Reklama

Pierwsze słowa prezydenta: felieton polityczny Philipa Boyesa

Pisanie mów inauguracyjnych w Stanach ma dwustuletnią tradycję.

Pierwsze słowa prezydenta: felieton polityczny Philipa Boyesa
Reklama

Choćbyśmy się nie wiem jak mocno szczypali, żeby obudzić się z politycznego horroru, jego konsekwencje są aż nadto rzeczywiste. 20 stycznia 2017 roku Donald Trump zostanie zaprzysiężony na czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Nie da się przewidzieć, jak będą wyglądały rządy prezydenta Trumpa – to pierwszy przypadek w historii, kiedy przywództwo w Stanach obejmuje osoba bez doświadczenia w polityce czy wojskowości. Jak dotąd jego pomysły na rządzenie krajem były tylko zlepkiem demagogicznych haseł. Możemy się spodziewać, że wkroczy do Białego Domu z mandatem na obalenie dotychczasowego porządku. Inni politycy oraz rynki finansowe, nie wspominając o ogarniętych strachem imigrantach, będą analizować każde jego słowo w poszukiwaniu wskazówek, co ich teraz czeka. A z tonu i kompozycji mowy inauguracyjnej będzie można wyczytać wiele na temat pierwszych stu dni kadencji Trumpa.

Czasami rozwlekłe przemowy inauguracyjne ujawniają charakter prezydenta i kondycję narodu w danym momencie dziejów, a ich twórcy podkreślają jednocześnie przejście od jednej epoki do następnej. Jeżeli Trump chce zbudować swój wizerunek jako wiarygodnego polityka, on i jego spindoktorzy będą musieli zadbać o to, by w tym pierwszym wystąpieniu prezydenta znalazły się właściwe proporcje formy i treści.

Kładąc zbytni nacisk na styl, mówca naraża się często na zarzut samozadowolenia i intelektualnej arogancji. Błyskotliwa retoryka Obamy drogo go kosztowała w następnych latach. Z drugiej strony, jeśli mówca przedkłada treść nad styl, ryzykuje, że nazwą go bezwartościowym. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest kanclerz Angela Merkel, która jeszcze nigdy w życiu nie wygłosiła porywającej przemowy.

Drużyna Trumpa będzie musiała wypracować rozpoznawalny, charakterystyczny język. Clark Judge, autor przemówień Ronalda Reagana, porównał kiedyś stylistykę prezydentów do gatunków muzycznych. Styl Billa Clintona według niego przypominał jazz, Reagan był „symfoniczny”, a mowy George’a W. Busha brzmiały jak muzyka country – miały solidną konstrukcję, przesłanie moralne i nutę ewangelicznego liryzmu. Idąc tropem tej analogii, można by rzec, że dotychczasowe przemówienia Trumpa przypominały dźwięki wiertarki udarowej na tle alarmu samochodowego.

Zwięzłość przemowy inauguracyjnej może okazać się sprawą życia i śmierci. W marcu 1891 roku dziewiąty prezydent Stanów Zjednoczonych William Henry Harrison przez dwie godziny przemawiał bez płaszcza podczas zamieci śnieżnej. Miesiąc później zmarł z powodu zapalenia płuc. Jerzy Buzek jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego czasami prosił autorów swoich przemówień, by zreferowali mu ich główne punkty, stojąc na jednej nodze. Podtekst był jasny – streszczajcie się, albo nadwerężycie sobie kostkę.

Trump nie lubi trzymać się wytycznych, ale fakt, że przyswoił sobie jedną prostą maksymę dotyczącą przemówień („liczy się nie to, co powiesz, ale to, co usłyszy publiczność”), z pewnością pomógł mu wygrać wybory. W amerykańskich wyborach 2016 roku porzucone przez elity grupy społeczne zwróciły się ku populistycznej antypolityce, w której emocje, slogany i symbole zastąpiły fakty i argumenty, uświadamiając nam, że słowa są tylko drobną częścią tego, co słyszy publiczność podczas przemówienia. Zapomniane rzesze „błękitnych kołnierzyków” nie dały się być może przekonać rasistowskiej retoryce Trumpa i jego seksistowskim uwagom, ale doceniły to, że zauważył ich istnienie i ich frustracje.

Na pozór konstruowanie przemowy inauguracyjnej prezydenta USA wydaje się prostym zadaniem, bo niemal wszystkie mowy w ciągu ostatnich dwustu lat trzymały się tego samego wzorca: Ameryka to wspaniały kraj, jej mieszkańcy są najlepsi, żyjemy w niezwykle ważnych czasach, osiągnęliśmy wiele, ale przed nami jeszcze sporo wyzwań. 

W rzeczywistości pisanie to ciężka praca. Wstępny szkic przemowy inauguracyjnej Baracka Obamy z 2009 r. krążył między prezydentem a jego 27-letnim speechwriterem Jonem Favreau kilkanaście razy po ich ponadgodzinnym spotkaniu, podczas którego prezydent nakreślił swoją wizję, a Favreau robił notatki na laptopie. Favreau następnie poświęcił tygodnie na research, rozmawiał z historykami i analizował okresy kryzysu. Przesiadywał do trzeciej nad ranem i dopracowywał kolejne ustępy tekstu, pijąc kawę i napoje energetyczne, a relaksował się przy Rock Band na Play Station.

Pisanie przemowy prezydenckiej idzie najsprawniej, gdy tworzą ją nie więcej niż trzy osoby – Obama pracował razem z Favreau, Bill Clinton z dwoma ghostwriterami. W Brukseli jest inaczej. Kiedy Jose Manuel Barroso był przewodniczącym Komisji Europejskiej, dziesięciu doradców wielokrotnie przekazywało sobie jego przemowy w kilkunastu wersjach, zanim on sam dostał szkic do przeczytania. Również w Polsce amerykański styl pisania przemówień przyjmował się powoli. Jako minister spraw zagranicznych Radek Sikorski próbował organizować to w sposób profesjonalny, ale jego następcy wciąż, o ironio, wolą model brukselski.

Podczas kampanii wyborczej Trump dał się poznać jako kandydat łamiący wszelkie zasady. W biznesie jego strategia polegała na wyszukiwaniu słabych punktów w istniejących układach i wykorzystywaniu ich do własnych celów. Stosowanie tego podejścia w polityce może mieć katastrofalne konsekwencje. Gdyby w swojej przemowie postanowił przestrzegać zasad retoryki, z pewnością uspokoiłby obawy wielu ludzi.

Niezależnie od tego, co w  końcu powie, pozostaje zasadnicze pytanie, czy prezydent Trump zdoła przełożyć retorykę na działanie. Miliony ludzi na świecie, włącznie ze mną, mają nadzieję, że nie.

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama