Osaczony. Spełniony. Zmęczony. Pan Bond
Reuters/Forum

Osaczony. Spełniony. Zmęczony. Pan Bond

Przed premierą „Spectre” Craig wspominał, jak na nowo zdefiniował dawniej komiksową postać tajnego agenta jako symbol mężczyzny nowych czasów: osaczonego, pełnego wewnętrznych konfliktów, ale wciąż stojącego na własnych nogach. I wciąż gotowego zdobywać świat.
19.09.2018

Daniel Craig ma ochotę na piwo. I na papierosa. Nie, żeby znów palił jak komin od rana do wieczora, ale od czasu do czasu można sobie dać luz. Nie tak dawno w Bray w hrabstwie Berkshire zakończyły się zdjęcia do ostatniej sceny „Spectre”, nowego filmu o Jamesie Bondzie. Zaraz potem Craiga pochłonęły obowiązki związane z kampanią reklamową filmu. Po przyjęciu kończącym zdjęcia nastąpiły trzy dni ciężkiej pracy przy promocji: pozowanie do plakatu i zdjęć promocyjnych, które zostaną zapakowane i rozesłane do mediów na całym świecie, a potem rozdzielone między nadawców telewizyjnych, gazety, witryny internetowe i czasopisma, które miały mniej szczęścia niż nasz „Esquire”. Cały następny dzień Craig ma spędzić na spotkaniach w jednym z hoteli w centrum Londynu: będą wywiady przy okrągłym stole i krótkie rozmowy jeden na jednego (niektóre aż do 10 minut) z dziennikarzami z całego świata. 

Nikt, kto wcześniej miał zawodową styczność z Craigiem, włącznie ze mną, nie mógłby wziąć go za osobę rozmiłowaną w takich akcjach reklamowych. Robi to wprawdzie chętnie, ale traktuje jak zło konieczne, coś, co trzeba raczej jakoś przetrwać, niż witać z entuzjazmem. Więc teraz, wypoczywając po wypełnionym obowiązkami dniu, uważa, że w pełni zasłużył na lagera i papierosa. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Daniel Craig (@danielcraigofficialfans)

 

Siedzimy na plastikowych krzesłach przy drewnianym stole. Taras na dachu budynku we wschodnim Londynie jest pusty. Pod nami modny loft wynajęty na popołudnie do sesji zdjęciowej dla „Esquire’a”. Szczęśliwym trafem – a właściwie dzięki mojej zapobiegliwości – w lodówce znalazło się zimne piwo, a agent reklamowy Craiga ma przy sobie paczkę papierosów. 

Otwieram butelki piwa, a Craig podaje mi zapalniczkę oprawioną w zużytą łuskę po naboju, pamiątkę po scenie strzelaniny. Strzepujemy popiół do wiaderka. Na dworze jest ciepło, ale niebo wygląda groźnie, jakby zaraz miało się rozpadać. Kiedy zaczyna lekko mżyć, nie zwracamy na to uwagi i przeczekujemy. Wkrótce prosimy o następne piwa, zapalamy kolejne papierosy. Craig odchyla się na krześle i zaczynamy rozmowę. Nie pamiętam, żebym go kiedyś widział tak zrelaksowanego. W każdym razie na pewno nie podczas wywiadu. 

Craig jest zawsze uprzejmy, profesjonalny i chętny do współpracy

Wcześniej spotkałem Craiga kilkakrotnie przy różnych okazjach. W ciągu ostatnich czterech lat przeprowadzam z nim już trzeci wywiad okładkowy dla „Esquire’a” (niech teraz „The Economist” pobije ten rekord!). Craig jest zawsze uprzejmy, profesjonalny i chętny do współpracy. Życzliwy, rozważny i oschle dowcipny. Minę ma jednak nieprzystępną i zachowuje rezerwę, która zniechęca do spoufalania się. Na szczęście nie jest zgryźliwy: pamiętam jego ripostę z wywiadu w 2011 roku, kiedy promował film „Kowboje i obcy”. Miałem na tyle tupetu, by go zapytać, o czym to było. „No a niby o czym, jak nie o kowbojach i pieprzonych kosmitach?” Dobra, należało mi się, głupie pytanie, głupia odpowiedź. Wspominałem już chyba o jego oschłym dowcipie? 

Minęło dziesięć lat, odkąd oficjalnie ogłoszono, że Daniel Craig będzie szóstym ekranowym wcieleniem najmniej utajnionego agenta Jej Królewskiej Mości. Jak wszyscy wiemy, jego poprzednikami byli Connery, Lazenby, Moore, Dalton i Brosnan. Trzeba uczciwie powiedzieć, że wieść o tym wyborze nie wywołała fali spontanicznej radości na ulicach, a wśród brytyjskich rodziców nie pojawiła się moda na nadawanie pierworodnym synom imienia Daniel (ani tym bardziej Craig) na jego cześć. 

Panowała niemal powszechna zgoda, że Craig nie nadaje się do roli, bo jest blondynem (!), poza tym jest za młody, za mało elokwentny i nie dość w nim dżentelmena. Sam aktor też wydawał się nieco zbity z tropu. Przez minione dwadzieścia lat na ekranie i na deskach teatru budował reputację artysty poważnego i głębokiego, specjalisty od zranionej męskiej dumy, występując w takich sztukach („A Number”) i lmach („Sylvia”, „Matka”, „Przetrzymać tę miłość”), których fani wysokobudżetowych sen- sacyjnych produkcji raczej nie oglądali, bo nie mieli do tego ani okazji, ani ochoty, ani wyobraźni. 

"Powierzenie tej roli Craigowi mogło być błędem"

Nawet Sam Mendes, wielbiciel Bonda, reżyser „Skyfall” i „Spectre”, przyznał niedawno, że początkowo obawiał się, że powierzenie tej roli Craigowi mogło być błędem. Wydawało mu się wtedy, że Craig jest aktorem zbyt poważnym, zbyt poszukującym, zbyt posępnym. Po dekadach coraz bardziej absurdalnych scenariuszy i wyświechtanych ciętych powiedzonek, nasze oczekiwania wobec Bonda nie były zbyt wygórowane. Przedsięwzięcie, niegdyś uważane za błyskotliwe, a nawet wyra nowane (choć do niedawna nie wymagało od widza wielkiego wysiłku umysłowego), stało się w końcu kiep- skim żartem. Kiedy ostatnio z nim o tym rozmawiałem, Craig w charakte- rystyczny dla siebie sposób tak oto ocenił sytuację sprzed roku 2006: – „Austin Powers” to wszystko rozwalił. 

Innymi słowy, filmy o Bondzie prześcignęły swoją parodię. 

– Zanim zrobiliśmy „Casino Royale”, Mike Myers rozbroił wszystkie żarty. Byliśmy w takiej sytuacji, że cytaty i aluzje do poprzednich lmów były- by bez sensu. Ten postmodernizm zaszedł tak daleko, że już całkiem przestał być zabawny - wspomina Craig, który wszystko to zmienił. Jego Bond to twardziel, ale też żywy człowiek. Prześladuje go traumatyczne dzieciństwo. Nie jest odporny na przemoc; krwawi, jeśli go zranić. Kocha i przegrywa w sposób spektakularny. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Daniel Craig (@danielcraigofficialfans)

Zobaczyliśmy to najpierw w „Casino Royale” (2006), które było w równym stopniu dramatem miłosnym, co lmem sensacyjnym, i w którym Bond – „tępe narzędzie” Iana Fleminga – ukazał się jako człowiek zycznie i emocjonalnie wrażliwy. 

„Zapytałabym, czy potra sz podejść do tego na chłodno, ale z tym raczej nie masz kłopotów, co?” – mówi w tym lmie Judi Dench, która gra M. Okazuje się, że Bond jednak ma z tym kłopoty. Zakochuje się w kobiecie, która mu dorównuje pod każdym względem, włącznie z trudną przeszłością. Mówi do niej: „Nie mam już skorupy. Odarłaś mnie z niej”. Nie potra jej jednak ocalić. Ciąg dalszy tej historii oglądamy w „Quantum of Solace” (2008), dramacie o zemście, którego realizację przyhamował na jakiś czas strajk hollywoodzkich scenarzystów. Craig zagrał w nim Bonda pogrążonego w żalu i napędzanego słusznym gniewem. 

„Skyfall” (2012), o którym Craig i Mendes mówią, że to powrót do „klaycznego Bonda”, przypomniał wiele wątków z wcześniejszych filmów, tak samo jak specyficzny bondowski klimat. Wracają też ulubione postaci – Q, Moneypenny – przedtem rażąco nieobecne w Bondach ery Craiga. Z drugiej strony film rozwinął też motyw Bonda in extremis: zostaje postrzelony i uznany za zmarłego. Potem zrezygnowany, słaby i cyniczny, wikła się w dziwaczny edypalny konflikt z cyberterrorystą Javiera Bardema i M Judi Dench. 

Jego bohaterowie często są życiowymi rozbitkami

Elementy komiksowe – egzotyczne miejsca, geniusze zła, szybkie kobiety, samobójcza jazda samochodem, nowoczesne gadżety wróciły, ale na ich tle zmienne emocje Craiga są bardzo widoczne i na miejscu. Na ogół nie grywa w pogodnych komediach romantycznych. Jego bohaterowie, łącznie z Bondem, często są życiowymi rozbitkami. – Ktoś, kto przechodzi najlepszą fazę życia, jest szczęśliwy i wszystko mu się układa, nie jest najciekawszym materiałem z punktu widzenia kina – mówi Craig. 

Esencją dramatu jest kon ikt, a Bond Craiga przeżywa kon iktów pod dostatkiem. A poza wszystkim innym, usiłuje zrezygnować ze swojej misji. Craig mówi mi teraz, że kiedy w 2005 roku po raz pierwszy otrzymał scenariusz „Casino Royale”, długo się nad nim zastanawiał. – W końcu wszystko zdemontowali i pomyślałem „O, cholera!”. Miałem wrażenie, że dali mi sam szkic postaci i mówią: „Zrób coś z tego”. I stwierdziłem, że coś z tego zrobię – mówi, po czym tłumaczy: – Jestem wielkim fanem Bonda. Uwielbiam te lmy, uwielbiam te wszystkie stare chwyty, wszystko, co się z tym wiąże. Ale nie uwłaczając poprzednim produkcjom, teraz to jest zupełnie coś innego. Ma swoją wagę i głębszy sens. Bo ja nie umiem tego zrobić inaczej. Choćby scenariusz był nie wiem jak wymyślny, efektowny i chwytliwy, szukasz w nim jakiejś prawdy, trzymasz się jej i coś wokół niej tworzysz. A jeśli do tego masz jeszcze sceny pościgów, eksplozje i tak dalej, to na tym zarabiasz. Ale bohater musi ponieść konsekwencje. To, co mu się przydarza, zostawia na nim piętno. Nie chodzi o to, że musi zabić czarny charakter, przede wszystkim musi być do tego powód. 

Ostatnio rozmawiałem z Craigiem na temat Bonda latem 2012 r. Głównym tematem była rychła premiera „Skyfall”. Napisałem wówczas, że wszystkie osoby zaangażowane w film, z którymi się spotkałem, okazywały spokojną pewność siebie. A to dość rzadkie w napiętej atmosferze, jaka zwykle panuje w czasie poprzedzającym wypuszczenie wysokobudżetowej produkcji. 

"Spectre" fenomenalnym i niespodziewany kasowym hitem w Wielkiej Brytanii

Jednak nawet najbardziej zagorzali orędownicy agenta 007 nie przewidzieli, że film odniesie tak ogromny sukces. Wszedł na ekrany w październiku 2012, a na świecie zarobił 1,1 miliarda dolarów, prawie dwa razy tyle, co „Casino Royale” czy „Quantum of Solace”, a przecież oba świetnie się sprzedały. W chwili, gdy to piszę, „Skyfall” zajmuje dwunaste miejsce na liście filmów, które przyniosły najwyższy dochód brutto. Zwłaszcza w Wielkiej Brytanii okazał się fenomenalnym i zupełnie niespodziewanym kasowym hitem. W tym kraju żaden film nigdy nie zarobił więcej. Jest też jedynym, który przyniósł sto milionów funtów zysków z samych biletów. 

– „No i co my teraz mamy zrobić, biedne misie?” – podsumowuje Craig odczucia filmowców po rozpoczęciu rozmów o kontynuacji „Skyfall” – Nic w tym dziwnego, że mieli lekkiego stracha – mówi. – To nie lada wyzwanie kręcić dalszy ciąg najgłośniejszego brytyjskiego lmu wszech czasów. Bo rodzi się pytanie: co dalej? Jak będziemy to ciągnąć? Wielka odpowiedzialność. To mógł naprawdę być garb. Wprawdzie okazało się, że jednak nie, ale z początku odczuwało się sporą presję. 

Sukces „Skyfall” Craig tłumaczy prosto: – Ktoś, kto właśnie nakręcił film za sześć i pół miliona dolarów i ma kłopoty z jego dystrybucją, mógłby powiedzieć, że jeśli się dysponuje budżetem 200 mln dolarów, można sprzedać absolutnie wszystko. Ale to nie jest prawda. Mnóstwo filmów wysokobudżetowych i tak robi klapę. Ja uważam, że „Skyfall” ma spójną, ciekawą fabułę i świetną dynamiczną akcję. Serio. Sądzę, że to dobry film. 

Składa też ukłon talentowi Mendesa, który niegdyś był sensacją londyńskich scen teatralnych, a teraz zyskał status hollywoodzkiego reżysera wielkiej klasy, kręcąc „American Beauty” (1999) i „Drogę do szczęścia” (2008). To Craig, który pracował z Mendesem przy filmie gangsterskim „Droga do zatracenia” (2002), jako pierwszy zaproponował reżyserowi pracę nad „Skyfall”, a po raz drugi musiał użyć swojej siły perswazji przy okazji „Spectre”. 

Craig mówi mi, że w czasie pracy nad „Skyfall” on i Mendes stwierdzili, że nadają na tych samych falach: – Czułem, że tym filmem rozpoczęliśmy coś świetnego i bardzo chciałem to dokończyć. 

Początkowo reżyser opierał się – miał rozpoczęte inne projekty – ale Craig i producenci Bonda poczekali na niego i jeszcze raz dostali człowieka, którego chcieli.

– Rozmawialiśmy o tym, że ten film musi być jeszcze lepszy i przebić poprzedni. Sceny kaskaderskie, akcja, rozmach, pod każdym względem – mówi. Wyciąga rozłożoną dłoń i widzę, że się trzęsie. – Cały się teraz telepię, bo już po wszystkim. Sam musi dopiąć wszystko, więc czas nagli. Już po zawodach. Nie można się cofnąć i zrobić tego jeszcze raz. Okropne uczucie. 

Nie chce zapeszać, ale mówi: – Mam wrażenie, że każdy z nas dał z siebie absolutnie wszystko i to jest bardzo pozytywne. Ale zobaczymy, czy wyjdzie z tego lepszy film. 

„Spectre” zyskuje nie tylko na tym, że wraca i główny gwiazdor, i reżyser „Skyfall”, ale także na współpracy zasłużonych producentów Bonda, Barbary Broccoli i Michael G. Wilsona. Są też ci sami scenarzyści – Neal Purvis, Robert Wade i John Logan. Znowu pojawia się Ralph Fiennes jako Mallory, czyli nowy M, Ben Whishaw jako Q, oraz Naomi Harris w roli Moneypenny. Nad zdjęciami, w miejsce Rogera Deakinsa, czuwa zdolny holenderski operator Hoyte van Hoytema, człowiek odpowiedzialny za stronę wizualną tak wysublimowanych obrazów jak „Interstellar” Christophera Nolana i „Ona” Spike’a Jonze’a. 

Zastanawiam się głośno, czy klasyczny etos Bonda jeszcze do kogoś przemawia. – I to jak! – Craig prawie krzyczy, przez chwilę rozkoszując się rolą rozchwytywanego gwiazdora. – „Spectre” będzie dziesięć razy lepszy niż „Skyfall!”. 

To jest właśnie to, co chce podkreślić. Po głębszym zastanowieniu mówi, że „Spectre” jest esencją i świętem Bonda, festiwalem wszystkiego, co na stałe zrośnięte jest z agentem 007. W filmie pojawia się nowy supersamochód, Aston Martin DB10. Są pociągające kobiety, grane przez zabójczą włoską piękność Monikę Bellucci i zalotną Leę Seydoux. Są też popisowe bondowskie numery: sensacyjne otwarcie w Mexico City, pościg samochodowy na ulicach Rzymu, sekwencje w austriackich Alpach, w Tangerze i w Londynie. Jest brutalny siepacz (po raz pierwszy w filmach o Bondzie z ery Craiga), grany przez byłego zapaśnika Dave’a Bautistę. Jest też czarny charakter z manią wielkości. W tej roli pojawił się świetny Christoph Waltz, demoniczny gwiazdor znany z „Bękartów wojny” i „Django” Quentina Tarantino. 

Krążyły pogłoski, że Waltz zagra najbardziej uprzykrzonego przeciwnika Bonda, którym jest Ernst Stavro Blofeld, groteskowy, groźny typ z nieodłącznym kotem (jeszcze z ery Seana Connery’ego), szef zagadkowej organizacji przestępczej „Spectre”. 

Tymczasem jednak Waltz gra Franza Oberhausera. Fani Fleminga powinni go kojarzyć. Franz jest synem Hannesa Oberhausera, austriackiego instruktora narciarstwa i wspinaczki, przyjaciela ojca Bonda. Po tragicznej śmierci rodziców Jamesa, rzecz jasna w katastrofie w górach, Hannes przez jakiś czas był jego opiekunem. 

„Wspaniały człowiek” – mówi o nim Bond w powieści Fleminga „Ośmiorniczka”. I dodaje: „Był dla mnie jak ojciec w czasie, gdy bardzo potrzebowałem ojca”. 

Hannes Oberhauser został później zastrzelony przez podstępnego majora Dextera Smythe’a; jego zamarznięte ciało znaleziono w topniejącym jącym lodowcu. Bond przysiągł sobie, że wytropi zabójcę opiekuna. Z tego wynika, że grany przez Waltza Franz Oberhauser jest przybranym bratem Bonda. Trailer sugeruje, że jest także doświadczonym agentem „Spectre” – prawdopodobnie wciąż pozostającej pod kontrolą Blofelda. Możliwe też, że miał powiązania z „Quantum”, inną nikczemną ekipą, dążącą do dominacji nad światem, którą reprezentuje tutaj Pan White, znany fanom „Casino Royale” i „Quantum of Solace”. 

Craig początkowo niechętnie odnosił się do tego, by zalążkiem krwawej fabuły „Spectre” stała się historia pochodzenia Bonda, jak też do rezygnacji z wewnętrznych rozterek bohatera na rzecz niefrasobliwego humoru Bon- da z ery Rogera Moore’a. Ale ta niechęć nie przerwała pierwszego czytania scenariusza. – Gdy z tej historii wydobyliśmy te różne powiązania, okazały się za dobre, by je odrzucić – tłumaczy. 

Kiedy przeprowadzałem z Craigiem wywiad na temat „Skyfall”, próbowałem z niego wyciągnąć niektóre szczegóły akcji, a on mnie niemal wyśmiał. Tym razem przyznaje, że idzie mi lepiej. Ale i tak, według niego, poruszam się jak dziecko we mgle. Gdzieś przeczytałem, że „Spectre” miał być pierwszą częścią dwóch lmów. – Nie wydaje mi się – zaprzecza Craig (ale, jak wiadomo, nigdy nie ufaj szpiegowi). – Jeśli w ogóle się łączy z innymi filmami o Bondzie, to tylko jako zwieńczenie wątków rozpoczętych w „Casino Royale”: determinacji Bonda, by zmierzyć się z własną przeszłością i odnaleźć swoje miejsce w świecie, a także dociec, jaką właściwie rolę w świecie odgrywa MI6 i czy uda mu się jakoś sklecić życie. – Spokojnie możemy powiedzieć, że dokonaliśmy kwadratury tych wszystkich kół – mówi dość pokrętnie Craig. 

Spekulowano, że „Spectre” to ostatni film Craiga w roli Bonda. Ja zaś sądziłem, że podpisał kontrakt na jeszcze dwa po „Skyfall”, to znaczy, że po „Spectre” będzie jeszcze co najmniej jeden. – Owszem. Bo choć mam jeszcze swoje życie, którym lubię się od czasu do czasu zająć, chciałbym zamknąć pewne niedokończone Bondowskie historie – mówi Craig. I od razu zastrzega, że to koniec dywagacji na temat kolejnych planowanych odsłon filmu. 

Daniel Craig jest aktorem, nie szpiegiem

Jeżeli nic przed nami nie ukrywa, 47-letni Daniel Craig jest aktorem, nie szpiegiem. Jest żonaty z aktorką Rachel Weisz, a z wcześniejszego związku ma dorosłą córkę. Wiedzie spokojne życie i chroni swoją prywatność na tyle, na ile się da, gdy się jest jedną z największych gwiazd kina i ma się równie znaną żonę. Dużo czyta. Od czasu do czasu lubi wypić kilka piw. Dobrze wygląda w garniturze, ale częściej można go spotkać w dżinsach i T-shircie. Nie nosi przy sobie broni. A gdyby nosił, to musiałby zakładać okulary, żeby w cokolwiek trafić. 

Nie pierwszy raz powtarza, że nie jest Jamesem Bondem. – Nie jestem ani specjalnie odważny, ani specjalnie opanowany. Jak każdy człowiek, mam takie swoje urojenia, że w pewnych sytuacjach mógłbym się wykazać, i te marzenia wkładam w odtwarzanie tej postaci – tłumaczy. Ale Craig lubi też myśleć, że to, że jest właściwie przeciwieństwem Bonda, pogłębia jego interpretację agenta 007. – Są takie fragmenty, kiedy Bond wcale nie wie, co robi, a mnie się to podoba. 

Za wzór stawia sobie Harrisona Forda w roli Indiany Jonesa, zwłaszcza w „Poszukiwaczach zaginionej arki”. Jak mówi: – Wielkość jego interpretacji polega na tym, że jest tak bardzo po ludzku, aż po granice śmieszności, omylny. Za każdym razem widz wie, że mógłby wszystko spieprzyć, a to potęguje napięcie i poczucie ryzyka, a także radość z oglądania filmu. 

Z Bondem, twierdzi Craig, to trudniejsza sprawa. Żaden widz tak naprawdę nie wierzy, że agent 007 mógłby ostatecznie nie wymknąć się śmierci, nie okpić wroga i nie ocalić świata przed katastrofą. Ma nadzieję, że uda mu się zapożyczyć choć trochę pecha od Forda. A Bondowi Craiga przydarzały się przecież gorsze rzeczy niż profesorowi Jonesowi. Ukochana utonęła na jego oczach. Jego mentorka i niemal przybrana matka umarła na jego rękach. – Bond zawiódł – mówi Craig o śmierci bohaterki granej przez Judi Dench pod koniec „Skyfall”. 

Pytam, czy lubi Jamesa Bonda. – Nie wiem, czy chciałbym z nim spędzić dużo czasu – odpowiada. – Może wieczór, ale nie taki, który ciągnie się do rana. Właściwie nie wiem, co ten gość robi po godzinach. Ale ja go nie oceniam. Ocenianie postaci nie należy do zadań aktora. 

Co postać Bonda mówi o mężczyznach?

Nie uważa też za swoje zadanie bronić Bonda przed krytykami, którzy widzą w nim relikt dawnej, mniej poprawnej politycznie ery. Kiedy rozmawiałem z Craigiem w roku 2011, poświęciliśmy sporo czasu na dyskusję o tym, co Bond reprezentuje jako ikona kultury. Co mówi ta postać o mężczyznach – zwłaszcza brytyjskich? Że nasz najbardziej przekonujący symbol męskości to samotny, nieprzystosowany społecznie zabójca pozbawiony rodziny i przyjaciół, niezdolny do utrzymania związku z kobietą i najwyraźniej bez żadnego życia osobistego poza pracą. 

– On jest cholernie samotny – mówi teraz Craig. – To smutne. Sypia z pięknymi kobietami, ale one potem wychodzą i robi się... no właśnie, smutno. A gdy mężczyzna się starzeje, to nie jest dobra perspektywa. To mo- że być miła fantazja, ale taka rzeczywistość, po kilku miesiącach... 

Bond jako postać fikcyjna może też być symbolem Wielkiej Brytanii, która już nie istnieje, wojownikiem Imperium, który zastępczo zaspokaja liczne apetyty Brytyjczyków – już nie tak łatwe do zaspokojenia, jak dawniej – o dalekich podróżach, zabijaniu tubylców i posiadaniu ich kobiet. 

– Na szczęście mój Bond nie jest taki seksistowski i mizoginiczny jak jego poprzednie wcielenia. Świat się zmienił. Bond jest inny i to oznacza, że pisze się dobre, pogłębione role kobiece i obsadza w nich świetne aktorki – wyjaśnia aktor. 

Wyobrażam sobie, że to niełatwe zadanie zachować esencję Bonda, ale tak ją uwspółcześnić, by nie wyszedł na kuriozum. – To rzeczywiście delikatna sprawa – mówi Craig. 

Bond jest oczywiście dla niego zgoła kimś innym niż dla widzów. – Dla mnie jako aktora jest to sposobność udziału w filmach naprawdę wyjątkowych: ich producentką jest Barbara Broccoli, która poświęciła im całe swoje życie, przy których spotyka się ekipa ludzi i doprowadza je do doskonałości, w filmach, w których i ja mogę przekraczać własne granice. Sprowadza się to do tego, że jeśli zamierzasz robić tego rodzaju filmy, to marzysz o pracy w takiej właśnie atmosferze. Czegóż chcieć więcej? 

Minęły trzy lata, odkąd widzieliśmy Daniela Craiga w nowym filmie. W roku 2013 wraz z żoną występował w przedstawieniu teatralnym na Broadwayu, w bardzo dobrze przyjętej przez krytykę nowej adaptacji sztuki Harolda Pintera „Zdrada”, którą wyreżyserował nieżyjący już Mike Nichols, ale między „Skyfall” i „Spectre” nie pojawił się na dużym ekranie. 

"Wiedziałem, że potrafię grać"

Przez jakiś czas, zwłaszcza na początku swojej kariery w roli Bonda, czuł presję, by udowadniać, że jest kimś więcej niż tylko gwiazdą kasowych hitów. – Wcześniej, przed „Casino Royale”, bardzo dużo pracowałem, robiłem mnóstwo rzeczy, grałem u wspaniałych reżyserów. Do tego, co robiłem, podchodziłem raczej bez napięcia. Wiedziałem, że potrafię grać – mówi. Potem przytrafił się Bond. – Przy tej roli obowiązuje dużo rygorów. Grasz bardzo specy czną postać, wszyscy na ciebie patrzą pod tym kątem i nagle przychodzi myśl: „To przecież nie ja”. Dlatego ciągle czułem, że muszę pokazać, że robię też inne rzeczy.
Ale ostatnio postanowił, że przestanie się tym przejmować. Podczas zdjęć do „Spectre”, jak mówi, uspokoił się. – Pomyślałem sobie: „ Jestem Jamesem Bondem, do kurwy nędzy. I będę grał Bonda”. Fakt, to nie jest najgorsze położenie. Wciąż mnie pytano: „Nie obawiasz się, że zostaniesz zaszufladkowany?”. No i co z tego? Pogadajmy lepiej o czymś poważniejszym. 

W każdym razie jego przerwa od kina nie była spowodowana tym, że nikt go nie chciał zaangażować. Więc gdzie był przez cały ten czas? – Mamy dom na wsi, w stanie Nowy Jork. Tam jest się czym zająć. Czytam, robię beznadziejne zdjęcia. Wychodzi może jedno na tysiąc. 

W domu ma swój gabinet. – Raz na dzień się tam zamykam, żeby przez pół godzinki poszperać w internecie. Wykańczające! – śmieje się. Umniejsza swoje zasługi. W rzeczywistości pracował nad „Spectre” nieregularnie przez dwa lata, a przez ostatnie pół roku codziennie. 

Teraz trochę odpocznie, ale bez przesady – z całą pewnością nie przestanie występować. Przyrzekł sobie, że będzie wykazywał trochę więcej inicjatywy w związku ze swoją pracą. Przez ostatni rok, oglądając lmy, czasami łapał się na myśli: „Matko, chciałbym poznać tego reżysera”. Następna myśl: „Ale przecież mogę!”. Mówi, że na razie nie zaprząta sobie głowy planami na najbliższe kilka miesięcy, a już na pewno nie myśli teraz o kolejnym Bondzie. 

Czego mu będzie najbardziej brakowało, gdy definitywnie skończy przygodę z Bondem? – Pracy nad filmem, tylko tego. Wiesz, to może zabrzmi okropnie, ale dzięki temu zostałem majętnym człowiekiem. Mogę sobie pozwolić na wygodne życie. Mogę zadbać o rodzinę. Ale to wszystko inne, co się z tym wiąże... – milknie na chwilę. – Marzę o dniu, kiedy wejdę do pubu i ktoś powie: „O, popatrz, Daniel Craig”, a potem zostawi mnie w spokoju. 

Gdyby wszedł do pubu teraz, ludzie najpierw zobaczyliby Jamesa Bonda, potem dopiero Daniela Craiga. I na pewno nie zostawiliby go w spokoju. 

 

Rozmawiał Alex Bilmes. Tekst ukazał się w Esquire (nr 5/2015)

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie