Dave Gahan - depesz idealny
Starstock

Dave Gahan - depesz idealny

Kariera Dave’a Gahana była burzliwa niczym losy gwiazd alternatywnego rocka, do których w latach 90. chciał być zaliczany. Po trzech ślubach, próbie samobójczej, przedawkowaniu narkotyków, zawale i ciężkiej chorobie zmienił się nie do poznania. Dziki pozostał tylko na scenie.
05.02.2018

W swoim mieszkaniu na Dolnym Manhattanie czyta „New York Timesa”. Od czasu do czasu spogląda na telewizor, w którym leci jego ulubiona komediowa animacja „Family Guy”. W tle słychać jedną z piosenek, które bardzo lubi, pościelówę „What’s Going On” Marvina Gaye’a. Po południu wraz z żoną zamierza wybrać się na ulubioną pizzę. To nie jest przykład wolnego dnia z życia znudzonego aptekarza czy producenta śrubek mieszkającego w Nowym Jorku. Tak z grubsza wolny czas spędza Dave Gahan, frontman jednej z najważniejszych kapel w historii muzyki, Depeche Mode.

Brał narkotyki jakby to były witaminy

Dziś wokalista, jak sam przyznaje, najchętniej się relaksuje, wylegując się w swoim nowojorskim domu w towarzystwie żony Jennifer Sklias-Gahan. Ma dość rock’n’rollowego życia, w którego wir wpadł na przełomie lat 80 i 90. Destrukcyjny model wciągnął go na tyle, że był bliski tego, by skończyć jak Kurt Cobain z Nirvany. Brał narkotyki jakby to były witaminy. „Nie sądziłem, że dożyję trzydziestu pięciu lat, ale byłem gotowy odejść z przytupem” – mówił w jednym z wywiadów w 2017 roku.


Dziś, kiedy nie czyta swoich ulubionych gazet i nie ogląda kreskówek, bierze udział w kampaniach modowych (ma do tego predyspozycje – metr osiemdziesiąt wzrostu), udziela się charytatywnie, nagrywa solowe płyty, a przede wszystkim występuje z Depeche Mode. Na scenie zmienia się w zwierzę, które, jak sam mówi, nie do końca jest w stanie kontrolować. To w dużej mierze dzięki niemu DM od lat są uznawani za jeden z najlepszych koncertowych zespołów świata. Polscy fani przekonali się o tym wielokrotnie. Najbliższa szansa na początku lutego i w lipcu. DM wystąpią w Krakowie, Łodzi i Gdańsku (7, 9 i 11.02), a w wakacje na Open’erze w Gdyni.

Jak Dr Jekyll i Mr Hyde

Dave Gahan ma dwie osobowości – prywatną i sceniczną. Kiedy staje przed tłumem fanów, zamienia się w inną postać, niczym jego ulubiony artysta David Bowie. Przez lata ci genialni muzycy widywali się regularnie. Odprowadzali swoje córki do tej samej szkoły. Po śmierci Bowiego w styczniu 2016 roku Gahan zdradził magazynowi „New Musical Express”, że często wtedy na szkolnym korytarzu gadali o głupotach. Żałował, że nigdy nie powiedział Davidowi, jak wielką był dla niego inspiracją i jak fascynował się jego kolejnymi wcieleniami.

Po raz pierwszy zobaczył swojego idola, gdy miał 16 lat. „Najprawdopodobniej, żeby zdobyć pieniądze na bilet na jego londyński koncert, musiałem wcześniej coś ukraść” – wspominał Dave w „Rolling Stone”. Bowie, oprócz groszku (takiego do jedzenia), to też jedna z niewielu wspólnych pasji Gahana i twórcy największych przebojów Depeche Mode, Martina Gore’a.

"Heroes" - od tej piosenki Bowiego zaczęła się kariera Gahana

Na trasie promującej ostatnią płytę „Spirit” Depeche Mode wykonują jeden z najsłynniejszych utworów Bowiego, „Heroes”. Krąży legenda, że właśnie od tej piosenki zaczęła się kariera Gahana. Vince Clarke, pierwszy lider i założyciel grupy, podczas jednej z prób usłyszał, jak Gahan śpiewa właśnie „Heroes”. Postanowił zaprosić go do zespołu, wtedy jeszcze działającego pod nazwą Composition of Sound. Dave przyjął propozycję, bo, jak mówi, „nie miałem wtedy nic lepszego do roboty”, a poza tym „gdyby nie to, że trafiłem do rock’n’rollowej grupy, pewnie zostałbym kryminalistą”. Szybko dla Composition of Sound wymyślił nową nazwę, zaczerpniętą z francuskiego magazynu modowego: Depeche Mode.


Patrząc na zdjęcia promocyjne DM z pierwszych lat działalności, trudno uwierzyć, że Dave lądował w poprawczaku za kradzieże, a czas wolny najchętniej spędzał z fanami punkrocka przy piwie. Na fotografiach z początku lat 80. widać uśmiechniętego chłopca w dzierganym sweterku albo za dużej koszuli. W takich strojach wyśpiewywał cukierkowe popowe piosenki.

"Miał wyczucie mody, jakiego nie mieli pozostali"

Jednak już wtedy Dave skupiał na sobie uwagę. W książce „Depeche Mode. Narodziny ikony” Simon Spence przytacza słowa przyjaciół zespołu z początku jego działalności: „W Dave’ie było to coś, był zupełnie inną parą kaloszy, (…) bardzo skoncentrowany na tym, w co się ubiera. I dobrze się ubierał, co zresztą zostało mu do dzisiaj. Był bardzo szczupły, jak dziewczyna. Miał wyczucie mody, jakiego nie mieli pozostali. (…) Gdy wszedł na scenę po raz pierwszy, zespół nabrał wyrazu”.

Zmiany wizerunku

Dziś Dave skupia na sobie wzrok kilkudziesięciu tysięcy widzów bez względu na to, czy wychodzi na scenę stadionu w Osace, Melbourne, Mińsku, Warszawie, Londynie, czy w jego ulubionej nowojorskiej hali Madison Square Garden. Przykuwa uwagę swoim zachowaniem, ale także ubiorem. Na obecnej trasie „Global Spirit Tour” zaczyna koncerty w marynarce. Szybko się jej pozbywa, by pokazać jeden z charakterystycznych elementów swojej garderoby: kamizelkę. No i tatuaże. Ma ich kilka, między innymi serce, różę, krzyż, orła i buddyjski symbol „Om”. Pierwszy z nich zrobił, kiedy miał czternaście lat. Do marynarki zakłada dziś biodrówki i świecące buty na obcasie. Podczas koncertu w Warszawie w lipcu ubiegłego roku miał srebrne, ale na trasie zdarzało się, że występował w krwistoczerwonych. Do tego biżuteria: pierścienie, wisiorki. Czasami oczy podkreśla czarną kreską.

"To Martin nosił skrzydła, nie ja"

Dave dbał o strój od zawsze, choć patrząc na wspomniane dziergane sweterki sprzed lat, trudno w to uwierzyć. Ale wtedy to był krzyk mody. W wywiadzie dla magazynu „Interview”, który w 2009 roku przeprowadziła z nim aktorka, modelka i projektantka Chloe Sevigny, Dave mówił: „Od dawna interesuję się modą. Kiedy przez trzy lata chodziłem do szkoły artystycznej, tak naprawdę interesowały mnie tylko przedmioty związane z modą. No i dziewczyny, a że w klasie oprócz mnie był tylko jeden gość, nie narzekałem na brak powodzenia”. I dodał: „Od lat przed każdą trasą dobieram sobie stroje. Miałem okazję pracować już m.in. ze szwedzkim projektantem Johanem Lindebergiem (w jego kampanii wystąpiła m.in. Sevigny – przyp. red.) czy nowojorską projektantką April Johnson”. Wywiad kończył, z pokorą stwierdzając: „Wiem, że niektóre moje ubrania sprzed lat mogą się dziś wydawać śmieszne, ale to Martin nosił skrzydła, nie ja”. Faktycznie, patrząc na styl Martina Gore’a – skórzane paski na całym ciele, sukienki, damski makijaż, przyczepiane do koszulki pióra – outfit Gahana wydaje się grzeczny. Ale był taki okres, kiedy cały zespół preferował niemal sadomasochistyczny styl.

Czarne buty, koszula i kurtka oraz białe spodnie - strój depesza

Najbardziej charakterystycznym strojem „depeszowym” pozostaje jednak zestaw: czarne buty na wysokiej podeszwie, białe dżinsy, do tego czarna albo biała koszula i czarna skórzana kurtka. Dodatkowo krzyżyk na szyi i wyżelowane włosy. Taki model ubioru DM wylansowali na przełomie lat 80. i 90., kiedy nagrywali przebojowe płyty „Music for The Masses” i „Violator”.


Image zespołu zmienił się z wydaniem kolejnej płyty „Songs of Faith and Devotion” w 1993 roku. Dave również się zmienił, i to drastycznie. Zapuścił włosy, zrobił jeszcze więcej tatuaży. Zafascynowany sceną grunge i alternatywnym rockiem, takimi zespołami jak Nirvana, Alice in Chains i Jane’s Addiction, sam zaczął przypominać gwiazdę rocka – czy raczej jej parodię. W sieci można znaleźć zdjęcia i filmy z 1996 roku z Dave’em tuż po tym, jak wyszedł z aresztu po zatrzymaniu za posiadanie narkotyków. Wygląda, jakby od miesiąca mieszkał pod mostem. Trudno wyobrazić sobie, że po latach został twarzą kampanii marek modowych. Po przejściu terapii odwykowej Dave ponownie zmienił image. Na koncertach na trasie „The Singles Tour” w 1998 roku brylował na scenie w koszuli, eleganckich spodniach i kamizelce. Wszystko w czarnym kolorze.

"Bez nich w nocy widzę tylko gwiazdy na niebie"

Dziś Dave’a poza sceną można najczęściej zobaczyć w marynarce albo skórzanej kurtce i nieodłącznych przyciemnianych okularach. W jednym z wywiadów zdradził: „Mam lecznicze szkła. Bez nich w nocy widzę tylko gwiazdy na niebie. Swoją drogą uwielbiam na nie patrzeć z tarasu mojego domu na Manhattanie”.

Cały tekst ukazał się w najnowszym numerze Esquire'a (1-2/2018). 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo