych uwagi. Ich prezencja jest znacznie bardziej interesująca, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

 

Na trasach wyborczych dała się zauważyć totalna nieobecność dopasowanego garnituru. To widomy znak, że kandydaci mają głowy na karku, chociaż dają wiele dowodów na coś wręcz przeciwnego.

Bo mimo że obowiązująca moda lansuje wąskie garnitury, nie wyglądają w nich dobrze mężczyźni poniżej metra osiemdziesiąt (Ben Carson, Marco Rubio, Rand Paul) ani też ci ze wskaźnikiem masy ciała powyżej 18,5 (Jeb Bush i Chris Christie). Na tym ostatnim dwuczęściowy garnitur od Thoma Browne’a tak by się opinał, że gdyby w Trenton State House wystrzelił mu guzik, to mógłby wybić okno w Newark. Dopasowany garnitur nie jest też odpowiedni dla ludzi dwa razy starszych niż wymagany przez konstytucję wiek kandydata na prezydenta (Bernie Sanders). Dodatkowym powodem, by wystrzegać się dopasowanych garniturów jest to, że Barack Obama tak świetnie w nich wygląda. Osią kampanii wszystkich kandydatów była chęć odróżnienia się od urzędującego prezydenta. Niektórzy kandydaci deklarują się bardziej na prawo od niego, inni bardziej na lewo, ale mowa ich stroju ogłasza wszem wobec i każdemu z osobna „Jestem grubszy od Obamy!”.

Rick Perry, najlepiej ubrany kandydat na prezydenta, wycofał się z prawyborów Partii Republikańskiej jeszcze przed końcem września zeszłego roku. Na jego garniturach nie pojawiały się najmniejsze zmarszczki. Ale czy na pewno chcemy, żeby za prezydentem biegali agenci Secret Service z żelazkami parowymi? Szykowne, warte 500 dolarów oprawki okularów Lafont nadawały Perry’emu wygląd przystojnego sprzedawcy w salonie optycznym. Prawdziwi republikanie noszą okulary takie jak dziennikarz George Will. Przez chwilę liderem sondaży w wyścigu o prezydenturę był Ben Carson. Carson jest geniuszem. Z tego, jak prezentował się jego strój, można było wnosić, że mógłby przeniknąć najgłębszy filozoficzny paradoks: jak to się dzieje, że człowiek tak konserwatywny politycznie potrafi być tak awangardowo i stylowo ubrany?

Ostatecznie jednak dyskretny luksus i elegancja ubioru doktora Carsona nasuwa nam jedno pytanie: Chryste, ile on za to wszystko płaci?

Ci najgorzej ubrani również nie zajechali zbyt daleko. Rand Paul swoim wyglądem komunikował przede wszystkim, że libertarianizm oznacza dla niego wolność samodzielnego obcinania włosów. Mówiło się, że jego wystudiowana, zmierzwiona fryzura i młodzieńczo-uczniowski styl nie wzbudzają należytego respektu.

Uczniowie prywatnych liceów mogliby się nie zgodzić. Paul wzbudzał dokładnie taki respekt, jak wychowawca w szkole z internatem, który narzucił coś szybko na siebie w środku nocy, żeby uciszyć chłopców obrzucających się poduszkami. Niestety, większość podstawowego elektoratu republikanów nie chodziła do prywatnych szkół z internatem.

Ktoś powinien był powiedzieć Jebowi Bushowi, że wprawdzie tradycyjny amerykański strój biznesowy, sack suit, z nazwy kojarzy się z workiem, ale nie można tego brać dosłownie. Jeb zrobiłby najlepiej, gdyby – nie bacząc na podwórkowe docinki – w kwestii ubioru zdał się na matkę. W przypadku jego ojca i brata rady Barbary dobrze się sprawdziły.

Chris Christie udowodnił, że „korpulentny elegant” należy już do przeszłości. Bezpowrotnie minęły czasy Williama Howarda Tafta, Fatsa Domino i Edwarda księcia Walii. Najwyraźniej nieugięta antyimigrancka postawa Christiego odstraszyła bliskowschodnich wytwórców namiotów i Christie musiał zamawiać garnitury u producenta plandek.

Pozostali przegrani kandydaci mogli sobie wygłaszać głośne, płomienne oświadczenia, ale ich ubrania nie mówiły zupełnie nic. A wyborcy, jak się wydaje, wsłuchali się właśnie w mowę stroju.

Ted Cruz w kwestii garderoby naśladował Ricka Perry’ego, ale chyba myślał, że zdoła uniknąć pułapki dandyzmu, w jaką wpadł Perry, jeżeli zamówi ubrania w firmie Rochester Big & Tall. Mogłoby to zadziałać, gdyby Cruz był postawny i wysoki. 



Pokpiwano z Cruza, że wkładał kowbojskie buty do biznesowego garnituru, ale to przecież zwykła praktyka grubych ryb z Teksasu. Teksańczyk nigdy nie wie, kiedy będzie musiał wybiec ze swego biura, z cocktail party czy z gali dobroczynnej, żeby przepędzić bydło.

Marco Rubio naraził się na podobne docinki z powodu swoich kubańskich butów na obcasach. Ale on przecież pochodzi z Kuby. I nie jest wyższy ode mnie. Współczuję, ale wzdrygam się na myśl o „irlandzkich obcasach”, czyli chodzeniu boso. Poza tym Rubio był elegancki, ale nigdy do przesady, choć może trochę za bardzo zdał się na trójbarwną paletę i angielskie kołnierzyki typu spread, które zupełnie nie pasują do amerykańskich pucołowatych policzków.

John Kasich podczas swojej kampanii ubierał się, jakby za wszelką cenę nie chciał wyróżnić się z tłumu. Identycznie jak wszyscy senatorzy nosił białe formalne koszule, czasem bladoniebieskie, choć to już u niego był naprawdę śmiały eksperyment. Jeżeli kiedykolwiek założył spinki do mankietów, to tylko dlatego, że dostał je w prezencie od prezydenta Reagana. A jego krawaty plasowały się gdzieś pomiędzy „dyskretną zamożnością”, a „prezentem na dzień ojca”.

Jeśli chodzi o strój swobodny, w tym roku najbardziej nadużywanym jego elementem był sweter z zamkiem błyskawicznym pod szyją. Jak sądzę, kandydaci chcieli przez to powiedzieć: „Patrzcie, znalazłem sweter, który wyborcom nie będzie się kojarzył z Jimmym Carterem ani Billem Cosbym”. Ja jednak słyszę komunikat następujący: „Żebym się tylko nie uszczypnął w szyję”.

Każdy kandydat, który usiłował wyglądać jak zwykły facet, wyglądał jak pospolity palant. Zwykli faceci nie kandydują na urząd prezydenta. Mamy swoje wady, ale to nie jest jedna z nich. Trzeba się umieć ubrać stosownie do swego zajęcia. Hydraulik do naprawiania zlewu nie włoży spódniczki i baletek. A przecież w tych wyborach decydujemy, kto ma przewodzić wolnemu światu, a nie pozować na błazna z sitcomu.

 

Nie zawsze mieliśmy ten problem. Dawniej praktycznie każdy dorosły mężczyzna, który nie był w kombinezonie ani w łachmanach, był ubrany jak prezydent.

Chociaż zanim męski garnitur przybrał około roku 1900 swoją rozpoznawalną współczesną postać, trudno było rozeznać, co komunikuje strój. Nie żyją już ludzie, którzy mogliby nam powiedzieć, czy fular wokół szyi Thomasa Jeffersona był oznaką wytwornej nonszalancji, czy też został zawiązany przez niewolnika, który miał ochotę udusić swego pana.

Między 1900 a 1960 rokiem garnitur był symbolem „człowieka majętnego i wpływowego”, cokolwiek się za tym kryło. Patrząc na fotografie Woodrowa Wilsona i Warrena Hardinga, nie sposób się zorientować, który z nich był purytańskim jajogłowym postępowcem, a który reakcjonistycznym niefrasobliwym bawidamkiem.

W formalnym stroju pojawiały się tylko nieznaczne wariacje. Harry Truman, dawny właściciel sklepu z galanterią, miał garnitury trochę za bardzo przy ciele. Ike Eisenhower, zawodowy wojskowy, wyglądał, jakby czekał, aż jego mundur galowy wróci z pralni. Adlai Stevenson, kiedy rywalizował z Ike’iem w wyborach prezydenckich, był widziany z dziurą w podeszwie buta. Ale w oczach jego zwolenników świadczyło to tylko o tym, jak bardzo zależało mu na ukróceniu krętactwa republikanów.



John F. Kennedy był prawdopodobnie pierwszym politykiem, który wykorzystał swój ubiór jako instrument sprzedaży. A sprzedawał młodość, a dokładniej – młodość w rozumieniu „wspaniałego pokolenia”, gdy było jeszcze młode. Nie nosił kapelusza! O takich rzeczach rozpisywały się tabloidy ponad pięćdziesiąt lat temu. Nie nosił garnituru zapinanego na trzy guziki. Jego garnitur zapinał się na dwa. Ech, ci Brooks Brothers to mieli fantazję! I zapinał guziki, jak chciał, włącznie z dolnym. Taki był świeży powiew wolności, wniesiony przez JFK. Richard Nixon, zaledwie cztery lata od niego starszy, wyglądał jak nieboszczyk, co dało się zauważyć podczas ich pierwszej debaty telewizyjnej.

Lyndon B. Johnson wzbogacił swój wizerunek o akcenty teksańskie w postaci kowbojskiego kapelusza, klap marynarki kojarzących się z rodeo i wysokich butów Lucchese, które do roboczych kowbojskich butów mają się jak John Lobbs do CCC.

W połowie lat 60. Teksas jeszcze nie dał światu swoich uładzonych Bushów, Perrych i Cruzów. Wciąż był uważany za miejsce egzotyczne i niebezpieczne. Kiedy LBJ zrezygnował z bycia lekko egzotycznym i niebezpiecznym, nawet Nixon wypadał dobrze. Z daleka Nixon wyglądał jak dorosły, z bliska jak dorosły zombie. Był tak oderwany od rzeczywistości, że nawet po plaży chodził w wyjściowych butach i spodniach od garnituru. Ale przynajmniej próbował. Jeżeli chce się uczciwie opisać prezydentów, jakich od tamtej pory mieliśmy, to trzeba powiedzieć, że wszyscy próbowali wyglądać jak dorośli. W listopadzie może nas czekać przykra niespodzianka.

Zdarzały się jednak nieporozumienia. Geralda Forda skusiło fatalne przeciwieństwo dopasowanego garnituru – szerokie klapy i krawaty z lat 70. Nie wiadomo, czy to krawat, czy jakaś nowa gra planszowa.

W porównaniu ze sławetnym kardiganem Jimmy'ego Cartera, sweter z zamkiem błyskawicznym po szyją jest szczytem dobrego smaku. Czyżby Jimmy gmerał w szafie Pana Rogersa z popularnego programu dla dzieci?

Obaj Bushowie wizerunkowo dobrze wypadli w roli prezydentów. Styl Busha ojca nigdy nie wyszedł z mody, ponieważ nigdy tak naprawdę do niej nie wszedł, a syn był na tyle nowoczesny, żeby kupować sobie drogie garnitury uszyte tak, by udawały niedrogie. Bezkonkurencyjny był Ronald Reagan. Jako aktor dobrze nadawał się na polityka, a jego ubrania były perfekcyjne. Idealne na casting. Idealne w technikolorze. Tak idealne, że nie budziły zawiści. Ludzie nie zazdrościli mu ubrań, chcieli tylko popcornu i coli, jak w kinie.

Bill Clinton już tak dobrze sobie nie poradził. Miał problem spod znaku „nowych szat prezydenta”. Wprawdzie w odróżnieniu od baśniowego cesarza nie paradował ulicami golusieńki jak go Pan Bóg stworzył, ale zawsze znalazł się w tłumie jakiś małolat (lub dziennikarz, lub zwolennik republikanów), który zawołał: „Teraz to może on coś ma na sobie, ale jeszcze przed chwilą on i jakaś cizia na pewno byli nadzy”. Kiedy poddano go impeachmentowi, nie dało się na niego spojrzeć, żeby oczami wyobraźni nie zobaczyć go w slipach. 

Trump, Sanders i Hillary Clinton jak dotąd wykazywali się rozsądnym podejściem do stroju. Co nie oznacza, że dobrym smakiem. Wyglądają fatalnie. Brak im klasy, chociaż z pewnością ubierają się w sposób przemyślany. Sanders nosi buty jak ochroniarz z centrum handlowego. Ignoruje fakt, że w telewizji krawat z koszulą button down wygląda komicznie, jakby miał wałeczki tłuszczu. Zaś garnitury Sandersa, mówiąc banalnie, wiszą na nim jak najtańsze tandetne ubrania. Skąd on je w ogóle bierze? Czyżby ze sprzedaży wysyłkowej? 

 


Całość tekstu ukazała się w najnowszym numerze "The Big Black Book"

 

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama