"Harmonia kontrastów" Emilii Clarke
Reuters/Forum

"Harmonia kontrastów" Emilii Clarke

Niewiniątko i bestia. Piękność i szara mysz. Gwiazda i zwykła dziewczyna.
08.03.2018

Podczas studiów pracowałem w lodziarni George & Davis w Oxfordzie. Zaglądali tam uczniowie Teddies, jednej z prywatnych szkół przy tej samej ulicy. Dziś dowiedziałem się, że pewnie była w ich gronie i Emilia Clarke, ale z żalem przyznaję, że nie pamiętam jej z dawnych czasów. Teraz ma dwadzieścia osiem lat, jest gwiazdą serialu „Gra o Tron”, została matką – nie tylko smoków, ale i Johna Connora w najnowszym filmie o Terminatorze – a także najseksowniejszą kobietą „Esquire". Jest sobota. Miałem pójść z dziećmi do Legolandu, ale muszę zrobić wywiad z Emilią. Taksówka podwozi mnie pod jej dom w londyńskiej dzielnicy Hampstead. Dawniej mieszkali tu naukowcy i pisarze. Teraz na tę miejscówkę stać tylko bankowców, prawników i gwiazdy filmowe, a na ulicach słyszy się amerykański akcent. Dom Emilii jest częścią ciągu pięknych budynków szeregowych w stylu georgiańskim, z trawnikami od frontu, murami w pastelowych kolorach i wielkimi oknami. Po przeciwnej stronie ulicy rozciąga się park Hampstead Heath - 320 hektarów wzgórz, żywopłotów i sielskich widoków niemal w środku Londynu.

Pogoda – typowy dla Anglii letni dzień. Poprzedniej nocy spadł deszcz, a i wieczorem pewnie jeszcze pokropi, ale w porze lunchu następuje chwilowe rześkie „zawieszenie broni”; niebo, mimo powłoki chmur, jest jasne. Emilia wychodzi na próg, żeby mnie przywitać - brzęczyk domofonu nie działa i aktorka przepraszającym tonem instruuje mnie, jak otworzyć oporną furtkę. Ma na sobie ciemne dżinsy, kowbojskie botki i kaszmirowy sweterek. Miękki jak chmurka i w kolorze chmurki.

- Przepraszam, że się tak drę. Wczoraj byłam na koncercie Metalliki. Jak się okazuje, członkowie zespołu są wiernymi fanami „Gry o tron” i przekazali aktorom serialu kilka darmowych biletów. Jeśli się jest Emilią Clarke, takie rzeczy zdarzają się regularnie. W zeszłym miesiącu w ramach kampanii promocyjnej nowego „Terminatora” (ukazał się już na DVD) odwiedziła z Arnoldem Schwarzeneggerem strefę zdemilitaryzowaną między Koreą Północną a Południową. Dziś z kolei będzie spędzać czas w towarzystwie bladego, wątłego Teksańczyka w średnim wieku, którego dotąd nie znała – wybieramy się razem do Crystal Palace, by wziąć udział w grze terenowej pod nazwą „Game of Phones”, nawiązującej do „Gry o tron” zabawie w poszukiwanie skarbów. Organizuje ją platforma społecznościowa Thinking Bob, kierująca ofertę do osób, które chcą nawiązać nowe znajomości w obcym mieście.

O ile się orientuję, Emilia zupełnie nie potrzebuje nowych znajomości. Jest też obawa, że może zostać oblężona przez tłum, dlatego idzie w przebraniu. Ja mam zapewnić kostium i być częścią mistyfikacji. A w razie czego, ochroniarzem. 

 

Post udostępniony przez @emilia_clarke

Herbata to podstawa

Anglicy, kiedy coś ich niepokoi i rozstraja, przede wszystkim zaparzają herbatę. Emilia proponuje mi filiżankę.
Patrząc na wnętrze jej domu, ma się wrażenie, że mieszka tu ktoś znacznie starszy niż ona – to dom dla dużej rodziny, ale ma tylko jedną młodą lokatorkę. Na piętrze jest luksusowy salon, trochę na pokaz, oszczędnie umeblowany. Jest kanapa pod oknem, a nad kominkiem półka z książkami (dostrzegam najnowszą powieść Colma Tóibína) i oryginalnym pod względem formy, prawdopodobnie dość kosztowym, wazonem. Prawdziwe życie w takich domach toczy się na dole, w kuchni mieszczącej się w podpiwniczeniu, gdzie dawniej krzątała się służba. To właśnie tam prowadzi mnie Emilia.

Widać, że niedawno coś gotowała. W miejscu dawnego komina stoi duży żeliwny piec, a na blacie leży otwarta książka kucharska ze świeżymi śladami jakichś składników. Zauważam przy okazji, że Emilia robi własną granolę, którą trzyma w wysokim słoju na przetwory.

Herbaty ma pod dostatkiem. Otwiera szafkę, wysuwa szufladę – okazuje się, że są po brzegi wypełnione rozmaitymi gatunkami i mieszankami.

- Jaką pan pije? W mojej rodzinie zawsze spieramy się o kolejność nalewania. Ja wolę mleko najpierw.

Ojciec Emilii urodził się w rodzinie robotniczej w Wolverhampton, przygnębiającym mieście przemysłowym w pobliżu Birmingham. Za wszelką cenę chciał się stamtąd wyrwać i zaczął jeździć w trasy z zespołami jako pracownik techniczny. Potem pracował jako dźwiękowiec przy kilku wysokobudżetowych musicalach w Londynie. Matka skończyła szkołę dla sekretarek i była najwyraźniej ambitna, bo założyła własną firmę, a teraz jest dyrektorką działu marketingu. Świadomie czy nie, rodzice Emilii wciągali swoje dzieci na coraz wyższe szczeble angielskiej drabiny społecznej.

- Ale to nie oni wysłali mnie do szkoły z internatem – mówi Emilia.

- Sama tego chciałam. Mój brat [dwa lata starszy] już się tam uczył, a mnie
się podobali jego koledzy

- Poderwałaś któregoś?

- Jasne.

"Potrafi przejść błyskawicznie od sentymentalizmu do wściekłości"

Emilia Clarke z zadziwiającą łatwością zmienia ton, tempo i nastrój. Wykorzystuje to także w aktorstwie. Potrafi błyskawicznie przejść od sentymentalizmu do wściekłości, od wściekłości do komizmu. Jeśli chce, wszystko to maluje się na jej ruchliwej twarzy – ma fantastyczną
mimikę. W tych zmianach nastroju rolę odgrywa też wymowa. Na co dzień mówi z lekko wytwornym akcentem osoby „dobrze wychowanej”, ale świetnie naśladuje inne, północnoangielski czy amerykański, dla żartu lub kiedy coś opowiada. Potrafi też naśladować wymowę z Wolverhampton, mimo że jej ojciec od dawna już tak nie mówi.

Kiedy miała trzy lata, rodzice zabrali ją na przedstawienie „Show Boat” (ojciec był w ekipie technicznej) i podobno to właśnie wtedy zakochała się w teatrze i postanowiła, że zostanie aktorką. Ale lubiła też być w centrum uwagi. I grać w gry. Zwłaszcza gdy wygrywała.

- A skoro tata był w branży… – sugeruję , ale Emilia potrząsa głową.

- Ojciec pracował w ekipie technicznej, nie w obsadzie, a to naprawdę przepaść. Ściągał mnie na ziemię, tłumaczył, że z tego nie da się wyżyć. Straszył, że jedyna rola, jakiej się będę musiała nauczyć to: „A może frytki do tego?”. 

Jak się okazało, jego pesymistyczne wizje się nie spełniły. 

Przyniosłem na to spotkanie trzy przebrania do wyboru: brązową filcową fedorę, której nie nosiłem od czasów college’u, błyszczący szal w etniczne wzory i jasnoniebieską czapkę koszykarskiej drużyny Oklahoma City Thunder (mieszkam teraz w Londynie, ale pochodzę z Austin i koszykarz Kevin Durant jest moim idolem). Emilia decyduje się na czapkę i stare okulary przeciwsłoneczne mojej żony, w szylkretowej oprawie, szpiczasto zakończone. Jest nie do rozpoznania. I wygląda świetnie.

W taksówce Emilia wyjaśnia, że w Drama Centre, gdzie studiowała, nie była niczyją faworytką, natomiast ciężko pracowała – była po prostu „entuzjastką”. Po skończeniu studiów wystąpiła w kilku odcinkach brytyjskiej opery mydlanej „Doctors” i zagrała w jakimś filmie telewizyjnym dla kanału Scifi, którego jak dotąd nawet nie obejrzała. Mieszkała wtedy z przyjaciółkami i pracowała w trzech miejscach, w barze, w call center i… – to trzecie już przemilcza. Mówi natomiast, że kiedyś jej przyjaciółka weszła niespodziewanie do pokoju i zobaczyła jej minę w chwili, kiedy sądziła, że nikt nie patrzy. Był to grymas najwyższego niezadowolenia, bo Emilia dała sobie rok na odniesienie sukcesu w aktorstwie i nie udało się. 

 

Post udostępniony przez @emilia_clarke

"Nie poszłabyś na casting do Gry o Tron?"

I nagle pewnego dnia zadzwonił agent z pytaniem: „Nie poszłabyś na casting do „Gry o Tron?”. Pilotażowy odcinek serialu był już wtedy gotowy, ale nikogo nie zachwycił. I żeby uratować produkcję, telewizja HBO zaczęła szukać nowej obsady. I tu wkroczyła Emilia.

- Mój agent poszedł do dyrektora castingu i powiedział: „Wiem, że szukacie wysokiej, smukłej blondynki, a Emilia jest niska, okrągła i ciemnowłosa, ale chciałbym, żeby pan sam ją zobaczył”.

- Miałam dwie sceny, które nic mi nie mówiły i za mało czasu, by przeczytać książki George’a R.R. Martina – mówi Emilia. – Zrobiłam więc to, co robią wszyscy dobrzy aktorzy i poszperałam w Wikipedii.

- A teraz masz już pojęcie, czego od ciebie oczekiwano?

- Tak. Stworzenia bohaterki, która w ciągu jednego sezonu na oczach widzów osiągnie dojrzałość, która potrafi zmobilizować siły i okazać wrażliwość. Po prostu spójnie zarysowanej postaci.

W pewnym momencie serial odpalił i okazało się, że Emilia gra jedną z nielicznych postaci, których nie można uśmiercić. Jest w końcu Matką Smoków.

Zdołała w naturalny sposób połączyć przeciwności: słodycz i nieugiętość, wrażliwość i chłodną władczość. Te kontrasty wyjaśniają też jej seksapil. Potrafi zagrać królową i młodszą siostrę, kumpelkę i dominę.

Crystal Palace nie jest pałacem w ścisłym sensie, raczej spokojnym zaułkiem za jedną z londyńskich stacji kolejowych. Przy wejściu do parku czeka grupa lekko zmarzniętych ludzi. Ktoś trzyma pęk sztandarów na kijach. Podchodzimy bliżej i widzimy logo GAME OF PHONES. Emilia wkłada przebranie – czapkę z daszkiem i okulary. Zaczyna mówić z amerykańskim akcentem. Postanawiamy, że będzie się nazywała Lilly. 

Ludzie dzielą się na drużyny. To, co potem następuje, wydaje się dziecinne i przypomina amatorski teatr, ale bawimy się zaskakująco dobrze. Ktoś w stroju zrobionym z siatek na zakupy, z maską na twarzy, głosem czarnego charakteru ogłasza nam cel misji: „Krainą na wschodzie włada Lord Anchovy, znany jako Mroczny Król”.

Musimy odnaleźć zdemolowaną budkę telefoniczną, w której kryje się pierwszy trop – nazwa mitycznego zwierzęcia, wyryta obok numeru telefonu. Posłusznie ruszamy całą drużyną przez park w południowym Londynie, pustawy mimo dnia wolnego od pracy. 

Powoli dociera do nas, że nikt w naszej drużynie nie ogląda „Gry o tron”, ale to i tak bardzo mili ludzie. Jest z nami dyrektor marketingu w firmie organizującej rejsy po Tamizie. Ma około pięćdziesiątki i, jak mi się zdaje, to jeden z tych mężczyzn, którzy w weekendy zawsze chodzą w szortach i sandałach, niezależnie od pogody. Kolejna osoba to tancerka rewiowa, absolwentka Cambridge, która dorabia, udzielając dzieciakom lekcji z najróżniejszych dziedzin – włącznie z rękodziełem z koralików.

I wreszcie Emilia Clarke, której kostium, jak już zdążyła się zorientować, nie jest wcale potrzebny. Nie sposób w niej rozpoznać groźnej Daenerys – uroczej młodej królowej o blond włosach, która w każdej chwili może na ciebie wydać wyrok. Tutaj, bez peruki, w otoczeniu obcych ludzi w średnim wieku, jest po prostu atrakcyjną kobietą w (bardzo dziwacznym) tłumie. 

Mimo to nie rezygnuje z kamuflażu. Akcent Lilly jest doskonały – wyluzowana, przyjazna, nieco pusta mieszkanka Manhattanu. Nie wiadomo tylko, dlaczego w chłodny, deszczowy dzień paraduje w czapce Oklahoma City Thunder i ciemnych okularach w szylkretowej oprawie. Gdy widzę, jak Lilly wchodzi na żwirową ścieżkę, lekko utykając w kowbojskich butach na grubej podeszwie, nagle robi mi się jej żal, bo wiem, że prawdziwa Emilia dopiero co wyzdrowiała po złamaniu kości biodrowej (spowodowanym upadkiem podczas promocji „Terminatora”). Coś we mnie domaga się, żeby odwołać całą tę imprezę.

Ale Emilia (nie Lilly) chce wygrać. W pobliżu placu zabaw dostrzega starą budkę telefoniczną: czerwona, w typowo angielskim stylu, teraz - w epoce smartfonów - opuszczona, pokryta graffiti i zamknięta na klucz. Tancerka rewiowa próbuje oświetlić brudną ścianę komórką przez szybę, ale nie widać poszukiwanej wskazówki. Emilia też próbuje, swoim telefonem. „Jednorożec!” – krzyczy. To hasło, które trzeba dostarczyć Lordowi Anchovy przy „wielkim dzwonie, świątyni
Boga smutków…”. 

Według mojej teorii gwiazdy filmowe (przynajmniej niektóre), odnoszą wielki sukces częściowo dlatego, że coś sobą symbolizują. Tom Cruise jest typowym amerykańskim dzieciakiem z biednej rodziny, który próbuje się dorobić. Jego pełen samozachwytu uśmiech jest jednocześnie uwodzeniem i pokazaniem środkowego palca. To taki facet, który przyjmuje zakłady podczas firmowych zawodów softballu, ale nie chce wypłacać wygranych.

 

Post udostępniony przez @emilia_clarke

Drobna, seksowna i zabawna

Natomiast Emilia ma w sobie autentyczny urok pewnego typu angielskiego wychowania. „Żywa torpeda”, jak o niej mówi pewien mój znajomy. Drobna, seksowna, pełna werwy i niezwykle zabawna. Przesympatyczna, ale jest to zasługa pewnego zestawu cech, całej postawy życiowej. 

Czasami trzeba zakasać rękawy, ubrudzić ręce i cały czas się uśmiechać. Robić dobrą minę do złej gry. Na przykład kiedy urządzamy letni piknik, a na plaży jest więcej błota niż piasku, bo pada deszcz, i nie ma gdzie usiąść. Wszyscy marzną, ale otwieracie butelkę szampana i nie marudzicie. I nie tylko nie marudzicie, ale faktycznie bawicie się świetnie, bo przecież macie poczucie humoru.

Albo wtedy, gdy ktoś cię wyciąga z domu na zabawę w poszukiwanie skarbów w Crystal Palace, w przebraniu, które nie jest ci potrzebne. Włączasz się w grę i robisz wszystko, by zwyciężyć. Nie traktujesz siebie do końca serio – i to są wszystko ujmujące cechy. Emilia ma ich całe mnóstwo.

W trakcie zabawy nasz dyrektor marketingu zaczyna opowiadać coś o „Grze o tron”. W jednej z gazet przeczytał o ojcu, który dowiedział się, że jego córka właśnie dostała rolę w serialu. Był dumny i podekscytowany, dopóki nie zobaczył kilku pierwszych scenariuszy i nie dowiedział się, co będzie musiała robić: nagie sceny i mnóstwo seksu. A może nawet scena gwałtu.

- Ale to nie porno, to HBO – wtrąca się ktoś. 

Nie wiem, co teraz myśli Emilia-Lilly. Ale ja też znam tę historię. „Praca przy pierwszych odcinkach była dla mnie niezwykle trudna” – powiedziała mi w taksówce. W wielu scenach musiała pokazać przed kamerą nagie ciało, musiała zagrać scenę gwałtu, a miała zaledwie dwadzieścia trzy lata. Jej bohaterka cierpiała i ona cierpiała razem z nią. „W końcu musiałam chwilę odetchnąć. Powiedziałam, że idę napić się herbaty, popłakałam sobie i byłam gotowa do następnej sceny”. 

Lilly waha się przez chwilę.

- To musi być głupie uczucie – mówi po chwili. 

Przy pożegnaniu Emilia postanawia, że nie zdradzi reszcie drużyny, kim jest – mówi mi, że i tak by nie wiedzieli, o kogo chodzi. I, jak widać, wcale jej to nie przeszkadza.

- Staram się z całej siły, żeby mi nie odbiło – mówi mi później w pubie. 

Pamięta przecież doskonale, jak pracowała w call center. Jak ojciec ostrzegał ją, że będzie całe życie smażyła frytki. Pamięta swoje życie, zanim się stała rozpoznawalna. 

Kumpelka i domina. Młodsza siostra i królowa seksu. Gwiazda filmowa, która w prawdziwym życiu gra anonimową, zabawną piękność. Oto harmonia przeciwieństw w wydaniu Emilii Clarke, kobiety, którą podziwiamy.

Tekst ukazał się w magazynie Esquire (01/2016) Autor: Benjamin Markovits

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie