Reklama

Precz z wygrywaniem: felieton sportowy Rafała Steca

Najświętsze przykazania są dwa. Nigdy nie przyznawaj się, że nie kochasz sportu, który uprawiasz, i zawsze udawaj, że grasz dla kibiców, a nie dla sławy i pieniędzy.

Precz z wygrywaniem: felieton sportowy Rafała Steca
Reklama

Miażdżąca większość sportowców zaleceń tych przestrzega, a jeśli ktoś się wyłamie, wpędza publikę w szok. Jak tenisista Nick Kyrgios, który podczas styczniowego turnieju Australian Open wróci na kort po trzymiesięcznym zawieszeniu za nieprzykładanie się do gry i brak szacunku dla fanów. – Nie przepadam za tym sportem. Ale nie wiem, co innego mógłbym w życiu robić – ogłosił ów 21-letni multimilioner po odpadnięciu z ubiegłorocznego Wimbledonu. Choć uległ przeciwnikowi arcymocnemu, późniejszemu triumfatorowi Andy’emu Murrayowi, to nade wszystko widzieliśmy, że szybko się poddał i tylko symulował walkę, aż siedzący na trybunach eksperci zaczęli wykrzykiwać, by uświadomił sobie, do cholery, że uczestniczy w zawodach szczytowo prestiżowych. Bez skutku. Co więcej, Australijczyk wyznał potem z rozbrajającą szczerością, że przedmeczowe godziny spędził na intensywnym wywijaniu konsolą do gier wideo. „Czy to właściwy sposób na koncentrację? Nie mam pojęcia, chyba nie” – wzruszył ramionami.

Uchodzi za tenisistę fenomenalnie uzdolnionego, zjawisko niewidziane na kortach od eksplozji talentu Rogera Federera. Według znawców nigdy nie było gracza z porównywalnie szybkim ramieniem, Kyrgios ma manipulować rakietą z taką swobodą, jakby trzymał szczoteczkę do zębów. Już jako nastolatek wyrzucił z Wimbledonu rozstawionego z najwyższym numerem Rafaela Nadala, ale też jeszcze jako junior potrafił w trakcie meczu znienacka stracić zainteresowanie grą i odpuścić. Nie ma cierpliwości do ćwiczeń, nie zatrudnia trenera (!), obżera się, do tenisa zagonili go rodzice, sam tego sportu nigdy nie ogląda, wyobraźnię i dryg do wymyślania niebanalnych rozwiązań na korcie zawdzięcza niechęci do biegania, nie marzy o trofeach, karierę zamierza zakończyć najpóźniej w wieku 27 lat. Jest świadomy – jak utrzymuje – że do zdobywania Wielkich Szlemów musiałby trenować dwa razy dziennie, codziennie chodzić na siłownię, rozciągać się, częściej leżeć na stole do masażu i porządnie odżywiać, przysięga też, że byłby do tych poświęceń zdolny. Ale na razie nie wie, czy w ogóle trofeów potrzebuje. Prawdę mówiąc, kręci go raczej koszykówka.

Australijczyk narusza tabu. Sportowiec – nie tylko ten po burżujsku opłacany i w ogóle hołubiony – ma obowiązek kochać swój zawód na zabój, więc miłość do uprawianej dyscypliny notorycznie wyznają nawet przeciętniacy, którzy nigdy niczego nie osiągną, lecz przyzwoicie zarabiają. Jak np. zwykły kopacz z marnej polskiej ligi futbolowej, wyceniany przez rynek na kilkaset procent średniej krajowej. Dlatego poruszenie wywołuje Benoît Assou-Ekotto, jeden z setek zawodników z boisk angielskich, gdy wyrwie mu się między meczami, że „piłka nigdy nie była jego pasją i kopie ją wyłącznie dla pieniędzy”. Dlatego do kłopotów ze sobą gwiazdorzy przyznają się zazwyczaj dopiero po zakończeniu kariery, jak sławny tenisista Andre Agassi, który ze względu na przygniatającą go presję tenisa po prostu nienawidził. Dlatego niekiedy wydarza się tragedia, jak u Roberta Enke, niemieckiego bramkarza, który podyktował przyjacielowi biografię – latami cierpiał na depresję, ukrywał to, panicznie bał się ujawnienia prawdy – by następnie popełnić samobójstwo, rzucając się pod pociąg w wieku 32 lat. A my czytaliśmy, że cierpiał nawet w Barcelonie, gdzie teoretycznie spełniał marzenia każdego ganiającego za piłką chłopca, ponieważ zdawał sobie sprawę, że jeśli nie popełni w meczu żadnego błędu, to chwała za sukces przypadnie strzelcom goli, gdy natomiast się pomyli, zostanie skazany jako jedyny winny.

Enke stanowi przypadek skrajny, pozbawiony tragicznego rysu Kyrgios – też poddany gigantycznej presji, bo bogata w tenisowe tradycje Australia widzi w nim złotą przyszłość – pozostaje raczej wyrośniętym urwisem, może wręcz chuliganem, który podczas udzielania wywiadu poluje na Pokemony, i to dwoma smartfonami równocześnie. Jednak reguły gry łamie na wielu poziomach. Talent trwoni nie potajemnie, lecz ostentacyjnie, postępując wbrew niewypowiedzianemu, acz powszechnemu przeświadczeniu, że obdarzeni nim szczęśliwcy mają moralny obowiązek dawać z siebie więcej niż zwykły śmiertelnik, który idzie do roboty, by ją odbębnić. I nie powtarza nieszczerych komunałów sprzedawanych przez miliony sportowców, których życiową misją jest ponoć sprawianie radości kibicom (choć zazwyczaj jest dla nich czarujący). Przeciwnie, czasami publicznie wzdycha – po zwycięstwie lub porażce! – że w trakcie gry przeraźliwie się nudził. Zawieszeniem został ukarany za popis na październikowym turnieju w Szanghaju, gdzie w mecz drugiej rundy włożył minimalny wysiłek; raz zszedł z kortu, zanim znacznie słabszy rywal odbił zaserwowaną piłkę; w stronę gwiżdżącej widowni wrzasnął, że marzy tylko o powrocie do domu. A potem obwieścił, że niczego nie jest fanom winien, że kupują bilety na własną odpowiedzialność – „wiecie, jaki jestem nieprzewidywalny”. No i że nie mają pojęcia, przez co on przechodzi.

Tenisowe władze wydały wyrok z zastrzeżeniem, że go złagodzą, jeśli Kyrgios pójdzie do psychologa, ale ten ani myślał się podporządkować. Wcześniej wyjawił przecież, że kompletnie nie obchodzi go, czy awansuje w światowym rankingu.

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama