Era blogera: influencerzy w świecie męskiej mody
Scott Schuman, założyciel The Sartorialist/ Starstock

Era blogera: influencerzy w świecie męskiej mody

Na pokazach mody mają specjalnie wyznaczone miejsca. Zarobki niektórych z nich sięgają nawet do 50 tys. dolarów za jeden wpis. Ich pozycja zawodowa jest na tyle silna, że mogą wdawać się w dyskusje nawet z ikonami dziennikarstwa modowego.
06.02.2019

Mężczyzn nie obchodzi moda, nie zajmują się własnym wyglądem i nie interesuje ich – z wyłączeniem samochodów i elektroniki – szeroko pojęty styl życia. Prawda czy fałsz? Jeszcze do niedawna, zgodnie z obiegową opinią, powiedziano by, że prawda. Owszem, znalazłaby się garstka świadomych trendów dandysów, ale kto by tę elitarną grupę traktował poważnie? Blogerzy zajmujący się męskim stylem, którzy w ostatniej dekadzie zawładnęli cyberprzestrzenią, starli te wyobrażenia w pył, zaskarbiając sobie wdzięczność i zaufanie czytelników, zyskując popularność i zarabiając kwoty, o jakich eksperci mody z tradycyjnych mediów nawet nie marzyli. W skrócie: podważeniem mitu i przekształceniem niszy w mainstream rozbili bank. 

Ilu ich dziś jest? To jak pytanie, gdzie znajduje się koniec internetu. Możliwe jest tylko wskazanie początków. W ciągu niecałego ćwierćwiecza od powstania pierwszego, wcale niemodowego internetowego pamiętnika, stworzonego przez jednego z pracowników bostońskiej uczelni MIT, pojawiły się ich setki tysięcy.

 

Incredible! The volume, the lines ,the texture and subtly of color and pattern.....and that’s just his hair! Hahaha!! Giampaolo really rocks this look and he knows it (he’s very vain!) but really, expand the image so you can see his mastery of mixing plaid jacket, check shirt and medallion pattern tie. This is fashion as creatively done as anything I see on the runways!! Bravo!

Post udostępniony przez Scott Schuman (@thesartorialist)

 

Początek nowego wieku = początki męskiej blogosfery

Fenomen modowych blogów po raz pierwszy zauważono już na początku nowego milenium. W 2003 roku firma mediowa Glam Media ogłosiła, że skupia ich już ponad półtora tysiąca. Pierwsi blogerzy zaczęli być zapraszani na New York Fashion Week, a do blogosfery dołączył niejaki Bboy777, czyli Filipińczyk Bryan Grey Yambao, znany później jako Bryan Boy, dziś jedna z kluczowych postaci świata męskich blogów. Dodając do tego Scotta Schumana, który jako The Sartorialist zainaugurował dwa lata później swój rewolucyjny blog ze zdjęciami tyleż przypadkowych, co ciekawie ubranych przechodniów, wstępną fazę rozwoju modowej blogosfery możemy uznać za dokonaną.

Do jej rozkwitu przyczyniły się sukcesy pionierów. Mnóstwo mężczyzn nabrało pewności siebie, patrząc na powodzenie tych, którzy pisać o męskim stylu i pokazywać go – także na sobie samych – odważyli się wcześniej. Wielu z nich też po prostu brakowało treści, które ich interesowały, więc zaczęli je na blogach tworzyć sami. Byli wśród nich starzy wyjadacze, jak Derek Blasberg (blog Mr. Blasberg), były redaktor „Harper’s Bazaar”, czy artyści, jak Andreas Wijk, szwedzki wokalista i model. Większość z nich jednak w branży modowej debiutowała.

Co zrozumiałe, nie przyszło im to bez trudu i nie obywało się bez wpadek. „Początki są zawsze niewdzięczne, bo mało kto czyta pierwsze posty, a mimo wszystko trzeba dużo pisać. Popełnia się też błędy i ludzie często krytykują za zły dobór krawata czy poszetki. A właściwie za cokolwiek, bo czytelnicy chętnie się czepiają” – mówi Michał Gronowski (blog Pan Grono).

Temat męskiego stroju był przez media zaniedbywany

Blogerzy pokazali jednak, jak bardzo temat męskiego stroju był przez media zaniedbywany. Głód informacji i wiedzy w tym zakresie okazał się ogromny, co zdecydowało o ich popularności. Jak ubrać się na sylwestra, a jak na rozmowę w sprawie pracy? Jaki węzeł krawata jest najkorzystniejszy, a jaka długość nogawek? Kołnierzyk włoski czy button down? Kwestie z zakresu dress code’u okazały się palące, bo mężczyźni dostrzegli, jak ważny staje się wygląd w codziennym życiu, zarówno zawodowym, jak i prywatnym. 

Choć może precyzyjniej byłoby stwierdzić, że dostrzegali to już znacznie wcześniej, tylko nie mieli gdzie potrzebnych im informacji szukać. A blogi podały im je jak na dłoni. „Wpis dotyczący garnituru ślubnego to najpopularniejszy tekst w historii mojego bloga. Dzięki poradnikom można też nadal pozyskiwać nowych czytelników” – przyznaje Roman Zaczkiewicz (blog Szarmant.pl).  „Kamieniem milowym w rozwoju mojego bloga był pierwszy wpis z serii: »Kapsułkowa garderoba«, który pokazywał, jak zbudować niedużą, ale uniwersalną bazę ubraniową, dając dodatkowo konkretne rekomendacje produktowe. Idealnie trafiłem wtedy w potrzeby czytelników i  gdyby nie ta seria, nie byłbym prawdopodobnie w stanie dziś pisać z pozycji zawodowego blogera” – dodaje Dawid Tymiński, prowadzący wówczas blog Secondhand Dandy (od niedawna – Dandycore). 

Strój formalny - jeden z najpopularniejszych tematów na blogach

Wpisy związane z podstawami stroju formalnego do dziś cieszą się ogromną popularnością. Tak twierdzą blogerzy, których „Esquire” zaprosił latem na kolację połączoną z premierą najnowszego wówczas numeru magazynu. Dla wielu ich czytelników informacje, że koszuli z krótkim rękawem nie nosi się do garnituru, a brązowych butów nie zakłada na wieczorną galę, nadal są nowością. Stale przybywa jednak tych bardziej dociekliwych i skłonnych wydać na siebie więcej pieniędzy. „Gdy pięć lat temu uruchomiłem blog, na polskim rynku istniały zaledwie dwa–trzy jakościowe blogi i żaden nie obracał się w segmencie premium i luksusowym. Idealnie wstrzeliłem się w moment, bo branża mody męskiej z wyższej półki w Polsce zaczęła się dynamicznie rozwijać wraz z intensywnym rozwojem social mediów i blogów w ogóle” – mówi Jakub Roskosz (jakubroskosz.com).

Ci bardziej świadomi mody czytelnicy blogów dopytują dziś o odpowiednią liczbę klamer w monkach, mocno wtajemniczeni – o weryfikację atelier szyjących garnitury bespoke. Poziom szczegółu bywa zdumiewający i – bywa, że z wyjątkiem „Esquire’a” – nie jest zaspokajany przez żadne pismo ukazujące się w druku. Blogerzy zaś, na przykład Albert Borowiecki (blog gentleman.pl), dokładnie instruują, jak i kiedy zmieniać guziki w marynarce czy jak spakować ją do walizki.  Mężczyźni, co pokazały blogi, chcą też spróbować własnych sił w modzie lub przynajmniej podpatrzeć, jak tych prób dokonują blogerzy. „Popularność mojego bloga wystrzeliła po tym, jak zaprezentowałem na nim pierwszy samodzielnie zaprojektowany płaszcz. To w pełni odzwierciedlało mnie jako blogera i miłośnika mody męskiej” – przyznaje Mateusz Szczepański (blog 9 na Marszałkowskiej). 

Czytelnikom zależy też na poznaniu zdania krytycznego. Wpis Michała Kędziory (blog Mr. Vintage) pt. „Dlaczego polskie buty są takie brzydkie” komentowany był przez pięć lat, co tylko pokazuje, jak bardzo mężczyźni byli w tej dziedzinie ignorowani. I jak bardzo nośne tematy potrafią poruszyć blogerzy. Inny przykład to wpis autora amerykańskiego bloga The Modest Man: „Przemysł odzieżowy nienawidzi niskich mężczyzn”. Dyskusja pod tekstem trwała cztery lata. Mężczyźni bowiem traktują modowe blogi jako rodzaj instytucji zaufania. Mogą się pożalić, poczuć, że nie są sami, sformułować pytanie, które wstydziliby się zadać swoim kolegom, partnerce czy matce. Boją się, że zostaną odebrani jako mało męscy.

Ich poczucie skrępowania to drugi fundamentalny powód popularności blogów. Zdarzało się, jak mówili mi blogerzy, że czytelnicy pytali ich wręcz o krój i rozmiar bielizny. Zaufanie, jakim obdarzają blogerów, nierzadko więc potrafi wprowadzić tych drugich w zakłopotanie, zaś od tematów związanych z ubraniami czytelnicy gładko przechodzą do tych intymnych. Nie tylko zresztą w Polsce. Nowozelandczyk Isaac Hindin-Miller, bardziej znany jako Isaac Likes, który intensywnie bloguje już dziesiąty rok (gdy zamykaliśmy ten numer „Esquire’a”, zamieścił swój 2942 wpis; głównie ze stylizacjami casualowymi), w zakładce z korespondencją od czytelników publikuje setki listów z prośbą o porady sercowe.

Mężczyźni często też szukają na blogach wsparcia w swojej odmienności od modelowego wzorca. Oprócz niskiego (albo też wyjątkowo wysokiego) wzrostu, jest to na przykład tusza. Stąd w kontrze do blogerów fitnessowych i kont instagramowych, na których epatują swoim wyrzeźbionym ciałem, pojawili się zarówno blogerzy o masywnej budowie ciała, np. Juho Rehakka (blog The Nordic Fir), jak i tzw. body positive bloggers, czyli blogerzy w rozmiarze XXL (a czasem i XXXXL). To kolejna przegapiona wcześniej grupa, której zależało, by dobrze się czuć i wyglądać. Wcześniej to blogerki pokazywały, że kobieta nie musi mieć idealnych wymiarów, by zasługiwać na ładną sukienkę. Tymczasem według ankiety przeprowadzonej wśród klientów e-sklepu BadRhino.com, oferującego – jak sam się anonsuje – rozmiary od L do 8XL, aż 42 procent z nich chciałoby być blogerami, jednak trzy czwarte nie ma odwagi. Jeden z popularniejszych blogerów plus size Włoch Ricardo Onorato (blog Guy Overboard) powiedział brytyjskiemu dziennikowi „Metro” – „mój blog pozwala ci podzielić się swoimi troskami i poczuć mniej samotnym. Czytelnicy piszą, że dzięki mnie mają większą świadomość swojego ciała, poznają siebie, swoje ograniczenia i słabości”.

Seniorzy w męskiej blogosferze

Podobnie o bycie modnym i akceptowanym upomnieli się seniorzy. To kolejna grupa silnie reprezentowana przez blogerów. „Seksowni tatusiowie”, a zwłaszcza „dziadkowie” robią furorę na Instagramie. Niestety, obserwatorów po, powiedzmy, pięćdziesiątce tylko umacniają w kompleksach. W przeciwieństwie do seniorów prowadzących blogi. W Polsce, na przykład, są to Jan Adamski czy Ireneusz Korzeniewski, który od pięciu lat prowadzi blog Styleman. „Zawsze starałem się wyróżniać ubiorem: sam farbowałem koszulki, szyłem spodnie dzwony z dewetyny. Właśnie ten bunt wobec szarości pokazuję w moich stylizacjach i pomimo zaawansowanego już wieku staram się, by w mojej stylizacji pojawiały się kolory czy ciekawe połączenia, a całość budziła emocje” – mówi Szczepański. Swoim czytelnikom dodaje otuchy: „Dzięki mnie nie sądzą, że zwariowali, myśląc o tym, by ciekawie wyglądać, mając jednocześnie wnuki”.

Na popularność blogów wpłynęła też tradycyjna niechęć mężczyzn do zakupów. Zwłaszcza w towarzystwie kobiet. Faceci nienawidzą całego związanego z tym cyrku, ocen, jakie publicznie (w obecności sprzedawców i często innych klientów) wystawiają im partnerki i traktowania jak dziecko. Kevin Braddock dwa lata temu  w brytyjskiej edycji „Esquire’a” pisał, że takich sytuacji nie cierpi ośmiu na 10 mężczyzn, a połowa z nich chciałaby uniknąć tego „bez względu na koszty”. Jeśli spojrzeć na Miserable Man – profil na Instagramie ze zdjęciami głęboko nieszczęśliwych mężczyzn na zakupach ze swoimi kobietami, który obserwuje dziś ponad 300 tysięcy osób – to prawda. 

Nie oznacza to jednak, że mężczyźni chcą chodzić w ubraniach czy butach tak długo, aż się zedrą. Zwłaszcza młodzi. Co czwarty mężczyzna w wieku 25–34 lat chce mieć – jak wynika z badań agencji Verdict – ubrania zgodne z najnowszymi trendami, podczas gdy – dla porównania – pragnie tego dla siebie tylko co szósta kobieta w tym samym przedziale wiekowym. Z tego względu badacze prognozują, że tylko w Wielkiej Brytanii rynek odzieży męskiej wzrośnie do 2019 roku o jedną czwartą i będzie największym ze wszystkich jego sektorów. Jednocześnie według badań Rakuten Linkshare, 83 proc. ogółu mężczyzn woli kupować online. Jako że blogerzy także są online i ich blogi coraz częściej przekierowują do e-sklepów (ba, blogerzy stali się wręcz twarzą e-handlu), zakupy takie przestają być zmorą. Szczególnie że według badań aż 88 proc. internautów wierzy recenzjom w sieci tak, jak gdyby formułowali je ich znajomi.  Stąd też wzrastająca popularność blogerów, którzy nie skupiają się na klasyce, lecz na stylizacjach na wskroś casualowych, od Joeya Londona i Elizera Infantego po Konrada Delektę (blog RebelFashionStyle).

Przy tym wszystkim blogerów trudno oskarżać o sprzyjanie bezmyślnej konsumpcji w imię bycia modnym. Rzadko – w przeciwieństwie do narracji w czasopismach – na blogu przeczytamy: „musisz”, „kup koniecznie!”. „Blogi pozytywnie redukują presję bycia na czasie, jaką w niektórych środowiskach odczuwają mężczyźni. Blogerzy proponują tyle różnych stylów i estetyk, że każdy odbiorca znajdzie coś, co będzie mu pasowało,  zgodne z jego gustem i potrzebami” – zauważył w jednym z wywiadów Scott Schuman, czyli Sartorialist. 

Marki odzieżowe blogerów

Zwieńczeniem lansowania konkretnego stylu jest założenie sklepu. „Wielu z nas decyduje się na zmonetyzowanie swojej popularności za pomocą sprzedaży własnych produktów, ale to blog  nadal jest największym uzasadnieniem dla tej sprzedaży” – zastrzega Dawid Tymiński. Dziś salony, własną kolekcję czy choćby linię ubrań mają m.in. autor popularnego niegdyś, nieistniejącego już bloga Macaroni Tomato, wspomniany Mr. Vintage czy Roman Zaczkiewicz. „Uznałem, że skoro treści mają tak szeroki odbiór wśród czytelników, to może będzie tak i z produktami. Dziś blog to rodzaj mojej wizytówki, ale skupiam się przede wszystkim na rozwoju mojej marki odzieżowej  Zack Roman” – przyznaje Zaczkiewicz. 

Trudno się zatem nie zgodzić z tezą, że moda męska także dzięki blogerom – po latach bycia rodzajem fanaberii dla elitarnej garstki świadomej trendów – znalazła się w centrum uwagi. Prezesi odzieżowych firm (i w sumie wszelkich innych z produktami i usługami skierowanymi do mężczyzn) powinni nosić blogerów na rękach. Niektórych noszą. 

Najwięksi gracze zarabiają nawet 3 miliony dolarów rocznie

Jeszcze jakieś dziesięć (w Polsce – pięć) lat temu blogerów pytano z wypiekami na twarzy: czy coś zarabiasz na swoim blogu? Osiem (w Polsce – trzy) lat temu pytanie dotyczyło już tylko tego, czy w całości utrzymujesz się tylko z bloga. Dziś u nas, a na Zachodzie od kilku ładnych lat, jest to oczywiste, zastanawia więc tylko: ile. Wpływowy w branży odzieżowej magazyn „WWD” obliczył, że najbardziej popularne nazwiska blogosfery zarabiają nawet trzy miliony dolarów rocznie. Według tych informacji, 130 „podopiecznych” samej tylko założonej zaledwie pięć lat temu agencji DBA, uzyskuje przychód na poziomie 50 milionów dolarów. 

Wpis na Instagramie za 25-50 tysięcy dolarów

Kwoty te z roku na rok imponująco rosną. Post topowego blogera na Instagramie kosztował niecałe dwa lata temu od pięciu do 25 tysięcy dolarów. Dziś nawet trzy razy tyle. To i tak mniej niż sponsorowane wpisy u celebrytów w rodzaju Kylie Jenner. Tak jak niegdyś supermodelka Linda Evangelista nie wstawała z łóżka za mniej niż 10 tysięcy dolarów, tak dziś 20-latka z klanu Kardashianów nie sięga po telefon za mniej niż 100 tysięcy. Choć trzysta też bywa czasem jej za mało. 

Blogerzy płci męskiej nie zarabiają jeszcze tyle, co blogerki. Wystarczy wspomnieć o Chiarze Ferragni, której przychody z samej tylko sprzedaży kolekcji ubrań i butów sięgają 10 milionów dolarów (mniej więcej drugie tyle wart jest jej blog), a która menedżerów do swojej firmy rekrutuje na przykład z centrali Louisa Vuittona. Mówi się, że dochody autorów męskich blogów nie sięgają jednej trzeciej zarobków kobiet. W Polsce plotkuje się (w naszej kulturze ujawnianie zarobków jest wciąż mocno egzotyczne, a pytanie o nie – bardziej niż niegrzeczne), że topowi blogerzy zadowalają się kwotą kilku tysięcy złotych za jednorazowy wpis na Instagramie i kilkunastu na blogu. Za pojawienie się na pokazie mody – w przeciwieństwie do blogerek – blogerom w Polsce nie płaci (najprawdopodobniej) jeszcze nikt. Porównania do światowej blogosfery nie mają zresztą większego sensu, jeśli wejść na popularne blogi zagraniczne. Na przykład u Joeya Londona (joeylondon.co.uk) w zakładce „klienci” widnieją nazwy kilkudziesięciu globalnych marek, od Diesla i Converse przez Marriott po Mercedes Benz i Amazon. 

Wielu blogerów – bo modę coraz częściej żenią z podróżami – zamieszcza u siebie mapę z „current location”, tj. informacją, w jakiej części świata aktualnie można ich spotkać.  

Na Kalifornijczyka Adama Gallaghera (blog I Am Galla; styl głównie smart casual), sądząc po kilku ostatnich wpisach, można było natrafić na jachcie w pobliżu Sydney (sponsor wpisu: Longines), w basenie luksusowego hotelu gdzieś we wschodniej Afryce (z flakonem Aqua di Gio Armaniego w rogu zdjęcia) czy  przymierzającego nowy model Timexa na tarasie jednego z nowojorskich wieżowców. I Am Galla nie jest wyjątkiem. Wśród najpopularniejszych blogerów takie eskapady to norma, by wspomnieć o Lorenzo Liveranim (blog Your Mirror Style) fotografującym się na przemian na Antigui, w Taorminie czy Dubaju. Do tego jednak trzeba wyglądać; dziwnym trafem ci z najatrakcyjniejszymi kontraktami często mają też najatrakcyjniejszą fizys. Stali się de facto modelami, a ich blogi przeglądem (pięknych, to trzeba oddać) advertoriali producentów dóbr luksusowych. 

O ile – zapewne – piękne zdjęcia plus urodziwy model-bloger nie wywołają znużenia u czytelników bloga, o tyle on sam może mocno stracić na wiarygodności. „Blogosfera przesycona jest treściami reklamowymi. Jej obsesja na punkcie nowości, która zastąpiła autorskie spojrzenie i zawartość, czyniąc z niej platformę reklamową, sprawia, że blogerzy wkrótce przestaną być poważani, nawet jeśli utrzymają liczbę followersów” – przestrzegał w jednym z wywiadów Nik Speller, influencer i założyciel firmy consultingowej N.K.B. w jednej osobie.

Wojna blogerów z amerykańskim Vogue

Ale do krytyki i wieszczenia ich rychłego upadku blogerzy są już przyzwyczajeni. Blogosfera budzi bowiem mnóstwo także negatywnych emocji. Pierwszy zarzut, że nie są dziennikarzami, a więc umieją i wiedzą znacznie mniej. Drugi – są opłacani przez firmy. „Nowa armia modowych blogerów uzależniona od łapówek od firm sprawiła, że inteligentna krytyka została zastąpiona płytkimi recenzjami pokolenia lajków” –  połączyła oba zarzuty legendarna badaczka trendów Li Edelkoort. Wojnę blogerom wydał też amerykański „Vogue”. Czwórka jego redaktorów w ubiegłym roku tuż przed paryskim tygodniem mody wdała się w pyskówkę, zarzucając królom blogosfery, że „trolują pokazy mody” i „przynoszą śmierć stylowi”.  W odpowiedzi blogerzy zasugerowali, że w swoich drogich ciuchach na pokazach mody niczym przecież nie różnią się od redaktorów, którzy zamieszczają zdjęcia tych ubrań w edytorialach i także bywają w nich na pokazach, by zadowolić swoich reklamodawców, czyli projektantów. 

Czyją trzymać stronę? Cóż, media chcąc nie chcąc muszą oddać wielki kawał reklamowego tortu self-made manom, którzy jeszcze kilka lat wcześniej byli żółtodziobami, dziś zaś pod względem popularności zarówno ich samych, jak i tworzonych przez nich treści czy publikowanych zdjęć prześcignęli najbardziej poważane tytuły na rynku. A że przychodzi im to stosunkowo łatwo? To też irytuje.  Jak w „Forbesie” grzmiał współpracujący także z „Vogue Italia” i „Vogue Homme” Declan Eytan, wpis czy hasztag za 15 tysięcy euro jest bulwersujący, bo blogerzy „nie wkładają wystarczającego wysiłku, który usprawiedliwiłby taką kwotę, w przeciwieństwie do magazynów, które do zrobienia zdjęcia zatrudniają stylistę, fotografa  czy makijażystę. Bloger tymczasem zrobi sobie selfie albo poprosi znajomego o cyknięcie fotki komórką” – pisze Eytan. Tyle że profesjonalni blogerzy także ponoszą koszty takich sesji. I nikt im nie zapłaci pensji, jeśli nie zapewnią jej sobie sami.

Psy szczekają, karawana jedzie dalej. A raczej pędzi, mając od niedawna niezwykle silnego sprzymierzeńca. To Instagram, który jest świetnym narzędziem promującym blog; działa jak teaser, zjednuje i poszerza krąg odbiorców, dodaje blogowi wiarygodności i podnosi zasięgi, rozsławiając jego autora. 

Instagram jednak także zjada blogi. Po co inwestować pieniądze i czas w ich utrzymanie, teksty i obróbkę zdjęć, skoro te same fotografie, błyskawicznie poprawione przez automatyczne programy, można w ciągu minuty wrzucić na instagramowe konto? To dlatego wpisy na blogach mają coraz mniej komentarzy. Nie jest też tajemnicą, że czytelnictwo blogów spada. „Sama formuła tekstu jest przestarzała, ludziom nie chce się czytać – przyznaje Michał Gronowski, który z tego właśnie powodu zaczął nagrywać filmy i udostępniać je na YouTubie. – Wszelkie vlogi i materiały wideo to przyszłość blogosfery” – mówi bez wahania. „Dla wąskiej grupy odbiorców blog zawsze pozostanie źródłem wiedzy i inspiracji. Natomiast widząc coraz większe dysproporcje w stosunku do Instagramu, wojna blogów z social mediami wydaje się przegrana” – dodaje Mateusz Szczepański. Nie oznacza to jednak, że czeka nas zmierzch blogów. Blogerzy stają się influencerami, łącząc kilka oddzielnie funkcjonujących dotychczas profesji. „Będziemy coraz częściej pisać książki, robić szkolenia, lansować własne produkty. Blog będzie stanowił tylko ich element, będzie rodzajem wizytówki” – uważa Roman Zaczkiewicz. 

Bycie influencerem się opłaca

Naturalnie, bycie influencerem się opłaca; według badań Schlesinger Associates, 84 proc. szefów marketingu lifestyle’owych firm zamierza zatrudnić co najmniej jednego influencera do kampanii swojej marki. Nie jest przy tym oczywiste, że przełoży się to na sprzedaż zapachu czy kolekcji. Declan Eytan z „Forbesa” zapytał niedawno Tomaso Trussardiego, prezesa marki Trussardi wydającej spore kwoty na współpracę z influencerami, czy pchają oni sprzedaż do przodu. Ten, zapewniając, że moda nie może wykluczać web influencerów i odświeża to wizerunek firmy, wymigał się od odpowiedzi. Podobnie jak menedżerowie Dsquared2 czy Prady. Prawda jest jednak taka, że gdzieś reklamy trzeba umieszczać. Na te w telewizji mało kto zwraca uwagę, na stronach internetowych zaś jest omijana, bo połowa internautów na świecie je blokuje. Posty reklamowe w serwisach społecznościowych są więc idealną okazją.

Nie zmienia to faktu, że porada od blogera to nie to samo, co rekomendacja bezpośrednio od firmy, choćby proponowała ona ten sam produkt czy stylizację, co bloger. „Blog musi być opiniotwórczy, a nie sprzedażowy. I choć żyjemy w czasach, w których lokowanie produktu stało się normą, najważniejszą kwestią jest jednak uczciwość względem czytelnika. Blog powinien pozostać blogiem, gdzie edukujemy, inspirujemy i motywujemy, a nie nachalnie handlujemy” – podsumowuje Mateusz Szczepański.

Tekst ukazał się w The Big Black Book (2/2017) Autor: Michał Zaczyński

Nowy The Big Black Book w sprzedaży od 5 kwietnia

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie