Beatlesi? Byli bardzo mili - rozmowa z Jeffreyem Archerem

Beatlesi? Byli bardzo mili - rozmowa z Jeffreyem Archerem

"Dzienniki więzienne" Jeffreya Archera już jutro trafią do polskich księgarń, a my prezentujemy rozmowę z popularnym pisarzem na temat jedynej w jego dorobku książki non-fiction.
04.12.2017

Nie jest łatwym rozmówcą. Zbyt wiele razy dziennikarze zaszli mu za skórę. Lord Jeffrey Archer (tytuł lorda dożywotni, nie dziedziczą go synowie) jest nie tylko jednym z najbardziej znanych pisarzy brytyjskich, ale też jednym z największych skandalistów wśród polityków. Tak barwnego życiorysu, jak ma on sam, nie wymyśliłoby wielu dobrych autorów. Nie ma się więc co dziwić, że często i chętnie obdarza bohaterów swoich powieści własnymi przygodami. Na kartach jego książek pojawiają się też autentyczne postacie - politycy, ministrowie, premier Margaret Thatcher. Tak jest choćby w super poczytnym cyklu „Kroniki Cliftonów” - właśnie ukazała się ostatnia, siódma część sagi, „To był człowiek!”. Wiele nie zdradzając, można powiedzieć, że ten nieco górnolotny wykrzyknik dotyczy głównego bohatera Kronik, Harry’ego Cliftona, nestora rodziny, męża wspaniałej kobiety, Lorda z nadania Królowej, poczytnego pisarza, czyli - kogoś bardzo podobnego do Archera.

Równo ułożone cienkopisy, blok papieru, szósta rano, dwie godziny pisania, dwie odpoczynku - w powieści „To był człowiek!” Archer dokładnie opisuje to, w jaki sposób sam pracuje. I nie tylko.

O ile jednak w swoich powieściach bawi się z czytelnikiem wplatając tylko niektóre elementy zaczerpnięte wprost z rzeczywistości - w ukazujących się właśnie „Dziennikach więziennych” odwzorowuje ją wiernie, dzień za dniem, godzina po godzinie. Jak więzień skreślający rzędy kresek na ścianie celi, żeby nie zwariować. To jedno z najbardziej poruszających świadectw zza krat, bo pisane przez człowieka, dla którego pobyt w kilku brytyjskich więzieniach był szokiem, przeżyciem, o którym nie da się powiedzieć wszystkiego. Ale wystarczy przeczytać tę chłodną, bo opartą bardziej na katalogowaniu wydarzeń, niż na analizowaniu emocji, relację, żeby poczuć, jak wiele dzieje się w umyśle ponad sześćdziesięcioletniego mężczyzny, który wprost z londyńskich salonów trafia za kratki. A ponieważ prasa natychmiast zarzuca służbom więziennym zbyt pobłażliwe traktowanie sławnego skazanego, Archer ląduje w o wiele surowszych warunkach, niż zasłużył. Musi ponieść karę za to, kim jest. A jest lordem w ciasnej celi, słynnym pisarzem i głośnym politykiem między skazanymi za morderstwa, działalność mafijną i handel narkotykami.

Jeffrey Archer pewnie nie trafiłby do więzienia, gdyby nie zamarzył o tym, żeby kandydować na burmistrza Londynu. I pewnie byłby nim, gdyby konkurencja nie wyciągnęła pewnego skandalu sprzed lat. Co gorsza - wrogowie polityka dotarli również do świadectw, że Archer przez laty kłamał przed sądem i nakłonił do tego świadka. W połowie lat 80., jako wiceprzewodniczący partii torysów został oskażony przez prasę o płatny seks z prostytutką. Wygrał proces o zniesławienie. Ponad 10 lat później, kiedy już kandydował na burmistrza, okazało się, że kłamał. Sąd skazał go na cztery lata więzienia, Archer odsiedział dwa. To ostatecznie zakończyło jego karierę polityczną, ale nie zakończyło pisarskiej. Każdy chciał się dowiedzieć, co dzieje się z Archerem za kratkami. „Dzienniki więzienne” okazały się sensacją. To jedyna literatura faktu pośród bogatej twórczości literackiej Londyńczyka.

Płakał Pan pisząc zakończenie serii Kroniki Cliftonów?

Płakałem. Zwłaszcza pisząc ostatnie strony, bo historia kończy się dosyć poruszająco. Poza tym w skład Kronik wchodzi siedem części, to kawał mojego życia. Przyzwyczaiłem się do Harry’ego Cliftona.

Zwłaszcza, że podarował mu Pan sporo ze swojego życiorysu. Harry jest poczytnym pisarzem, nazywa go Pan „opowiadaczem historii” - określeniem, którego często używa Pan w odniesieniu do siebie. Harry choruje na raka prostaty - to także Pańskie doświadczenie. I odbiera od królowej szlachecki tytuł. Harry to Jeffrey Archer?

W wielu aspektach. Dałem Harry’emu sporo z siebie, ale sir Giles także nosi moje cechy i doświadczenia. Poza tym, co Pani wymieniła, z Harrym łączy mnie też to, że ożenił się z wyjątkową kobietą, kocha sztukę. Ale nic w tym dziwnego, że pożyczam bohaterowi swoje doświadczenia - najłatwiej pisać  mi o tym, na czym się znam, a na niczym nie znam się lepiej, niż na własnym życiu.

Pana ojciec słynął z bujnej wyobraźni, mama była dziennikarką. Można powiedzieć, że talent do opowiadania odziedziczył Pan po ojcu, a do pisania po mamie?

Być może? Któż to wie. Chyba w tej dziedzinie nie można niczego wiedzieć na pewno. Podejrzewam, że talent do opowiadania historii jest dany gdzieś z góry i trudno analizować skąd się bierze i po co. Dla mnie pozostaje tajemnicą.

W pisaniu powieści ważniejsza jest rzeczywistość, czy fikcja?

Fikcja, inaczej nie byłyby to powieści.

Ale w Pana powieściach jest bardzo dużo rzeczywistości...

Tak, wiem, do czego Pani zmierza. Jestem zdania, że jeśli pisarz ma jakąś wiedzę w rozmaitych dziedzinach, powinien ją wykorzystywać w swoich powieściach. Ja znam się na polityce i na kolekcjonowaniu dzieł sztuki, więc w tym sensie moje powieści są oparte na rzeczywistości. Nadal jednak pozostają fikcją.

A w polityce ważniejsza jest rzeczywistość, czy fikcja?

Zdecydowanie rzeczywistość.

Pisanie książek to bardzo samotne zajęcie, prawda? W przeciwieństwie do aktywności polityka.

Zdecydowanie. Rzeczywiście bycie politykiem jest czymś zupełnie przeciwnym do pisania książek. Lubię oba te stany. Kiedy piszę, bardzo dużo się dzieje w mojej głowie. Poza tym pracuję niezwykle intensywnie: dwie godziny pisania, dwie przerwy. Po czterech takich sesjach jednego dnia jestem zupełnie wykończony i marzę tylko o tym, żeby iść spać. Piszę głównie w domu na Majorce, siedząc przy biurku z przepięknym widokiem na ocean. To pozwala mi się lepiej skoncentrować. W domu w Londynie (z widokiem na Tamizę) piszę rzadko.

Co dziś dla pana jest luksusem?

To, że żyję i że mogę pisać.

Kolekcjonuje Pan też od wielu lat dzieła sztuki. Z czego w swojej kolekcji jest Pan najbardziej dumny?

Najbardziej lubię te sytuacje, kiedy artysta, którego odkryłem, staje się ważny w świecie sztuki. Wiele lat temu kupiłem do domu na Majorce rzeźby Emmy Maiton, a potem nagle stała się sławna. Dostrzec artystę, który ma przed sobą przyszłość - chyba to mi daje największą satysfakcję.

A pamięta Pan, jak zaprosił Beatlesów do swojej szkoły jako student college’u?

To było dobrze ponad 50 lat temu! Ale tak pamiętam, że byli bardzo mili. Cel był szlachetny, zbieraliśmy pieniądze na cel charytatywny.

Od tamtej pory ciągle uczestniczy Pan w akcjach charytatywnych. A jednak w zamian spotkało Pana dużo złego - przez lata ciągnęły się za Panem plotki i oskarżenia o nieczyste intencje. Nie był Pan tym nigdy zmęczony, nie chciał tego rzucić?

Skoro plotki były nieprawdziwe, to dlaczego miałem się poddawać? Ciągle uczestniczę w aukcjach charytatywnych, prowadzę je i angażuję się. Policzyłem, że brałem udział w ponad tysiącu takich wydarzeń. Tydzień temu prowadziłem aukcję na rzecz Royal Marines.

W „Dziennikach więziennych” wspomina Pan o wydawanych z okazji gwiazdki przyjęcia, na których bywała londyńska socjeta. Nadal je Pan urządza?

Tak, lubię wydawać przyjęcia dla najbliższych przyjaciół.

Margaret Thatcher też na nich bywała?

Zawsze. Łączyła nas wielka przyjaźń.

W „Dziennikach” pisze Pan też dużo o swojej żonie, Mary Archer. Jest najważniejszą osobą w Pana życiu?

Z całą pewnością. Mary jest wyjątkową kobietą, teraz zasiada w zarządzie Muzeum Nauki. Królowa nadała jej tytuł szlachecki „Dame”. Mary jest najważniejszą osobą w moim życiu.

W „Dziennikach” często wspomina Pan też swoich synów. Wdali się w Pana?

Mój starszy syn, William jest producentem teatralnym. Młodszy syn, James, odziedziczył wspaniały intelekt po swojej matce, jest biznesmenem.

Jest coś, co im Pan w życiu odradzał?

Mógłbym o tym napisać książkę... Ale jednak wolałbym nie odpowiadać na to pytanie.

Jak więzienne doświadczenie Pana zmieniło?

Uświadomiłem sobie, jakim jestem szczęściarzem, w jakim komforcie żyję. Bo ja, w przeciwieństwie do innych, poza więzieniem miałem wspaniałą rodzinę i wielu przyjaciół. „Dzienniki więzienne” ukazały się w Anglii kilkanaście lat temu, dzieli mnie od nich już bardzo długi czas. Wolałbym, żeby czytelnicy sięgnęli do książki, niż czytali, co mam do powiedzenia na ten temat. Na zachętę dodam, że w Anglii odniosły niemały sukces.

Porozmawiajmy jeszcze o jednej z Pana najpopularniejszych powieści. Główny bohater „Kane i Abel” jest Polakiem. Dlaczego?

Jestem wielkim fanem Polaków. Podziwiam Was za to, jak wspaniałą rolę odegraliście w dziejach II Wojny Światowej i za odwagę z jaką Polacy bronili Wielkiej Brytanii. My tu, w Anglii, bardzo szanujemy polskich pilotów. Pamiętamy i nigdy nie zapomnimy Waszej odwagi.

Skąd Pan tyle wie o polskich losach?

Zainteresowałem się nimi wiele lat temu, zawsze miałem wielu polskich przyjaciół, nawet mój trener w college’u był Polakiem.

Wielką sympatią darzył Pan też Lecha Wałęsę i ruch Solidarność.

Tak, bo darzę sympatią każdy ruch niepodległościowy, zawsze popieram tych, którzy walczą o to, w co wierzą. Ostatnio kibicuję Katalończykom, uważam, że referendum dotyczące niepodległości powinno być wiążące.

Był Pan za Brexitem?

Byłem za tym, żeby pozostać w Europie. Nie mam pojęcia, co się teraz stanie. Ale jestem spokojny, nie ulegam histerii. Brytyjczycy wychodzili cało z gorszych opresji.

Jako członek partii konserwatywnej miał Pan delikatnie lewicowe sympatie. Jak Pan uważa, czy w dzisiejszym świecie, tak zantagonizowanym, można nie opowiadać się do końca po żadnej ze stron? Pozostać neutralnym?

Mój Boże, mam nadzieję! Zawsze widziałem siebie po środku, skrajności z lewej strony irytowały mnie równie mocno, jak te z prawej. I zgadzam się, że teraz wszędzie do głosu dochodzą skrajności.

Do polityki wchodził Pan dwa razy. Na początku lat 70. zasiadał Pan w Izbie Gmin, ale nie ubiegał się Pan o kolejną kadencję. W latach 80. powrócił Pan na polityczną scenę jako wiceprzewodniczący Partii Konserwatywnej. W międzyczasie zaczął Pan pisać powieści. Dla pieniędzy?

Nikt nie zaczyna pisać dla pieniędzy, bo zazwyczaj na pisaniu się nie zarabia. Ja akurat miałem szczęście, że moje powieści zaczęły się dobrze sprzedawać, ale przyzna Pani, że nie zawsze tak jest. Zacząłem pisać, bo nie miałem pracy. Musiałem się czymś zająć.

To dlaczego, kiedy już Pan się stał sławnym pisarzem, wrócił Pan do polityki?

Ponieważ przyjaźniłem się z panią premier, a ona poprosiła mnie o pomoc.

Zrobił Pan to dla kraju?

Zdecydowanie.

Co to dziś znaczy być patriotą?

Moim zdaniem najbardziej patriotycznym narodem świata są Polacy. W każdym razie tak było w czasach mojej młodości. Co to znaczy być patriotą? Szanować dobro kraju bardziej, niż własne. Nic tu się chyba nie zmienia.

Widać, że lubi Pan politykę. Nie tęskni Pan za nią?

Polityki nie uprawiam już od 20 lat, pisanie kompletnie zawładnęło moim życiem. I tak, najbardziej lubię być autorem książek.

Rozmawiała Anna Luboń 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie