Dżihad. Udostępnij to wydarzenie!
Źródło: Starstock

Dżihad. Udostępnij to wydarzenie!

James Foley umiera. Nagranie trafia do sieci. pierwszy głośny manifest Państwa Islamskiego jest czytelny: drodzy niewierni, wyrżniemy was wszystkich.
26.10.2017

Szybko powstały kolejne filmy. Znamy je z telewizji, ale Dżihad obchodzi nas tyle, co losy lewicowej partyzantki FARC w Kolumbii. Portugalczykom też do niedawna wydawało się, że  ISIS to nie ich problem. 

W morderstwie Jamesa Foleya mógł uczestniczyć Portugalczyk Nero Saraiva. Jego śladem ruszył pisarz Nuno Tiago Pinto. Śledztwo opisał w książce "Portugalscy wojownicy Państwa Islamskiego", która właśnie ma premierę w Lizbonie. Pinto dotarł do Saraivy i jemu podobnych, by zrozumieć, co nimi kieruje. Nam streszcza kilka mocniejszych kawałków. 

Esquire: Kiedy zrobiło się naprawdę głośno o portugalskich dżihadystach?

Nuno Tiago Pinto: W kwietniu 2014 roku, w dorocznym raporcie o bezpieczeństwie kraju, pojawiła się informacja, że w szeregach Państwa Islamskiego, walczą Portugalczycy. Wcześniej nikt nawet nie podejrzewał, że to możliwe. Nero Saraiva, o którym usłyszeliśmy w związku z egzekucją Foleya, podobnie jak większość pozostałych wojowników, wychował się przecież w katolickiej rodzinie. Bo choć pochodzi z Angoli, urodził się w Portugalii.

Saraiva nie był jednak pierwszym Portugalczykiem działającym w Państwie Islamskim, o którym dowiedziała się Portugalia?

Kilka dni po publikacji raportu do sieci trafił film z zamaskowanym Celso Rodriguesem da Costa, innym portugalskim dżihadystą, którego sfilmowano na brzegu Eufratu z kałasznikowem w ręku. Wideo szybko stało się viralem, bo Portugalczyk przedstawił się jako Abu Issa Andalusi, były piłkarz Arsenalu i kolega z dzieciństwa Ronaldo! Brytyjskie i portugalskie służby szybko go zidentyfikowały, m.in. dlatego, że mówił z portugalskim akcentem. Okazało się, że jest 28-letnim Portugalczykiem o korzeniach angolskich, a piłkarska legenda i przyjaźń z Ronaldo były oczywiście kłamstwem. W maju 2014 roku w sieci pojawiły się kolejne wpisy i zdjęcia, m.in. na temat innego Portugalczyka, Joni Miguela Parente, który zginął w ataku samobójczym w Bagdadzie.

A czy Saraiva, podobno obecnie najbardziej wpływowy Portugalczyk w Państwie Islamskim, rzeczywiście był zamieszany w przygotowania do dekapitacji Jamesa Foleya?

Na dwadzieścia dni przed egzekucją, Saraiva wysłał kilka tweetów. Brzmiały mniej więcej tak: Państwo Islamskie pracuje nad nowym filmem; dziękujemy autorom; wiadomość dla Ameryki. Ostatnie zdanie okazało się zresztą tytułem przygotowywanego filmu z egzekucji. Ta sama wiadomość pojawiła się na jego facebookowym profilu. Saraiva musiał więc wiedzieć, że coś się szykuje, choć to wcale nie oznacza, że był prawą ręką kata, czyli Jihadi Johna, i że brał udział w przygotowaniach do egzekucji. Moim zdaniem, Saraiva stoi wysoko w hierarchii PI –zresztą pojawił się w Syrii już w 2012 roku – ale nie angażuje się w walkę zbrojną. Zajmuje się rekrutacją ochotników i propagandą – takim islamskim prozelityzmem.

Jak udało się panu z tymi ludźmi skontaktować?

Mają profile na Twitterze i Facebooku, a nawet strony internetowe. To efekt konsekwentnej strategii komunikacyjnej islamistów.

I Facebook nie blokuje ich profili?

Oczywiście, że tak, dlatego wciąż zakładają nowe. Media społecznościowe umożliwiają radykałom nie tylko rekrutowanie ochotników, ale też sianie propagandy. Czasem kontaktują się w ten sposób z bliskimi. Żeby do nich dotrzeć, musiałem najpierw się dowiedzieć, jakich imion używają w sieci. Najpierw nawiązałem kontakt z najmłodszym wojownikiem Fabio Poçasem, wtedy 22-latkiem, występującym w PI pod imieniem AbduRahman Al Andalus. Wysłał mi e-mail, dzięki któremu namierzyłem konto na Facebooku. Tak zaczęła się nasza długa rozmowa. Początkowo był nieufny, ale ostatecznie, dzięki jego znajomościom, dotarłem do kont prawie wszystkich portugalskich dżihadystów.

Poza Nero Saraivą. Pracując nad książką, doliczył się pan 15 portugalskich wojowników PI. Czym tu się w ogóle przejmować?

W porównaniu z innymi krajami, skala tego zjawiska jest na razie w Portugalii niewielka. W Hiszpanii mówi się już o kilkudziesięciu dżihadystach hiszpańskiego pochodzenia, a Francja naliczyła ich ponad tysiąc. Jednak w Portugalii takie rzeczy w ogóle nie powinny się zdarzyć.

Dlaczego? Przecież potencjalnie radykalnych młodych imigrantówz Afryki chyba w Portugalii nie brakuje.

Tyle że afrykańscy imigranci pochodzą z byłych portugalskich kolonii, a te są katolickie. Dlatego właściwie nie było powodu do niepokoju. Oczywiście, mamy też w Portugalii społeczność muzułmańską, ale ona liczy zaledwie 20 tys. osób. A przecież im mniej muzułmanów, tym trudniej zrekrutować radykałów. W dodatku ci nieliczni muzułmanie żyją w Portugalii od dawna, mają tu rodziny i są pacyfistycznie nastawieni. Gdyby pojawił się wśród nich ktoś o bardziej radykalnych poglądach, trudno byłoby go nie zauważyć. Z tych samych powodów założenie punktu werbunkowego dla dżihadystów jest prawie niemożliwe.

Skąd pochodzą dżihadyści, z którymi udało się panu skontaktować?

Wychowywali się albo bywali w Portugalii, a niektórzy się tu urodzili, są w większości Portugalczykami w drugim pokoleniu. Prawie wszyscy pochodzą z rodzin katolickich i uczyli się w katolickich szkołach. Tylko 35-letni Sadjo Turé, z Gwinei Bissau, urodził się w rodzinie muzułmańskiej.

Dlaczego w takim razie przeszli na islam?

Wyjechali do Wielkiej Brytanii i zamieszkali w znanej z islamskiego radykalizmu londyńskiej dzielnicy Leyton. Znajdują się tam m.in. meczety zdominowane przez salafitów, wyznawców najbardziej ekstremistycznej odmiany islamu. W Anglii, a nie w Portugalii pozbawionej muzułmańskiego podglebia, podjęli decyzję o konwersji. W domu czuliby się obco jako muzułmanie. Zresztą wielu ich bliskich długo nie wiedziało, co się z nimi dzieje, aż do momentu, kiedy ich wyczyny pokazała telewizja.

Jak wyglądała rekrutacja Portugalczyków?

Sądzę, że tak jak w przypadku innych Europejczyków, przebiegała stopniowo. Ostatnio coraz częściej odbywa się w internecie. Najpierw, za pośrednictwem portali i profili FB, werbownicy próbują zainteresować młodych ludzi islamem i zachęcić do czytania Koranu. Potem pomagają zrozumieć trudniejsze fragmenty. Jeden z moich rozmówców, Mickaël dos Santos, wspominał, że ostatecznie przekonał go opis powstania świata w Koranie, który, jak mnie zapewniał, jest tak szczegółowy, że nie mógłby zostać napisany 1400 lat temu, gdyby Księgi nie stworzył Bóg. Mickaël przeszedł na islam, mając 17 lat.

Zapytał go pan, dlaczego porzucił chrześcijaństwo?

Przyznał, że dla niego Mahomet jest prorokiem zapowiedzianym przez proroka Jezusa, a ponieważ następni się już nie pojawili, Mahomet jest tym prawdziwym. Ale religia to nie wszystko. Potencjalni rekruci są też zapraszani na spotkania w meczetach, które pełnią często rolę punktów werbunkowych. Mogą tam liczyć m.in. na pomoc finansową, co dodatkowo przyciąga do środowisk muzułmańskich przyjezdnych, którym nie udało się znaleźć pracy. Często zresztą pieniądze pochodzą od brytyjskich podatników. Scotland Yard prowadzi ostatnio dochodzenie w sprawie wyłudzania pomocy społecznej przez komórki islamistyczne.

Rekrutują też kobiety, choć w Państwie Islamskim nie mają przecież lekko. Mimo to islamiści ściągają do siebie coraz więcej nastolatek z krajów zachodniej Europy. Jak to możliwe?

Kandydatki na żony dżihadystów, tzw. jihadi brides, łowi się za pomocą tych samych narzędzi, które służą do rekrutowania wojowników. Islamiści wykorzystują naiwność nastolatek. Łatwiej jest nimi manipulować i zrobić na nich wrażenie. Stopniowo przekonuje się je do zalet życia w PI. To nie jest może pranie mózgu, ale cierpliwa perswazja, która naprawdę działa.

I nie docierają do nich informacje o porywaniu kobiet z północnego Iraku, które w PI sprzedaje się na targu jak rzeczy i zsyła do specjalnych domów uciech dla wracających z frontu wojowników?

Najwidoczniej nie, bo coraz częściej słyszy się o nastolatkach podróżujących z Londynu przez Turcję do Syrii czy Iraku. Profile dżihadystów poszukujących na Facebooku żon roją się od śledzących je dziewcząt. Najlepszym przykładem jest żona Fabio Poçasa, 18-letnia Portugalka Ângela Barreto. Mieszkała z matką w Holandii, skąd w sierpniu 2014 roku uciekła do Syrii, mimo że wcześniej nic tego nie zapowiadało. Została trzecią żoną Fabio. W dzień po ślubie na swoim profilu napisała, że wreszcie czuje się u siebie i zachęcała holenderskie koleżanki, by do niej dołączyły.

Skąd bierze się skuteczność w przeciąganiu ludzi Zachodu na stronę PI?

Jego założyciele szybko zrozumieli znaczenie mediów społecznościowych i zatrudniają profesjonalistów. Na przykład Jihadi John, który zabił Jamesa Foleya, ma dyplom londyńskiej uczelni z informatyki. Każda prowincja kontrolowana przez PI ma własny departament komunikacji. Należy do nich m.in. Al-Furqan Foundation for Media Production, czyli fundacja ds. produkcji medialnej. Istnieje też inna tuba propagandowa, Ajnad Media Foundation, która produkuje piosenki o dżihadzie. Al-Hayat Media Center tworzy z kolei filmy propagandowe adresowane do zachodniej publiczności. PI wydaje też czasopisma m.in. w języku angielskim, niemieckim i francuskim. W internecie powstają magazyny nieodbiegające od zachodnich wzorów.

Czy machina propagandowa działa tylko na użytek zachodniej opinii publicznej?

Jest też adresowana do mieszkańców PI. Dociera także do krajów Bliskiego Wschodu. Dzieci w Ar-Raqqah, mieście uważanym za stolicę Państwa Islamskiego, są zmuszane do oglądania filmów z egzekucji. Dzięki temu powoli uodparniają się na barbarzyństwo i przygotowują do roli dżihadystów. Zaczynają też brać udział w samych egzekucjach. W sierpniu 2014 roku 16-latek poderżnął gardło dwóm syryjskim żołnierzom złapanym w Ar-Raqqah, a na początku tego roku 15-latek rozstrzelał rzekomych rosyjskich szpiegów.

Jak to możliwe, że Jihadi John staje się idolem ochotników z Europy?

Takiej reakcji nie spodziewali się nawet sami islamiści. Niestety, kiedy zrozumieli, jak skuteczne są ich filmy, szybko nauczyli się z nich korzystać. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego oglądanie egzekucji może kogokolwiek skłonić do walki u boku islamistów. Bo przecież każdy choćby w minimalnym stopniu zrównoważony człowiek powinien na takie okrucieństwa reagować obrzydzeniem i potępieniem. Gdyby nie praca nad książką nigdy nie zdecydowałbym się na obejrzenie filmu z morderstwa Foleya. Może dlatego Fabio Poças nie potrafił mnie nawrócić?

Próbował?

Miałem takie wrażenie. Szybko zasugerował, że powinienem przeczytać Koran. Zgodziłem się, tym bardziej, że sam o tym wcześniej myślałem. Zakładałem, że kiedy poznam Koran, lepiej zrozumiem motywacje Fabio i jego kolegów. Okazało się jednak, że jakakolwiek dyskusja była niemożliwa.

I dlatego w książce nazwał pan rozmowy z Fabio dialogiem głuchych?

Nie rozumieliśmy się, choć nasze rozmowy były szczere. Mówiłem mu wprost, z czym się nie zgadzam. Tłumaczyłem na przykład, że nie można dziś robić z kobiet niewolnic, że to średniowieczne barbarzyństwo i że publiczne karanie śmiercią za bluźnierstwo, cudzołóstwo czy sodomię jest niczym nieuzasadnionym okrucieństwem.

Przeczytaj też: Wszędzie dobrze, ale w piekle najlepiej 

Fabio odpowiadał, że Allahowi nie można się przeciwstawić. Starałem się używać racjonalnych argumentów, pytałem go, jak można usprawiedliwiać wolą bożą zabójstwa przed kamerami i używanie chrześcijańskich dzieci i kobiet jako żywych tarcz w czasie nalotów na Państwo Islamskie. Odpowiadał, że Allahowi nie można się przeciwstawić. Nie potrafiłem tego zrozumieć, przecież niektórzy z nas też czytają Biblię, ale nikt nie interpretuje jej w dosłowny sposób.

Jeśli ktoś ją w ogóle czyta. Religię spycha się w Europie na margines. Może stąd takie zainteresowanie młodych Europejczyków islamem?

W Europie postępuje dewaluacja wartości. Choć to oczywiście niejedyna przyczyna konwersji na islam. Zbyt wysoko cenimy sukces i to, co się z nim wiąże, czyli dobra materialne. W efekcie powstaje duchowa pustka, którą czymś trzeba zapełnić. Mikael Batista, którego rodzina pochodzi z portugalskiego Chaves (on urodził się już we Francji) powiedział mi, że w Syrii tęskni czasem za rodziną, ale nie brakuje mu zakupów, futbolu czy kina.

Czy dziś lepiej rozumie pan ich motywację?

Początkowo chodziło im pewnie o walkę z reżimem syryjskiego prezydenta Assada, co popierały przecież państwa Zachodu, ale już wtedy większe znaczenie miały względy religijne. Oni mają poczucie misji, chcieli więc pomóc braciom muzułmanom. Ale jest coś jeszcze: znaleźli, w ich mniemaniu, odpowiedź na trudne życie na Zachodzie. Portugalscy dżihadyści uciekli więc od wyścigu po sukces.

Są nieudacznikami?

Bywają sfrustrowani dotychczasowym życiem. Steve Duarte, Portugalczyk z Luksemburga, który pracuje dziś w grupie zajmującej się propagandą PI, zanim wyjechał, zdążył się rozwieść i porzucić marzenia o karierze rapera. Wychowała go rozwiedziona mama. Miał problemy w szkole. W listach z Syrii pisał do przyjaciół, jak jest mu dobrze. Podobnie jak jego koledzy (dżihadystów pochodzących z Zachodu jest w Państwie Islamskim podobno około 2,5 tys. – przyp. red.) chwalił się, że czuje się spełniony, a życie to przygoda.

Antyamerykanizm nie ma już znaczenia?

Niechęć wobec Amerykanów jest uczuciem dość uniwersalnym w Europie, ale dziś nie odgrywa już takiej roli jak podczas wojny w Iraku.

Czy wyczuwa pan w Portugalii strach przed dżihadem?

Istnieje ryzyko, że ci chłopcy wrócą i dokonają tu zamachu.Na razie taki rozwój wydarzeń wydaje się mało prawdopodobny, ale przecież wystarczyłaby zaledwie jedna uzbrojona osoba z doświadczeniem zdobytym w Iraku i w Syrii. Zresztą takie rzeczy już się zdarzyły, np. w Belgii, gdzie zamachu pod muzeum żydowskim dokonał belgijski dżihadysta, weteran z Syrii. Trzeba być czujnym. Komórki terrorystyczne się mnożą. Po Syrii i Iraku pojawiły się nowe – w Tunezji, Algierii i Libii. Równie dobrze mogą się pojawić w Maroku, a to już jest bardzo blisko Półwyspu Iberyjskiego.

Jak się przed nimi bronić? Czy pomoże na przykład jakieś duchowe odrodzenie Europy?

Nie sądzę, aby odpowiedzią na dżihad był powrót do religii. Warto się za to przyjrzeć własnej historii, wszystkim wojnom i kolonializmowi. Realpolitik ma dziś swoje konsekwencje w postaci głębokiej nienawiści do Zachodu. Wykorzystują to radykalne ruchy islamskie. Trzeba więc uważać, by nie karmić tej nienawiści nieudanymi bombardowaniami, w których zamiast terrorystów giną dzieci i cywile. Pomóc mogą też nastawione pokojowo społeczności muzułmańskie w Europie.

Czy coś się panu spodobało w tych ludziach?

Przyznam, że zrobiła na mnie wrażenie ich niezachwiana wiara w to, co robią. I że są gotowi umrzeć za to, w co wierzą. Choć z drugiej strony, ich uporczywa, ślepa pewność wzbudziła mój niepokój. No bo takie ograniczenie z naszego punktu widzenia to jednak głupota.

W Europie nie potrafimy już za nic umierać. Poświęciłby pan życie za Portugalię?

Ale to co innego. Śmierć na polu bitwy jest właściwie zawsze głupia, jednak gdy pojawia się wróg, który atakuje moją ojczyznę, po prostu z nim walczę. To naturalne. Nie chcę być źle zrozumiany, ponieważ rozmawiamy o bardzo delikatnej kwestii i łatwo obrazić ludzi wierzących, ale moi rozmówcy są gotowi umierać wyłącznie dlatego, że Allahowi nie można się sprzeciwić. Nawet jeśli Allah miał na myśli zgoła coś innego. Szczerze mówiąc, kompletnie tego nie rozumiem. 

Rozmawiała Anna Gwozdowska. Wywiad ukazał się w Esquire 03, lipiec/sierpień 2015 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie