Happy czyli  człowiek szczęśliwy - portret Pharrella Williamsa
Fot: Starstock

Happy czyli człowiek szczęśliwy - portret Pharrella Williamsa

Pharrell Williams to jeden z najbardziej zapracowanych ludzi show-biznesu. Kompozytor, wokalista, producent, artystyczny guru, odkrywca młodych talentów, autor prawdopodobnie najbardziej radosnej piosenki XXI wieku i właściciel muzyczno-modowego imperium. Nagrody muzyczne przestał już liczyć, ale właśnie odebrał prestiżowe francuskie odznaczenie państwowe L’Ordre des Arts et des Lettres. Jest na szczycie. Pod każdym względem.
26.03.2019

Wydał zaledwie dwa albumy, ale jego wkład we współczesną muzykę popularną jest niebagatelny, by nie rzec – epokowy. Współpraca z największymi gwiazdami, dziesiątki hitów okupujących szczyty list przebojów, miliony na koncie i całe imperium muzyczno-filmowo-modowe. Trudno dociec, jak Pharrellowi Williamsowi udaje się odnosić sukcesy na tylu polach, a przy tym mieć tyle luzu i optymizmu. Ostatnio zawojował paryski Fashion Week, został ojcem trojaczków i otrzymał od rządu Francji order za znaczący wkład w rozwój sztuki i literatury. Kto to przebije?

Jeśli Pharrell Williams kojarzy ci się przede wszystkim z niesłychanie wręcz zaraźliwym przebojem „Happy”, to nie miej do siebie pretensji. Od piosenki, która zanotowała już blisko miliard odtworzeń na YouTubie trudno uciec – ale mimo to Pharrell nie jest artystą tego jednego przeboju, a raczej tysiąca. Z łatwością odnajduje się w różnych konwencjach i w pozornie nietypowych rolach. Ma 44 lata, wciąż, w fenomenalny, niewytłumaczalny sposób, wygląda na trzydzieści i nadal znajduje nowe metody na to, by wymyślić świeży i zaskakujący sposób na siebie.

O takich ludziach jak on marzy świat mody – Pharrell potrafi założyć smoking i muchę albo bluzę z kapturem i szorty w panterkę – i we wszystkim wygląda dobrze. Przede wszystkim jednak – wymyka się konwencjom i kategoriom. Jest jednoosobową orkiestrą, radosnym i barwnym zjawiskiem multimedialnym, dzięki któremu amerykański show-biznes jest choć odrobinę mniej napuszony, sztuczny i cukierkowy. A że przy tym napisał piosenkę, która leczy zły nastój pod każdą szerokością geograficzną? To już tylko mało znaczący szczegół. 

Pracować zaczął wcześnie, jako nastolatek. Jednym z pierwszych zajęć była robota w McDonald’sie. Nie zrobił tam jednak kariery, wyrzucano go kolejno z trzech lokali tej sieci. Powód? Lenistwo. – Jedynym plusem tej pracy była możliwość bezkarnego podjadania nuggetsów – przyznał później w programie „Late Night With Seth Meyers”. Zamiast zasuwać z mopem po McDonald’sie, Pharrell wolał nucić muzykę sączącą się z głośników i tańczyć między stolikami. Wiele lat później napisał dla Justina Timberlake’a piosenkę „I’m Lovin’ It”. Ten utwór fast food, dawny pracodawca Pharrella, wykorzystał następnie w swojej kampanii reklamowej, znanej na całym świecie. Zabawne, prawda?


Odkąd rozpoczął karierę muzyczną, ostatnią rzeczą, którą można mu zarzucić, jest lenistwo. Ciężko mu zresztą cokolwiek zarzucić, bo wydaje się jedną z najmniej kontrowersyjnych osobowości show-biznesu. Wzorowy mąż i ojciec czwórki dzieci, zaangażowany społecznie artysta, głoszący szczytne hasła, upominający się o równość i empatię. – Nie ma miejsca na uprzedzenia – mówił niedawno w programie Ellen DeGeneres. – Bóg jest miłością, Wszechświat jest miłością. Nawet gdy się z kimś nie zgadzam, życzę mu jak najlepiej – dodał. Jeśli pojawia się w serwisach plotkarskich, to najczęściej przy okazji kolejnej udanej stylizacji zaprezentowanej na jakiejś prestiżowej gali albo, jak ostatnio, gdy przyłapano go po przylocie z Paryża do Los Angeles z maseczką ochronną na twarzy. W ten sposób chciał uchronić swoje nowo narodzone trojaczki przed zarazkami przywiezionymi z podróży.

Jedyna głośna sprawa, która mogła negatywnie odbić się na jego wizerunku, to zarzuty o plagiat, które postawili spadkobiercy Marvina Gaye’a, legendarnego amerykańskiego wokalisty soulowego. W 2015 roku sąd w Los Angeles orzekł, że hit „Blurred Lines” Robina Thicke’a, Pharrella Williamsa i rapera T.I. ma zbyt wiele zapożyczeń z piosenki „Got To Give It Up” Gaye’a. Zasądzono 5,3 mln dolarów zadośćuczynienia na rzecz spadkobierców Marvina i przekazanie pięćdziesięciu tantiem za utwór „Blurred Lines”. Fani Pharrella dawno już o sprawie zapomnieli. – Są ludzie, których nie sposób nie lubić i z pewnością on się do nich zalicza – powiedziała o Williamsie Macy Gray.

Człowiek orkiestra, ambasador szczęścia, ikona stylu, współczesny Midas, który czego nie dotknie, zamienia w złoto na listach przebojów – i w portfelu. Dziennikarze prześcigają się w próbach opisania wielkości  talentu Pharrella, on sam jednak, mimo jedenastu statuetek Grammy i dwóch nominacji do Oscara na koncie, mówi o swoich dokonaniach ze skromnością, przyznając, że jedynie „pisze piosenki” i ofiarowuje innym to, co potrafi robić najlepiej, a reszta zależy od odbiorców, bo oni są najważniejsi.

Trudno wskazać styl muzyczny najbliższy Williamsowi – spektrum dziedzin sztuki, którymi się zajmuje, może przyprawić o lekki zawrót głowy. Współpracował z Madonną, Britney Spears, Gwen Stefani i Shakirą, ale także ze słynnym niemieckim kompozytorem Hansem Zimmerem, razem napisali ścieżkę dźwiękową do filmów „Jak ukraść Księżyc” i „Niesamowity Spider-Man 2”. – Ma chłonny umysł, jest otwarty na argumenty – mówił o nim Zimmer, który piosenkę „Happy” nazwał prawdziwym dziełem sztuki. To nie koniec. Wprawdzie przywołane tu nazwiska mogą na to nie wskazywać, ale to właśnie Pharrell jest jedną z kluczowych postaci, dzięki którym na przełomie XX i XXI wieku w muzyce dokonała się wielka zmiana, a dominujący „biały” pop został zdetronizowany na listach przebojów przez „czarne” r’n’b. – Wszystko dostajemy z góry – mówił artysta w rozmowie z „Esquire’em”. – Niczego nowego nie tworzymy. Wszystko jest nam dane w ostatecznym kształcie lub formie. Przekonanie, że jest inaczej, to tylko złudzenie. Mówiąc obrazowo, nie jestem ani sokiem, ani kostkami lodu, które ochładzają drink. I z pewnością nie jestem szklanką. Jestem zaledwie słomką.

Związki Pharrella z hip-hopem, r’n’b i soulem, czyli gatunkami kojarzonymi przede wszystkim z ciemnoskórymi muzykami, są bardzo silne, w tej muzyce tkwią jego korzenie. Różni go jeden istotny szczegół: Williams nie ma biografii typowej dla artystów-buntowników, wychowanych na ulicach Bronksu czy Compton, w świecie opanowanym przez gangi, przestępczość i narkotyki. Pochodzi z klasy średniej – jego matka była nauczycielką, a ojciec – budowlańcem. Urodził się w Virginia Beach nad Atlantykiem, z dala do wielkich amerykańskich metropolii pulsujących twórczą energią. Chodził do dobrej szkoły, zapisał się do sekcji muzycznej, dzięki czemu nauczył się gry na fortepianie, saksofonie i perkusji. Grał też w orkiestrze. W programie MTV „When I Was 17” zdradził, że jako nastolatek był nerdem i miał zupełnie inne zainteresowania niż rówieśnicy.

W szkole poznał Chada Hugo, wspólnie na początku lat 90., założyli duet The Neptunes, grający awangardowe, minimalistyczne r’n’b. Podczas konkursów dla młodych muzyków wypatrzył ich wpływowy producent, Teddy Riley, pracujący m.in. z Michaelem Jacksonem. To otworzyło chłopakom drogę do podpisania kontraktu płytowego i do poważnego zaangażowania w przemysł muzyczny. Od tamtej pory Pharrell działał najczęściej w grupie – albo w ramach zespołu, albo jako współproducent i współtwórca utworów innych artystów. Sam też stał się łowcą talentów wśród początkujących muzyków, nie tylko dlatego, że od trzech lat jest jednym z jurorów w telewizyjnym programie „The Voice”. W zeszłym roku na Uniwersytecie Nowojorskim podczas spotkania ze studentami prezentującymi swoje nagrania zachwycił się kawałkiem „Alaska” 22-letniej Maggie Rogers. – Nigdy nie słyszałem czegoś takiego! – wykrzyknął po przesłuchaniu utworu. Rogers napisała tę piosenkę, łączącą folk i elektronikę, w kilkanaście minut, a dzięki rekomendacji Pharrella utwór stał się hitem (dziś ma prawie cztery miliony wyświetleń na YouTubie i trzydzieści milionów odsłuchań w Spotify). Wsparciu Williamsa Maggie, dziewczyna z małego miasta bez jakiegokolwiek doświadczenia w show-biznesie, zawdzięcza też to, że wydała minialbum i ruszyła w trasę koncertową po całym świecie.

Zanim Pharrell stał się osobą, której jedno słowo może odmienić karierę innych, sam długo, choć niezwykle skutecznie, przebijał się na rynku. The Neptunes, jako duet producencki, tworzyło w latach 90. utwory dla artystów dzisiaj w większości zapomnianych, aż przyszedł rok 1999, a wraz z nim współpraca z Kelis przy jej debiutanckim albumie „Kaleidoscope”. Płyta zachwyciła świeżością, więc telefony się rozdzwoniły, a lista gwiazd mających ochotę na współpracę z The Neptunes wydłużała się z dnia na dzień. W tym gronie znaleźli się Jay-Z (Neptunes pracowali przy „Black Album”), Snoop Dogg („Drop It Like It’s Hot” to dzieło Pharrella), Nelly (The Neptunes odpowiadają za „Hot In Here”), a także ponownie Kelis ( „Milkshake” to ich sprawka).


Panowie Williams i Hugo odpowiadają także za większość utworów na głośnym debiucie Justina Timberlake’a – „Justified” z 2002 roku oraz uważany przez wielu za najlepszy kawałek w dorobku Britney Spears, utwór „I’m A Slave 4 U”. Dziennikarze skrupulatnie policzyli, że w 2003 roku Pharrell Williams miał udział w powstaniu około czterdziestu trzech procent utworów granych przez amerykańskie stacje radiowe. Sukces? Zdecydowanie tak, ale kolejne, jeszcze większe, miały dopiero nadejść.

W 2001 roku Williams wraz z Chadem Hugo i Shayem Haleyem wydali, jako grupa N.E.R.D., nowatorski album „In Search Of…”, za którym poszły na przestrzeni dekady kolejne trzy. Na pierwszą solową płytę Williamsa trzeba było czekać do 2006 roku, wtedy pojawił się jego debiutancki album „In My Mind”. Ale dopiero w 2013 roku Pharrell naprawdę mógł poczuć się „lucky” i „happy”. Wziął wtedy ślub z wieloletnią partnerką, modelką Helen Lasichanh, z którą wspólnie wychowywali dziecko. Ustabilizował życie, nagrał też trzy utwory, które długo nie schodziły ze szczytów list przebojów – to „Get Lucky” z Daft Punk, wspomniane już „Blurred Lines” oraz „Happy”, do którego nakręcono pierwszy w historii 24-godzinny teledysk. Nominowany do Oscara utwór, nazywany przez artystę „tabletką przeciwbólową oblaną lukrem”, zainspirował wielu fanów, również w polskich miastach, do publikowania na YouTubie własnych wersji klipu, na których tańczą na ulicach, by pokazać radość z życia. Gdy Oprah Winfrey w swoim programie zademonstrowała Pharrellowi fanowskie wersje „Happy” z całego świata, muzyk zalał się łzami.


W 2013 roku Williams stał się gwiazdą, rok później przeistoczył się w ikonę. Pharrell zdominował galę rozdania nagród Grammy – był nominowany w siedmiu kategoriach (wraz z Daft Punk zwyciężył w pięciu), brawurowo wykonał przebój „Get Lucky” w duecie ze Steviem Wonderem, a także wręczał nagrodę dla najlepszego nowego artysty. Furorę wywołał noszony przez muzyka monstrualny kapelusz zaprojektowany przez Vivienne Westwood, ikonę pogranicza mody i muzyki, nazywaną matką chrzestną punka. Zaraz po gali nietuzinkowe nakrycie głowy zyskało nieoficjalne konto na Twitterze, obserwowane przez dziesiątki tysięcy osób. Kapelusz, który stał się znakiem rozpoznawczym Pharrella, został później wystawiony na aukcję charytatywną.

Wylicytowano go w przeliczeniu za blisko sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Cały ubiór Williamsa, w którym występował podczas rozdania nagród Grammy – oprócz kapelusza także czerwona bluza Adidasa, ciemne jeansy i trapery z wywiniętym językiem – został zapamiętany na długo, wyprodukowano nawet oficjalną figurkę Williamsa w tej stylizacji, jest do kupienia w sklepie internetowym artysty. Cena? Bagatela, tysiąc trzysta złotych.

Pharrell-muzyk to ta najbardziej znana twarz amerykańskiego artysty. Ale to nie cała prawda o nim. Nawet nie połowa. Jest też choćby Pharrell-ikona mody. W tej dziedzinie Amerykanin ma instynkt równie dobry, jak w muzyce. Już w 2005 roku amerykańska edycja magazynu „Esquire” uznała go za najlepiej ubranego mężczyznę na świecie. W tym samym roku artysta wraz z cenionym japońskim projektantem mody i DJ-em Nigo stworzył dwie marki odzieżowe, Billionaire Boys Club i Ice Cream, ubrania sprzedawane są w limitowanych seriach i odpowiednio wysokich cenach. Pharrell współpracował m.in. z Reebokiem czy Happy Socks, przez kilka lat był też twarzą Adidasa. Projektował biżuterię i okulary dla marki Louis Vuitton oraz meble dla francuskiej firmy Domeau & Pérès. W marcu tego roku został pierwszym w historii Chanel mężczyzną, który wystąpił jako model w kampanii reklamowej promującej… torebki. Chodzi o model Gabrielle, zdaniem Karla Lagerfelda, głównego projektanta słynnego domu mody, odpowiedni zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Pharrellowi torebka bardzo przypadła do gustu i twierdzi, że nosi ją na co dzień. Który z gigantów czarnej muzyki, tradycyjnie wiernych modelowi macho, zdobyłby się na coś takiego? Trudno wskazać choćby jednego. Na tegorocznym Fashion Week w Paryżu Pharrell zaprezentował się z kolei w okryciu od Chanel przypominającym skrzyżowanie płaszcza z wyciągniętym swetrem i dodał do tego czerwone dresowe spodnie oraz prostą, spraną bluzę. Ekstrawagancja? Mówimy o człowieku, który w Los Angeles potrafi pójść po kawę w płaszczu przypominającym strój zakopiańskiego misia.

Jak każdy wielki twórca, Williams jest człowiekiem pełnym paradoksów. Jego teledyski oraz teksty piosenek bywają mocno seksistowskie (choćby „Blurred Lines”, w którym dookoła elegancko odzianych muzyków pląsają półnagie modelki, w tym Emily Ratajkowski), ale Pharrell zapewnia, że jest zdeklarowanym feministą. Jego zdaniem kobiety mogą uratować zmierzający w złym kierunku świat. – Od nich zależy przetrwanie naszego gatunku, a wciąż nie mają równych praw. To niesłychane. Ich uczucia są tłumione, a duch i ambicje poddawane represjom. W ubiegłym roku Williams mocno zaangażował się w kampanię prezydencką Hillary Clinton – wystąpił na jej wiecu wyborczym, otwarcie mówił o swoim poparciu dla kandydatki demokratów, wrzucił nawet na Instagram ich wspólne „selfie”. Był także jednym z producentów nominowanego do trzech Oscarów, opartego na faktach filmu „Ukryte działania” (w polskich kinach miał premierę w lutym tego roku), ukazującego przemilczaną dotąd historię trzech czarnoskórych matematyczek pracujących dla NASA, które w dużej mierze przyczyniły się do wysłania po raz pierwszy człowieka w kosmos. Pharrell zachwycił się scenariuszem filmu, spodobała mu się też uświadamiająca rola dzieła. – Kobiecy wkład w przełomowe wydarzenia niemal zawsze jest umniejszany lub wymazywany z historii – mówił pytany o powód swojego zaangażowania w „Ukryte działania”. Choć film ma nieco czytankową formę hollywoodzkiego dzieła na ważny temat, jego nowatorstwo przejawia się w warstwie muzycznej. Na ścieżce dźwiękowej nie ma pompatycznych utworów, mających w łatwy sposób wzbudzić patriotyczne uczucia i nastrój triumfalizmu, jak to miało miejsce w megaprodukcjach „Pierwszy krok w kosmos” czy „Apollo 13”. – Chcieliśmy, by wybrzmiała tu muzyka afroamerykańska – tłumaczy Hans Zimmer, po raz kolejny współpracujący z Williamsem na polu filmowym. – Miał być wyczuwalny duch Milesa Davisa. Pharrell przeniósł nasze pomysły na jeszcze wyższy poziom. Zawsze zresztą tak robi – dodaje Zimmer. Dlatego na wyraźne życzenie producenta orkiestra wykonująca kompozycje napisane do filmu miała się składać z tak wielu kobiet, zwłaszcza Afroamerykanek, jak to tylko możliwe. „Ukryte działania” są dla Williamsa niezwykle ważne również dlatego, że kosmos od lat niezmiennie go fascynuje. Uwielbia serial „Star Trek” (dlatego jego wytwórnia nazywa się Star Trak), a w logo swojej marki modowej, Billionaire Boys Club, umieścił hełm astronauty.


Mimo tak bogatego dorobku i wielu osiągnięć, za swój naprawdę największy sukces, czy jak to sam określa, „najlepiej napisany utwór, którego był współtwórcą”, Pharrell uważa narodziny syna, dziś już dziewięciolatka. W styczniu tego roku żona muzyka urodziła trojaczki, można więc bezpiecznie założyć, że gwiazdor poszerzył dzięki temu listę swoich dokonań.

44-letni Williams, kreatywny umysł, specjalista od zamiany popowych piosenek w wielkie hity, a przede wszystkim człowiek, który na zawsze wszystkim będzie kojarzył się ze słowem „happy”, z pewnością nie powiedział ostatniego słowa. Wciąż jest hiperaktywny, pełen entuzjazmu i niezmiennie zaraża ludzi optymizmem. – Człowiek ma nieograniczone możliwości, każdy wybór zależy od nas. Jeśli nie potrafimy zauważyć piękna wokół, bezpowrotnie tracimy szansę daną nam przez los – mówi niczym mędrzec, czy jak to woli, coach. „Clap along if you feel like a room without a roof” (w wolnym tłumaczeniu „Klaszcz w ręce, jakby nad tobą nie było dachu”) – to zdanie z refrenu piosenki „Happy” brzmi jak jego motto życiowe.

Mimo upływu lat nadal też wygląda niezwykle młodo. Sam określa siebie jako duże dziecko. – Lubię jeść kolorowe płatki śniadaniowe i oglądać Cartoon Network, nie chcę być bardziej poważny, niż wymaga tego sytuacja – przyznaje. Pytany o sekret młodzieńczej urody odpowiada: pijcie wodę. Prawdopodobnie jego codzienna dieta składa się w dużej mierze z wody, bo utrzymuje szczupłą, atletyczną sylwetkę i zwinność, a jak twierdzi, nie chodzi na siłownię ani nie uprawia żadnych sportów. – Wystarcza mi odrobina porannej jogi, tak zwane powitanie słońca.

Autorem tekstu jest Karol Owczarek. Tekst ukazał się w Big Black Booku wiosna/lato 2017 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie