Lodowi wojownicy
Zumba Press/Forum

Lodowi wojownicy

Himalaje zimą to jedno z najbardziej nieprzyjaznych człowiekowi miejsc na ziemi. W takich warunkach nic nie ma prawa żyć. Polscy wspinacze udowadniają jednak, że dla nich w górach niemożliwe nie istnieje.
05.03.2018

Przez kilka dni zyła tym cała Polska – Elisabeth Revol i Tomasz Mackiewicz, dwoje wspinaczy uwięzionych pod kopułą ośmiotysięcznika Nanga Parbat w pakistańskiej części Himalajów oraz czworo polskich himalaistów, którzy zdążali im na pomoc. Wsród nich dwaj najszybsi - Adam Bielecki i Denis Urubko, uczestnicy polskiej zimowej wyprawy na K2. 27 stycznia po południu pakistański śmigłowiec wysadził Polaków na wysokosci 4800 metrów. Revol i Mackiewicz byli około dwa i pół tysiąca metrów wyżej, resztę dystansu ratownicy musieli pokonać o własnych siłach. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów, akcja ratowania miała potrwac całą noc. Tymczasem Polacy dotarli do Francuzki o 2 w nocy, zaoszczędzili 8 godzin. Pokonali tysiąc metrów pionowych ścian, walcząc z huraganowym wiatrem i paraliżującym mrozem. To zostało odnotowane przez wszystkie media na świecie. Walkę Polaków o życie wspinaczy uwięzionych na Nanga Parbat relacjonowano jak wydarzenie sportowe. Elisabeth Revol udało się bezpiecznie sprowadzić na dół, Mackiewicz został w Himalajach na zawsze.

W ten sposób w ciągu zaledwie kilkunastu godzin uczestnicy Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 zyskali sławę porównywalną z tą, która przypada największym gwiazdom polskiego sportu. Wirtualnie przyznano im wiele tytułów. Himalaizm trafił dzięki temu pod strzechy, a Polacy na nowo odkryli fascynujący świat wysokogórskiej wspinaczki. Tak jak trzy dekady temu, w czasach, gdy ośmiotysięczniki szturmowali ludzie z pokolenia śmiałków, któremu nadano określenie „lodowi wojownicy” - tacy jak Kukuczka, Wielicki, Cichy, Czok, Gajewski, Berbeka, Pawlikowski czy inni. W taki sposób polscy kibice załapali sie na schyłek tej niezwykłej dyscypliny sportu, która stała się polską specjalnością, a która niebawem całkowicie straci sens.

Jak narodził się mit

Dzisiejszy himalaizm z tamtym sprzed lat tak niewiele łączy. Jeśli spojrzeć na wielkich poprzedników Adama Bieleckiego, to przy obecnych herosach wspinaczki wygladają jak szaleni łowcy przygód. 35-latek z Tychów, magister psychologii, nazywany „cyborgiem” albo „maszyna do wspinania”, ma trenera przygotowania fizycznego, dietetyka, agenta i PR-owca. Góry zdobywa z podpiętym mikrofonem oraz kamerką na kasku. Stał sie jednoosobowym przedsiębiorstwem z rozbudowanym działem marketingu. Podczas akcji ratunkowej pod Nanga Parbat każdy jego krok śledziło kilkaset tysięcy osób na całym swiecie. Tymczasem wystarczy rzut oka na zdjęcia z czasów Kukuczki czy Wielickiego, by dostrzec różnice. Tamci mieli buty z fabryki w Krośnie, ledwie dopasowane do raków, a na twarzach maseczki zrobione ze szmatek, do tego okulary spawalnicze albo zwykłe narciarskie gogle. Ale to właśnie do sukcesów tamtego niezwykłego pokolenia dzisiaj nawiązują Adam Bielecki, Denis Urubko, Janusz Gołąb czy Artur Małek – ci, którzy biorą udział w trwającej właśnie wyprawie na K2. Chcą zdobyć tę górę zimą, w ten sposób zamkną symboliczną klamrą to, co Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki rozpoczęli 38 lat temu, gdy 17 lutego 1980 roku wspólnie stanęli, jako pierwsi ludzie, zimą na szczycie Mount Everestu. Tak narodził sie mit „lodowych wojowników”.

Czy nas słyszycie?

Nagranie z połączenia z bazą zaraz po wejściu Wielickiego i Cichego na najwyższy szczyt świata przechowywane jest jak relikwia przez uczestników tamtej wyprawy. Wszyscy zobowiązali się, że nigdy go nie wyemitują w mediach, ale każdy ma prawo wykorzystywać je publicznie dla własnych celów. To nagranie, które wciąż przyciąga tłumy na zloty miłośników wspinaczki:

Andrzej Zawada: Halo, baza! Leszek! Leszek! Krzysztof! Odbiór!

Leszek Cichy: Czy nas słyszycie? Czy nas słyszycie? Odbiór!

Zawada: Nie słyszę, powtórz, powtórz, gdzie jesteście? Odbiór!

Cichy: Na szczycie Everestu, na szczycie! Zimą, zimą! Polacy!

Pełne emocji nagranie trwa około dwóch minut. Zawada, legenda polskiego himalaizmu, kierujący wyprawą, upewnia się, że na szczycie znajduje się „triangul chiński”, co efektownie brzmi, a w rzeczywistości chodzi o trzy powyginane, wbite w podłoże rurki od namiotu, które pozostawiła poprzednia wyprawa. Jest jeszcze kartka, którą zostawił Ray Genet. Amerykanin z Alaski wszedł latem na Everest, ale zmarł podczas próby zejścia. Na kartce widniał napis: „Jeśli chcesz się dobrze zabawić, zadzwoń do Pat Rucker 274-2602 Anchorage, Alaska, USA”. Można przyjąć, że był to kontakt do prostytutki.

Drogi do sławy

Leszek Cichy, gdy go o to pytam, śmieje się, że w pewnym sensie Polacy stworzyli na swoje potrzeby własną dyscyplinę sportu. Gonili w himalaizmie pociąg, który dawno odjechał. I dogonili. Pierwszy wyzwanie rzucił Jerzy Warteresiewicz, polski alpinista, który w 1966 roku, w jednym z numerów magazynu „Taternik”, w artykule zatytułowanym „Himalaje z nami czy bez nas?” wezwał do poszukiwania nowych dróg w eksploracji najwyższych gór na Ziemi. - Lata 50. i 60. to była walka o ośmiotysięczniki. Nie wzięliśmy udziału w tej rywalizacji. W związku z tym pojawił się pomysł, by zdobywać najwyższe szczyty, które jeszcze nie zostały zdobyte - wspomina dzisiaj Leszek Cichy. - Kolejny pomysł był taki, by zdobywać tak zwane szczyty boczne. Przykładem może być Broad Peak. Jego główny szczyt ma 8051 metrów nad poziomem morza, a tak zwany Broad Peak środkowy, w zasadzie samodzielna góra, zresztą trudniejsza do zdobycia, 8011 metrów. I to właśnie Polacy zdobyli ten szczyt jako pierwsi. Kanczendzonga z kolei ma pięć szczytów. Na trzy z nich jako pierwsi weszli polscy himalaiści - mówi Cichy.

Tak zdobywano sławę. Tyle że wciąż było coś, co porównać można do wygrywania dodatkowych klasyfikacji, stworzonych nieco sztucznie. Kolejny pomysł rzucił Wojciech Kurtyka - trzeba zdobywać ośmiotysięczniki, ale nowymi trasami. To także udało się zrealizować polskim himalaistom. Potem poziom trudności podniósł Andrzej Zawada, nestor polskiej wspinaczki. To on jako pierwszy zaproponował, by zdobywać ośmiotysięczniki zimą. To brzmiało jak pomysł na pograniczu szaleństwa.

Jeśli nie my, to kto?

Edmund Hilary, człowiek, który jako pierwszy postawił stopę na szczycie Everestu, stwierdził, że nie wyobraża sobie życia w Himalajach zimą powyżej siedmiu tysięcy metrów. I to przekonanie przetrwało wiele lat. Zawada uparł się, chciał udowodnić, że to nieprawda. 13 lutego 1973 roku, wraz z Tadeuszem Piotrowskim, stanął na szczycie Noszaka w Hindukuszu, szczytu liczącego prawie 7500 metrów nad poziomem morza. Było to przedsięwzięcie rewolucyjne. Obaj wspinacze nie mieli pojęcia, czego dokonali. Gdy o 23:20 dotarli na szczyt góry, Zawada ułożył tam z kamyków napis: „Winter 1973”.

W książce zatytułowanej „Noszak -50” napisał potem: „Złożyłem kolegom lakoniczny meldunek: Noszak zrobiony. Wtedy uświadomiłem sobie, że te dwa słowa oznaczają rekord świata i nowy etap w himalaizmie”.

Od tej pory nic nie było już takie samo. Zdobycie szczytu przy temperaturze sięgającej minus 50 stopni Celsjusza było czymś do tej pory niespotykanym. Ale przecież do zimowego wejścia na Mount Everest pozostało jeszcze siedem lat! Ciekawe, że to, co dla pokolenia Andrzeja Zawady było zwieńczeniem pewnej drogi we wspinaczce, dla młodszych, takich jak Krzysztof Wielicki, Leszek Cichy czy Maciej Berbeka stanie się początkiem nowych wyzwań. W połowie lat 70. w Nepalu i Pakistanie nie było jeszcze uregulowań dotyczących wspinaczki w sezonie zimowym. Dlaczego właśnie Mount Everest?

Zawada wyjaśniał to półżartem: - Zdobycie zimą ośmiotysięcznika jest mało prawdopodobne. Jeśli mamy taką historyczną wyprawę, to wejdźmy chociaż na najwyższy szczyt. Przynajmniej będzie o nas głośno.

To fragment reportażu autorstwa Marka Wawrzynowskiego (dziennikarza WP), który ukazał się w najnowszym numerze Esquire'a (02/2018)

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie