Reklama

Złodziej kadrów - wywiad z Dawidem Ogrodnikiem

Odpowiedź numer jeden: iPhone 6. Odpowiedź numer dwa: Sony Xperia Z3. Odpowiedź numer trzy: Nokia 6310i z 2002 r. Nasze pytanie, jak się nietrudno domyślić, brzmi: jaki telefon ma Dawid Ogrodnik?

Złodziej kadrów - wywiad z Dawidem Ogrodnikiem Fot: Kapif
Reklama

Na pomysł, żeby zacząć ten tekst od głupkowatego kwizu, wpadamy po sesji zdjęciowej z Dawidem. Przeglądamy fotografie, zastanawiamy się nad zdjęciem okładkowym. Mamy z czego wybierać, bo Dawid jest pierońsko fotogeniczny, ale przecież to nasza pierwsza okładka, więc nie idzie tylko o to, żeby świetnie wyglądała. Musi jak najprecyzyjniej komunikować: cześć, tu polska edycja magazynu„Esquire”, najlepszego na świecie pisma dla mężczyzn. Chcemy, żeby twoje życie było fajniejsze. Zobacz, to jest Dawid Ogrodnik, modelowy przedstawiciel gatunku homo sapiens esquireensis. Jest pracowity, ciekawy świata,odnosi sukcesy, ma sowizdrzalskie poczucie humoru, ujmuje pokorą i skromnością.

Ale dochodzimy w końcu do wniosku, że czegoś nam brakuje. Jakiejś rysy, która pozwoliłaby pokazać prawdziwego człowieka, a nie wygłaskanego przez krytykę „jednego z najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia”. Kolejna laurka dla Ogrodnika byłaby po prostu krzywdząca. Szukamy więc niedoskonałości. No tak, spóźnia się na sesję do studia fotograficznego. Trzynaście minut, jakby świetnie wycelował w końcówkę kwadransu akademickiego. Między zdjęciami może za bardzo dokazuje, tańcząc jak Michael Jackson albo śpiewając „Ain’t No Sunshine” Billa Withersa. Może w spektaklu telewizyjnym „Brancz”Juliusza Machulskiego, w którym wystąpił u bokum.in. Stanisławy Celińskiej i Anny Seniuk, jego kreacja Olafa była zbyt efekciarska?

Trochę to wszystko naciągane. Ostatecznie jednak znajdujemy konkretną wadę. Ale żeby o niej opowiedzieć, musimy na moment przenieść się na kort. Miłośnicy tenisa wiedzą, że za obejrzenie porywających pojedynków podczas większych imprez trzeba zapłacić daninę, wysłuchując rozmowy ze zwycięzcą. Od kiedy federacje tenisowe zobowiązały zawodników do posługiwania się skryptami, właściwie każda rozmowa brzmi tak samo. Przegrani zawsze są świetni i dali z siebie wszystko, podobnie zresztą jak zwycięzcy, którzy zagrali swój najlepszy tenis.

Wśród aktorów też zdarzają się rozmówcy, którzy odpowiadają jak telemarketerzy z trzydziestoletnim stażem. My, dziennikarze, mamy do nich słabość. Po spisaniu wypowiedzi otrzymujemy gotowy tekst. Dawid, z naszego punktu widzenia, jest – delikatnie rzecz ujmując – kłopotliwym rozmówcą. Nie ma nabożnego stosunku do chronologii. Czasami za bardzo kombinuje. Jakby jednocześnie odpowiadał na trzy różne pytania. Gdy pytam go o sukcesy i laurki, zaczyna się wykręcać, mówi o pokorze, o tym, że słowa „ambicje” i „oczekiwania” nie pasują do opisu jego stanu ducha,po czym kończy: – Staram się utrzymać stabilny i, jak by to nazwać, poziomy ogląd sytuacji.

Po przeczytaniu takiej odpowiedzi możemy przez chwilę pomyśleć ze współczuciem o telemarketerach. Nie życzymy żadnemu, by dodzwonił się do Dawida. A w każdym razie ostrzegamy: uważajcie na wasz generator skryptów. Może się sfajczyć.

Przepraszam, co to jest „poziomy ogląd sytuacji”?

Czasami jestem na dole, czasami u góry. Gdzieś pośrodku jest poziom zero. Jak się znajdujesz na tym poziomie, to widzisz, że to, co cię spotyka na dole, i to, co cię spotyka u góry, jest dobre. Poziom zero to wygaszone ambicje i oczekiwania. Dokładne przeciwieństwo tego, co mi się usiłuje wmówić. W tym sensie dobre jest wszystko, co mnie spotyka, bo wszystko służy mojemu rozwojowi.

Nawet praca w rzeźni?

To nie był dół. Kiedy pracowałem w rzeźni, wiedziałem, że to stan przejściowy. Ten moment w moim życiu zdefiniowałem jako czas zarabiania pieniędzy. Było dla mnie jasne, że gdy je zarobię, będę mógł zrealizować marzenie o dostaniu się do szkoły teatralnej. Kiedy pojawia się prawdziwy dół, nie masz poczucia, że to sytuacja przejściowa. Nie widzisz ciągłości zdarzeń. Nie możesz niczego zaplanować.

Otarłeś się o takie stany?

Jasne. Dla aktora każdy dół to okazja do poszukiwań. Myślałem o tym trochę, gdy budowałem rolę w filmie „Chce się żyć”. Interesował mnie stan, w którym nie ma nawet nadziei. Po jakimś czasie zrozumiałem, że kiedy już nic nie ma, rodzi się jakaś instynktowna chęć życia. Nie zaprzątam sobie tym głowy na co dzień, ale role, które gram, wnoszą różnorodność tematów. Nigdy nie wiem, kogo przyjdzie mi grać, ale zawsze muszę rozumieć mojego bohatera, no a żeby być przekonującym, muszę rozumieć jego wewnętrzną motywację. Bez tego nie zbuduję roli. Temat beznadziei, samobójstwa przetoczył się przez moją głowę już wcześniej. Kiedy przygotowywałem się do egzaminu w szkole teatralnej, grałem samobójcę Kiryłowa, bohatera „Biesów” Dostojewskiego. Kiryłow to inżynier i filozof amator, autor rozprawy o samobójcach, który nie zamierzał wyzbyć się strachu przed śmiercią i własne, planowane samobójstwo traktował jako świadectwo pełnego wyzwolenia. Rozważając to zagadnienie, budując tę rolę, przyjąłem ten sposób myślenia: kiedy się już wszystko zanegowało, kiedy jest się na samym dnie, czujesz bezgraniczną wolność i możesz zrobić wszystko.

Byłeś na roku z Gierszałem, Kościukiewiczem. Też wam się wydawało, że możecie wszystko?

W trakcie studiów byliśmy zawieszani, były z nami kłopoty. Buntowaliśmy się. Intuicyjnie czuliśmy, że się nas indoktrynuje. Jest w krakowskiej szkole wielu fantastycznych profesorów, którzy nie robią kiełbi we łbie, tylko namawiają do poszukiwań. Ale, niestety, część pedagogów chciała, żebyśmy szli ścieżką, którą wydeptali lata temu. W jednym przypadku ocierało się to o mobbing psychiczny. Mieliśmy więc przerąbane, no bo się na to nie zgadzaliśmy. Zadawałem sobie pytanie – jak z agresji mogą się rodzić piękne rzeczy?

Ale to wy, buntownicy, weszliście przebojem do polskiego kina.

Tak. Ostatecznie okazało się, że bunt jest bardzo rozwijający. Wolałem być wyrzucony, niż godzić się na przemoc psychiczną. Pamiętam, że pewnego dnia usiadłem na ławce w parku i pomyślałem sobie: tak chciałem dostać się do szkoły, a teraz czuję, że będąc tu, wiele tracę. Trudno. Ale postanowiłem się nie uginać. Zaryzykowałem. To mnie nauczyło odwagi,

która w tym zawodzie bardzo się przydaje. 

Jest w tobie dużo niezależności. Gdzie to się zaczęło? Bo przecież nie na studiach.

Tam, gdzie chyba większości to się zaczyna, czyli w domu. 

Kiedy zrozumiałeś, że masz odwagę mówić „nie” silniejszym?

Chyba wtedy, gdy powiedziałem do ojca: „Nigdy więcej mnie nie uderzysz”. Kocham go i mamy dobry kontakt. Jest dla mnie najważniejszym facetem w życiu. Ale zanim do tego doszedłem, nie było łatwo. Myślę, że każdy przechodzi taki moment, kiedy musi się przeciwstawić rodzicowi. Powstają o tym filmy, książki. Archetyp „zabicia” rodziców w sobie, żeby się od nich uwolnić, jest mocno obecny w naszej kulturze. Przecież nawet religia nas tego uczy. W Biblii jest napisane: „Będziesz musiał się przeciwstawić ojcu swemu i matce swej”. Jezus wzywa:„Porzuć ojca swego i matkę swą, i idź za mną”.

Różne kultury wypracowały różne rytuały. 

Tak, rytuały przejścia. Dla mnie przeciwstawienie się ojcu było takim rytuałem przejścia. Wtedy zobaczyłem, że nie muszę żyć pod presją, być w czyichś rękach. Nie żyje się po to, by spełniać czyjeś oczekiwania. 

Ile miałeś lat? 

Siedemnaście, ale już od trzynastego roku życia nie mieszkałem z rodzicami. 

Wyprowadziłeś się z domu jako trzynastolatek? 

Byłem w szkole muzycznej, grałem na klarnecie i w pewnym momencie rodzice zdecydowali, że jeśli mam się dalej rozwijać w tym kierunku, powinienem iść do lepszej szkoły niż ta w Wągrowcu. Zamieszkałem więc w bursie w Poznaniu. I jestem im za to wdzięczny. Gdyby nie to, że ojciec stawiał przede mną wymagania, że rozbudzał we mnie nadzieje, że pilnował mojego wykształcenia, nie byłbym tym, kim jestem. Ojciec wyraził się jasno – skoro zacząłeś grać na instrumencie i lubisz to, musisz doprowadzić sprawę do końca. Dla ojca ogromną wartością jest konsekwencja. Uważa, że jeśli nie umiesz dojść do końca, musisz się do tego przyznać i umieć zrezygnować. Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że tata parę razy mnie zawiódł, ale nigdy, przenigdy mnie nie okłamał.

Jak sobie radziłeś poza domem? 

W bursie były dzieci z całej Polski. Dziewczynki ze szkoły baletowej, które miały po osiem, dziewięć lat, ale też licealiści i studenci szkół artystycznych. Niełatwo się żyje pod jednym dachem, gdy najmłodsi ledwo skończyli przedszkole, a najstarsi – studenci z akademii muzycznej czy plastycznej – dobiegają trzydziestki. Zwłaszcza że to były czasy, kiedy w wojsku była „fala”. Jej odpowiednikiem w bursach uczelni artystycznych był „przeciąg”. Przeszliśmy tam w każdym razie niezłą szkołę. U nas też było się kotem, oberkotem, a dopiero po przejściu wszystkich upokorzeń można było kocić i cieszyć się przywilejami wyższego stanowiska. Widziałem, jak w ludziach rodzi się przemoc. Jak sami sobie nadają prawo do robienia rzeczy złych. Przewaga, która jest uzurpacją, jest bardzo okrutna. Nagle widzisz, jak ze zwykłego gościa wyrasta bestia. Bo zaczyna mu się wydawać, że ma prawo mieć w rękach drugiego człowieka. Obserwujesz korzenie zła. Mnie to totalnie przeraziło.

Czy nauka gry na klarnecie była tego warta?

Wszystko jest warte tego, żeby to przeżyć.

Nie kusiło cię, żeby powiedzieć rodzicom: „Zabierzcie mnie, nie chcę na to patrzeć”?

Nie miałem odwagi dzielić się z nimi tym doświadczeniem. Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć. Widziałem ostatnio dokument Jacka Bławuta „Wojna światów”. Jest tam fragment o facecie, który wrócił z Iraku.Jego brat gra w strzelankę, tymczasem on, nawet dla żartów, nie jest w stanie tego robić. Wyleczył się ze zła. Myślę, że bursa podziałała na mnie podobnie. Trzeba zobaczyć ten dokument, bo dotyka doświadczenia, o którym dość nieporadnie próbuję opowiedzieć.

Czyli są też dobre strony takich doświadczeń?

To przedziwne, ale jeśli masz odpowiedni wgląd, z perspektywy czasu zaczynasz pozytywnie myśleć o swoim świecie. Po latach to doświadczenie z lat szkolnych przydało mi się, gdy pracowałem z Mają Kleczewską nad dyplomem „Babel 2”. Grałem człowieka, który ma za sobą doświadczenia wojenne. Maja prosiła, żebym oglądał wiele filmów z Abu Ghraib. Zastanawiałem się, jak mam zagrać kogoś tak złego. Byłem rozdygotany, zbrzydzony, wściekły. I wtedy pomyślałem sobie, że zagram zło w nieoczywisty sposób, żeby wyjść poza jego jednowymiarowość.Zacząłem myśleć, z jakich powodów i w jakich warunkach ktoś staje się zły. Niejasne? Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć. W bursie zdarzały się złe rzeczy, ale one rodziły opór. Ten opór jest interesujący.

Musisz tyle z siebie dawać w każdej roli? 

Nic nie muszę, ja po prostu tego chcę. To pytanie brzmi jak obawa. Udawało mi się czasem wejść tak głęboko, że gdy schodziłem ze sceny, mówiłem: „Byłem dzisiaj w więzieniu w Abu Ghraib”. To jest mój sens i radość spotkania z postacią. Tylko wtedy, gdy zejdę tak głęboko, jest szansa, że pójdzie tam za mną widz. Dopiero wtedy nie mam poczucia, że kogoś oszukuję. Kiedyś po projekcji „Chce się żyć” pewien pan zaczął na mnie krzyczeć, że to, co robię ze sobą, jest okropne, że to dla niegoporażające, że nie chce czegoś takiego oglądać w kinie. Wściekłem się, ale potem pomyślałem, że przecież po to tak wszedłem w tę rolę, żeby postawićgościa przed jego własnymi lękami i obawami. 

Czy po trudnych rolach długo wracasz do rzeczywistości?

Nie potrafię tego zmierzyć. Zaraz po „Chce się żyć” ruszyłem ku przygodzie z Pawłem Pawlikowskim i „Idą”. Zdawałoby się, że to najlepszy sposób. Ciągłe przebywanie w innych wcieleniach oddala cię od świadomości o sobie samym. Trzeba dać sobie czas na wszystkie uczucia, by nie pozostać tylko strzępkiem ról i emocji, jak opisuje to profesor Krzysztof Globisz w swojej książce. Za co mu dziękuję i życzę szybkiego powrotu do zdrowia.

Kto był twoim ukochanym profesorem?

Roman Gancarczyk. Długo go nie rozumiałem. Dopiero na trzecim roku uświadomiłem sobie, że dał mi mnóstwo swobody i wolności, żebym mógł sprawdzić, co tak naprawdę mnie w aktorstwie interesuje. By zawsze zaczynać od zera. I trzeba wierzyć w to, że każdy musi znaleźć swoje aktorstwo i swoje myślenie o tym. Druga ważna dla mnie osoba to profesor Hajewska-Krzysztofik, która wyczuliła mnie na szczegół. Dzięki niej zrozumiałem, że dla aktora ważny jest nawet najdrobniejszy ruch czy szept. Graliśmy komediodramat Erdmana „Samobójca”. Grałem samobójcę, znowu (śmiech). Zgaszone światło, leżę z żoną w łóżku, pytam:„Masza? Masza, śpisz?”. Masza: „Co chcesz, Iljuszka?”. Ja znowu: „Masza, śpisz?”. Poruszając się w łóżku, kombinowałem, żeby być głośno. Pani profesor położyła się obok mnie i tłumaczy: „Kiedy się podnosisz, to właśnie nie chcesz jej obudzić. Sprawdzasz tylko, czy możesz zrobić to, co ci chodzi po głowie”. Tak to na mnie zadziałało, że gdy zagraliśmy tę scenę na jednej z pierwszych prób, pani profesor powiedziała, że już więcej nie musimy ćwiczyć. Taka prosta uwaga przeniosła mnie w rzeczywistość mojego bohatera. Cudne to było.

Czy możemy na chwilę zostawić samobójców, choroby i zło? Pogadajmy o „Disco polo”. Wybrałeś tę rolę, żeby odpocząć po ciężkich przejściach na planie filmowym i scenie?

Jasne. Była mi potrzebna, żeby zobaczyć, że wszystkie poprzednie rzeczy, nad którymi pracowałem, to były tylko kreacje aktorskie, że potrafię zrobić  coś skrajnie innego. Chciałem odpocząć i zaryzykować, żeby zobaczyć, czy się w czymś takim odnajdę. Zrobiłem ten film z ciekawości, dla przyjemności i dla muzyki!

Słuchałeś disco polo w dzieciństwie?

No pewnie! Wszyscy wtedy słuchali, chcąc nie chcąc. Kiedy się wracało do Wągrowca z bursy w Poznaniu, zewsząd było słychać disco polo.

O czym jest ten film?

O przygodzie. O marzeniu o sukcesie. O tym, że osiąga się go dzięki determinacji, odwadze, pracy i sprytowi. O latach 90., ich klimacie zabaw, imprez i bycia sobą bez obciachu. Ale też o samotności.

„Jesteś Bogiem”, tylko w innej konwencji?

Tak, to zwariowana komedia. Dla mnie wyzwaniem podobnym do tego z filmu Leszka Dawida, było to, że naprawdę graliśmy koncerty na żywo i że nagraliśmy płytę. Nie było ściemy. Wbijajcie do kin. Pozdro dla ekip z Katowic. 

Lubisz kicz? 

Czasami kicz jest terapeutyczny. To świat sztuczny, spreparowany w jakimś celu. Od czasu do czasu można się w nim zanurzyć. Lubię oglądać czasami mocno wykreowany świat w tym filmie. Mamy tu zabiegi, których do tej pory w polskim kinie nie było, np. triki jak z „Wilka z Wall Street”. Raz gram po angielsku, a moje kwestie tłumaczy Tomasz Knapik. To zabiegi, które wymagają odwagi. Wszyscy zaryzykowaliśmy, ale myślę, że udało się nam stworzyć coś wyjątkowego z zabawowej atmosfery lat 90. Robiąc ten film, wspominaliśmy nasze dzieciństwo, dzięki czemu zobaczyłem, z jak wieloma momentami mojego życia ma coś wspólnego. Nie wiem, czy widzowie są gotowi na to, co zobaczą (śmiech). 

Dlaczego?! 

Moim zdaniem, nie było w polskim kinie tak pozytywnie wykręconego filmu!

Czy to będzie pastisz kina muzycznego?

Gram wokalistę zespołu Laser. Robiliśmy co w naszej mocy, żeby treść i forma naszych piosenek była jak najbardziej wiarygodna i trafiała do ludzi. To będzie kino muzycznego bohatera, w amerykańskim stylu. Taki „Batman” czy na przykład filmy Marvela to kino pełne przygód, lekkie i przyjemne, ale przede wszystkim bardzo dobrze zrobione. 

Zaczynamy bawić się kinem? 

Tak. Trochę luzu nam się przyda. 

Skoro film jest o disco polo, to będzie trochę żenady.

Dobra żenada nie jest zła (śmiech). Film opowiada o ludziach, którzy temu, co robią, oddają siebie. Odkryłem, że w disco polo w prostych słowach często jest głęboki przekaz. Na przykład autor piosenek dico polo Zenon Martyniuk, lider Akcentu, opowiada o swoim życiu, najprawdziwiej i najuczciwiej jak tylko potrafi. Tyle że w swoim gatunku. Na przykład utwór „Gwiazda w górze lśni, pierwszym marzeniem jesteś ty” albo „Sonet do miłości” – to są utwory pod wieloma względami wzruszające, ale też zabawne, że czasami ich nagrywanie w studiu było trudne.

Mam wrażenie, że zawsze stoisz po stronie swojego bohatera. Niezależnie od tego, czy to samobójca, czy piosenkarz disco polo. 

To dobre wrażenie, bo nie zdarzyło się, żebym nie bronił swojego bohatera jak siebie samego. Chodzi o stawkę i odpowiedzialność. Nie tylko za siebie, ale za ludzi, którzy tworzą daną społeczność. Ich wartości, doświadczenia, problemy i radości mają być prawdziwe. Spędziłem wspaniałe chwile z Radkiem Liszewskim, liderem grupy Weekend. Spotykaliśmy się nie tylko na planie, ale też po pracy. Dla mnie muzycy disco polo to ludzie, którzy mają wspaniałą energię. Poznając ich, nauczyłem się nie oceniać zbyt łatwo. Bo co innego estetyka, a co innego człowiek.

Znasz trochę branżę muzyczną z własnego doświadczenia. Podobno byłeś menedżerem kilku artystów.

Kiedy z moim kuzynem Marcinem uznaliśmy, że jesteśmy już dorośli, postanowiliśmy jakoś zarabiać. Dostałem kredyt bezzwrotny od Urzędu Miasta, osiem tysięcy złotych, na założenie własnej działalności. A że miałem to robić z kuzynem, nazwałem firmę David & Martin Arts Management. Niestety, Marcin szybko otworzył własny management (śmiech).

I co, prowadziłeś koncerty disco polo? 

Plan był w ogóle zacny, bo dostałem książkę z adresami do większości menedżerów na całym świecie. Mogłem zadzwonić do agenta Stinga albo do Kronos Quartet i zaproponować im koncert. Tyle że ja chciałem promować poznańskich artystów. Zamarzyło mi się, żeby polscy muzycy mieli swoich menedżerów na całą Europę – uznałem, że mam prawo zadzwonić na przykład do filharmonii berlińskiej i zaproponować koncert jakiegoś poznaniaka pod batutą sir Simona Rattle’a. A potem zaprosić ich do nas.

Nic z tego nie wyszło? 

Skończyło się na tym, że utknąłem. Pieniądze, które były przeznaczone na firmę, trzeba było wydać. Kupiłem biurko i telefon, ale nie miałem za co jeździć po Polsce i menedżerować. Kiedy zabrakło na pierwszą składkę do ZUS, zatrudniłem się w domu kultury w Łeknie. Prowadziłem chór dziecięcy i zajęcia dla dzieciaków na wsi. I to wystarczyło na kolejne 8-9 miesięcy, żeby to wszystko spłacić. Rodzice – zresztą wcale im się nie dziwię – nie płacili za moją fanaberię. To ja założyłem firmę, więc dlaczego oni mieliby płacić za mój ZUS? Dziś jestem im za to wdzięczny, bo nauczyłem się ogarniać biznesowe sprawy. Cieszę się, że powiedzieli: „Doszedłeś do pewnego wieku, więc radź sobie sam”. To jest oczywiście brutalne. Przez pierwszy miesiąc myślisz wyłącznie o niesprawiedliwości, jaka cię spotkała. Ale dzięki temu mierzysz się z tym, czego tak naprawdę pragniesz, czyli z wolnością.

To wtedy poszedłeś pracować do rzeźni? 

Sprzedałem wszystko, co zakupiłem na firmę, i wyprowadziłem się do Krakowa. Postanowiłem, że porządnie przygotuję się do szkoły aktorskiej. Zapisałem się do Lart studiO, policealnego studium aktorskiego. Ale musiałem na to zarobić. Na stacjach BP otwieraliśmy z kolegami wszystkie Wild Bean Cafe w Polsce, wprowadzaliśmy też Grolscha do polskich knajp. Więc co weekend miałem tour po miastach i miasteczkach w całym kraju. 

Byłeś akwizytorem? 

Tak. Sprzedawaliśmy pizze, zapiekanki.Wtedy przy życiu trzymało mnie postanowienie, że zrobię wszystko, żeby wreszcie dostać się do krakowskiej szkoły teatralnej. Kombinowałem jak tylko się dało.

A jak trafiłeś do rzeźni?

Skończyła się jedna praca. Trzeba było podjąć drugą. Wycinałem dupy indykom (śmiech). I nie jest to metafora.

Stałeś przy taśmie?

Tak. Przede mną przesuwała się taśma z indykami. Miałem dwie grube rękawice, a na nie była nałożona trzecia specjalna metalowa rękawica, dzięki której mogłem się poczuć jak Zawisza Czarny. Taśma się kręciła, a ja tą metalową rękawicą wycinałem indykom kupry. Wszystko było zimne, bo to była chłodnia, więc co 15 minut przychodził pan z wrzątkiem, wlewał go do miseczki, a ja zanurzałem w niej rękawicę. Czekałem, aż ciepło z tego wrzątku trochę mnie ogrzeje, strzepywałem wodę i dalej, platforma ruszała. Po pierwszym dniu miałem tak spuchniętą rękę, że mama namawiała mnie, żebym się zwolnił, ale tego nie zrobiłem. Pracowałem tam z więźniami, którzy mieli lekkie wyroki, dwa-trzy lata. Mogłem się z nimi zakumplować, zobaczyć, kim są, co mają w oczach, czego się w nich boję. To było kolejne ważne doświadczenie.

A promowanie piwa? Czego to cię nauczyło?

Przejechałem się po barach i klubach w Polsce. Zobaczyłem cwaniaczków, dziwne sytuacje na zapleczu… Organizowałem konkursy. Miałem dwie godziny, żeby rozkręcić imprezę. Ale czasami ludzie traktowali mnie jak powietrze, więc musiałem się dwoić i troić. Męczyłem się jak człowiek podrywający dziewczynę przy barze, która zupełnie nie zwraca na niego uwagi, bo jest czymś zajęta albo ma go gdzieś.

Twoja dziewczyna jest aktorką. Czy to ułatwia, czy utrudnia wam życie?

Tego akurat się nie dowiesz. Jest małe grono osób, które mają do mnie dostęp. To nie pycha, ale szacunek do siebie samego. Dajesz wszystko i potem dla ciebie już nic nie zostaje. Nawet to pytanie wkracza w sferę, która niewiele ma wspólnego z moim zawodem. Odpowiem więc, czym jest różnica między zawodem a życiem prywatnym. Cokolwiek zrobisz na planie filmowym, nie musisz brać za to odpowiedzialności. W życiu już tak łatwo nie jest.

No to wracamy do pracy. Po zagranicznym sukcesie „Idy” posypały się propozycje.

We Francji „Idę” obejrzało pół miliona widzów. Zaproszono mnie do produkcji francusko-portugalsko-brazylijskiej. To opowieść o dwóch pokoleniach cyrkowców, rozgrywająca się w latach 1900-2010. Zagram traperzystę Cybulskiego (śmiech), który chce poślubić córkę dyrektora teatru. Dziewczyna ma totalny odlot religijny. Zgadza się wyjść za mąż pod warunkiem, że on jej nigdy nie dotknie. Jak się łatwo domyślić, jemu to nie mieści się w głowie. Ciekawe wyzwanie. Zdjęcia zaczną się niebawem w Portugalii.

Sporo zawdzięczasz Pawłowi Pawlikowskiemu. Dzięki niemu przerzucasz się z klarnetu na saksofon.

To, że się nauczyłem grać na klarnecie, zawdzięczam rodzicom. Z klarnetu łatwo przerzucić się na saksofon. Już wcześniej, w liceum, grałem na saksofonie w kilku zespołach, ale kiedy dowiedziałem się, że w „Idzie” będę grał na saksofonie, musiałem sporo ćwiczyć, co mnie zmobilizowało do gry. Chciałbym dojść do takiego poziomu, żeby móc improwizować, wziąć udział w jam session. Niestety, nie wszystkie partie instrumantalne w filmie grane są przeze mnie. Pawłowi zawdzięczam wiele. I wiele nauczyłem się od niego o jego zawodzie.

Poza sceną widzowie rzadko mogą cię spotkać. Nie brylujesz na salonach. Po brawurowo zagranej roli w „Chce się żyć”, zamiast fetować sukces, zwiałeś z festiwalu filmowego w Gdyni.

Nie lubię tłumu, działa na mnie stresogennie. Nie przepadam za sytuacjami, w których wiem, że będę czuł się niekomfortowo. Nawet ta sesja zdjęciowa wymusza na mnie pewną nadaktywność, żeby poradzić sobie z emocjami, więc śpiewam, tańczę i zagarniam przestrzeń. Parafrazując cytat Fokusa z płyty „ Perwersje”: „Lubię swój sześcian, a w środku siedzi ogród”.

Zdaje mi się, że nie dopuszczasz do siebie myśli, że jesteś jednym najzdolniejszych młodych polskich aktorów?

Bo to jakieś wymysły. Ktoś mnie pyta: „Co czułeś, gdy dowiedziałeś się o nominowaniu Idy do Oscara?”. Mam odpowiedzieć, że to miłe uczucie? Mnie syci budowanie roli. Wszystko, co się dzieje potem, jest mniej istotne. Nie robię tego dla nagród, tylko po to, żeby doświadczyć czegoś, co jest przekroczeniem tego, kim jestem na co dzień. Widzę, czym karmi się rzeczywistość nagród i festiwali. Obejrzałem serial „Fargo”, który wygrał Złote Globy. I czuję, że coś tu jednak jest nie tak, bo przecież dla wszystkich jest chyba jasne, że powinien wygrać miniserial „Olive Kitteridge”. Ale tak się nie stało. To najlepszy serial, jaki widziałem. Traktuje o rzeczach, które są mało zauważalne w życiu, ale ogromnie ważne. Oglądając go, musiałem zmienić perspektywę patrzenia na osoby starsze. Bardzo mnie poruszył. Wzbudził we mnie pewien rodzaj tkliwości. W trakcie oglądania chciałem zadzwonić do rodziców i spytać po prostu, co tam? Więc gdy coś, co uważasz za świetne, nie wygrywa, przestajesz sobie nagrodami zawracać głowę. Ale nie mogę udawać, że nie biorę w tym udziału. Udzielam wywiadów, filmy z moim udziałem jeżdżą na festiwale. Byłem jakiś czas w Los Angeles i widziałem, jak to funkcjonuje – jaką ludzie mają mentalność, czego chcą, jak kształtują swoje życie. Jakoś się tym nie jaram. Teraz myślę wyłącznie o kinie. Chcę grać i się rozwijać. Ciągnie mnie w stronę tworzenia własnych historii. Mam pomysł na film o inności, o tym, jak ludzie uciekają w alternatywne światy, np. w religię. To będzie film o odwadze bycia sobą, ale też o niebezpieczeństwie odpłynięcia zbyt daleko.

Dawid, wbrew naszym obawom, nie odpłynął zbyt daleko. Ale sam to musi ocenić. Wysyłamy mu tekst wywiadu do autoryzacji, dołączając dwa dodatkowe pytania. Czy wie, dlaczego zatytułowaliśmy „Złodziej kadrów”. Odpisuje, że się domyśla. Tak, to kolejna wada Dawida. Gdy pojawia się w kadrze, zawłaszcza przestrzeń, jakby grał teatr jednego aktora. Drugie pytanie brzmi: czy trafiliśmy z modelem telefonu?

Dawid odpisuje, że nie bardzo rozumie, o co chodzi z tym wygłupem. Już tłumaczymy. Po wywiadzie i sesji fotograficznej zorientowaliśmy się, że nikt z nas nie widział na oczy telefonu naszego bohatera. Dawid ani razu nie sięgnął do kieszeni, by przejrzeć zawartość skrzynki mejlowej albo sprawdzić, co słychać na Fejsie. Niby nic, ale dzięki temu widzimy jeszcze wyraźniej, dlaczego ten facet tak nam imponuje. To szacunek do pracy, którą się wykonuje. Nierozproszona uwaga. Stuprocentowe zaangażowanie.

Jak się pewnie domyślasz, Dawidzie, nie interesuje nas Twój model telefonu. Ale to nie Xperia, prawda? 

Rozmawiała Anna Kaplińska-Struss. Tekst pojawił się w pierwszym numerze Esquire'a, marzec/kwiecień 2015 

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama