"Praca pisarza sprowadza się do tego, by zamknąć się w pokoju, pochylić nad klawiaturą i tkwić w tej pozie"
AKPA

"Praca pisarza sprowadza się do tego, by zamknąć się w pokoju, pochylić nad klawiaturą i tkwić w tej pozie"

Remigiusz Mróz pisze więcej niż jakikolwiek inny autor w Polsce. Jego książki okupują listy bestsellerów, ale to mu nie wystarcza. Niebawem jego kryminały mają czytać Anglicy i Amerykanie.
02.03.2018

Nie mylą ci się własne postaci i powieści?

Nie, bo ze wszystkimi jestem emocjonalnie związany. Bohaterowie i wydarzenia z książek żyją w głowie pisarza na długo po tym, jak postawi ostatnią kropkę. Niektóre postacie latami nie dają mi spokoju, nawet jeśli ich historia w pewnym momencie wydawała mi się zakończona. Tak było w przypadku Wiktora Forsta - miałem przekonanie, że trylogia to zamknięta koncepcja, w której ramach powiedziałem już wszystko, co miałem do przekazania na temat komisarza. Tymczasem właśnie redaguję piątą część i dopiero teraz widzę, że stawiam ostatnią kropkę w długim zdaniu, które rozpocząłem w pierwszym tomie.

Wydajesz aż trzy powieści rocznie – jak ty to robisz?

Siadam i piszę. A poważnie - trzymam się kilku zasad. Zaczynam pracę około dziewiątej, a o czternastej robię przerwę. Przez ten czas zazwyczaj piszę kilkanaście stron. Potem idę biegać. Pokonuję około piętnastu, siedemnastu kilometrów, a kiedy wracam, jem obiad i oglądam jakiś dobry serial. Później wracam do pisania, zaczynam drugą turę. Trwa ona od osiemnastej do dwudziestej trzeciej trzydzieści. Wtedy nie narzucam już sobie minimum objętościowego. Ile napiszę, tyle napiszę. Dzień kończę zazwyczaj lekturą jakiejś książki, tak się relaksuję. Jeśli trzymasz się tego schematu, możesz wydawać kilka książek rocznie. 

Nie boisz się, że w pewnym momencie zaczniesz powielać pomysły? Masz zabójcze tempo produkcyjne.

Taki strach musiałby być podszyty jakiegoś rodzaju niemocą warsztatową – każdy pisarz chce się rozwijać, bo jest to wpisane w definicję jego pracy. Jeśli tego nie robi i zaczyna powielać samego siebie, pisanie właściwie traci sens, bo autor sam pozbawia się przyjemności płynącej z tworzenia nowych opowieści. Jeśli ma się pisarski instynkt samozachowawczy, będzie się robić wszystko, by nie popaść w rutynę.

Pomówmy o tempie produkcyjnym. To jeszcze literatura czy już produkt? James Patterson, czyli największa fabryka bestsellerów na świecie, już nie oszukuje czytelników i otwarcie mówi, że nie wydaje, a produkuje książki.

Patterson ma zastępy pisarzy, którym przedstawia tylko zarys swoich historii, a oni przekładają je na kolejne powieści. Sprzedało się ich już przeszło trzysta milionów, więc niewątpliwie są czytelnicy, którym to odpowiada. Nie chciałbym tego w żaden sposób wartościować, więc powiem tylko, że ja nie jestem w stanie przeczytać więcej niż kilka stron. Patterson robi jednak wiele dla literatury, niekoniecznie swoim pisarstwem - chyba nikt jeszcze nie wydał tyle na wsparcie bibliotek, niezależnych księgarni i akcji promujących czytelnictwo. 

W Polsce mówi się o niskim czytelnictwie, podczas kiedy na świecie już dawno temu za promocję czytania zabrali się właśnie pisarze. Nie myślałeś, żeby zorganizować akcję promocji czytania, opartą na twoim nazwisku? 

Najlepszą akcją promowania czytelnictwa jest w moim przekonaniu wydawanie ciekawych książek - i na tym polu radzimy sobie coraz lepiej. Pewnie, po roku 1989 musieliśmy wszystkiego nauczyć się od podstaw, ale spójrz na listy książkowych bestsellerów - zaczęli królować na nich Polacy! Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że będę miał na polskim rynku większe nakłady od Stephena Kinga, a pierwszy druk nowej powieści będzie taki, jak przy arcykomercyjnych hitach Dana Browna, delikatnie zasugerowałbym, by taka osoba puknęła się w czoło. Sytuacja zmienia się z dnia na dzień, coraz więcej osób czyta w tramwajach, autobusach, na przystankach. To widać gołym okiem. 

W 2013 roku wydałeś pierwszą powieść. Rzuciłeś studia na warszawskiej uczelni po to, by zostać pisarzem, choć twoja pierwsza powieść nie sprzedała się zbyt dobrze. 

„Wieża milczenia” nie miała żadnego wsparcia marketingowego ze strony wydawcy. Nic się z nią nie działo, ale właśnie wtedy pomyślałem sobie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, że muszę zrobić wszystko, aby doprowadzić do momentu, w którym to się zmieni. Zostawiłem studia, wyprowadziłem się z Warszawy i postawiłem wszystko na jedną kartę. Trochę to trwało, ale dzisiaj mogę powiedzieć, że utrzymuję się tylko z pisania.

Twoja powieść podobno ma ukazać się po angielsku. To prawda?

Tak, „Nieodnaleziona” prawdopodob- nie w przyszłym roku wejdzie na rynki zagraniczne. Mieliśmy pewną zagwozdkę z przekładami na niektóre języki, bo zwyczajnie brakowało tłumaczy specjalizujących się w wysokonakładowych kryminałach. O ile można znaleźć Brytyjczyka czy Niemca z odpowiednim warsztatem, by przełożyć bezpośrednio z polskiego, o tyle w wielu innych przypadkach nie jest tak łatwo. Prawdopodobnie dogadamy się z amerykańskim lub brytyjskim wydawcą, by ich przekład stanowił bazę dla innych. 

Trudno się przebić przez masę kryminałów anglojęzycznych? Wydawcy wbrew pozorom niekoniecznie chcą inwestować w polskich autorów. Książki Katarzyny Bondy miały zostać wydane w Wielkiej Brytanii, ale po tym, jak wydawca nie otrzymał dofinansowania na tłumaczenie, projekt został zawieszony. Jak było w twoim przypadku?

Podszedłem do tego mniej więcej tak, jak zrobiłby to Amerykanin czy Brytyjczyk - czyli zacząłem od znalezienia agenta. Napisałem „Nieodnalezioną” po polsku, następnie zleciłem tłumaczenie, a potem zabrałem się do poszukiwań. Nie spodziewałem się wielkiego odzewu, bo w literaturze gatunkowej rzeczywiście przebijamy się z trudem, ale rezultaty przerosły moje najśmielsze marzenia i pojawiły się właściwie z dnia na dzień. Agencje zaczęły przysyłać konkurencyjne oferty, a ja w końcu stanąłem przed dość surrealistycznym wyborem spośród kilkunastu dużych, międzynarodowych podmiotów. Ostatecznie zawęziłem go do trzech: agenta J.K. Rowling, agencji Curtis Brown i Madeleine Milburn. Postawiłem na Maddy, bo swoją determinacją i energią zrobiła na mnie największe wrażenie, a oprócz tego wypromowała na świecie wiele nowych gwiazd literatury kryminalnej. Zna doskonale rynek, współpracuje z Hollywood, a co najważniejsze, naprawdę wierzy w to, że przyszedł czas, by polskie kryminały powtórzyły globalny sukces skandynawskich.

Sukces kryminałów ze szwecji czy Norwegii to ponad cztery dekady pracy u podstaw i specyfika regionalno-polityczna. Co twoim zdaniem wyróżnia polski kryminał na świecie?

A właściwie co wyróżnia skandynawski? Powieści Jo Nesbø nie mają wiele wspólnego z książkami Hakana Nessera; i te, i te znajdują się na przeciwnym biegunie niż historie Camilli Läckberg. Henning Mankell to też całkowicie odmienny klimat, Michael Hjorth i Hans Rosenfeldt tworzą jeszcze coś innego. Koniec końców otrzymujemy bogatą mozaikę bez jednego spoiwa - kryminał skandynawski to więc w pewnym sensie pojęcie umowne. I mam przekonanie, że tak może się stać także w przypadku polskich pisarzy kryminałów. Każdy z nas pisze inaczej, porusza się na innym podwórku i oferuje czytelnikowi coś odmiennego - ale mam nadzieję, że podobnie jak w przypadku Skandynawów, wyrobimy sobie taką markę, by informacja „nowy polski kryminał” stanowił nie tyle opis gatunku, ile wyznacznik jakości.

Co sobie obiecujesz?

Ciekawą przygodę! Z natury nie popadam w hurraoptymizm, zazwyczaj po prostu robię swoje i czekam na efekty. To trochę jak z pisaniem powieści - nie skupiasz się na ostatecznym rezultacie, ale na każdym zdaniu, które trzeba wymodelować, każdej stro- nie, którą trzeba zapełnić i tak dalej. Małymi krokami przed siebie.

Wywiad przeprowadził Robert Ziębiński

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze Esquire'a (02/2018)

 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie