Uniformy jako styl przyszłości. Czy warto, jak np. Steve Jobs czy Mark Zuckerberg, nosić wciąż to samo?
Steve Jobs/ Starstock

Uniformy jako styl przyszłości. Czy warto, jak np. Steve Jobs czy Mark Zuckerberg, nosić wciąż to samo?

Życie jest krótkie, a tyle mamy w nim do zrobienia. Ludzki mózg w swojej długiej historii nigdy nie był bardziej zagoniony niż teraz. Kto miałby zatem czas, by co rano aż do samej śmierci bawić się w staranne dopasowywanie elementów stroju?
30.04.2018
Steve Jobs zdecydowanie nie miał.Kiedy w latach 80. odwiedził Japonię, po raz pierwszy spodobał mu się pomysł własnego „mundurka” do pracy. Wkrótce potem jego znakiem rozpoznawczym stał się czarny golf Issey Miyake, buty sportowe New Balance i tatuśkowate Levi’sy. Tak ubrany pojawiał się w pracy codziennie, bez względu na okoliczności. Albert Einstein też nie zawracał sobie głowy strojem. Wiecznie cierpiący na brak czasu fizyk swój codzienny uniform skomponował z szarego garnituru i niedbałej fryzury, a wskakując w buty bez skarpetek, dodatkowo zyskiwał na czasie. Do listy można by dopisać Stanleya Kubricka (spodnie chinosy i niebieskie koszule), Alfreda Hitchcocka (granatowy garnitur), Andy’ego Warhola (Levi’sy model 501, koszula, krawat w paseczki i niebieska marynarka). Historia zna wielu mężczyzn, którzy na pewnym etapie życia, na ogół w średnim wieku i w szczytowym okresie kariery zawodowej, zrozumieli, że mają ważniejsze zajęcia niż zastanawianie się, czy koszula pasuje kolorystycznie do spodni.
Einstein nigdy nie grzebał w koszu na brudy w poszukiwaniu ulubionego swetra, nie rozkładał marynarek na łóżku, nie przeglądał się w lustrze i nie bił z myślami, jakie dobrać obuwie. W porze, gdy on już dawno pracował w swoim laboratorium, ja byłbym jeszcze w proszku, spóźniony do pracy. Na szczęście to nie zdarzało mi się codziennie. Przeważnie po szybkim przeglądzie wszystkich części swojej garderoby jakoś umiałem poskładać je w kilka podstawowych zestawów, od podkoszulka z dżinsami po garnitur z krawatem.
Ale miewałem i złe dni. To, że pracuję w redakcji „Esquire”– czasopisma o męskiej modzie i stylu – jeszcze pogarszało sprawę. Stracone minuty kumulowały się, a codzienny wysiłek umysłowy zaczynał zbierać żniwo. Problemy pierwszego świata? Z pewnością. Więc jeśli czytacie ten tekst w targanym wojną zakątku świata, w którym jakimś cudem jeszcze działają kioski z gazetami, to proszę o wybaczenie. Mój przypadek nie jest wszak odosobniony.

Zuckerberg wyznacza kierunek 

Zaledwie w zeszłym roku prezes zarządu Facebooka Mark Zuckerberg przyłączył się do klubu noszących co dzień to samo, oznajmiając:„Chcę zrobić porządek w swoim życiu, tak by nie musieć codziennie podejmować niezliczonych decyzji niezwiązanych z pracą”. W ten zwięzły, choć przyprawiający o lekki dreszcz sposób wyraził to, co i ja czułem. Pewnie, że mógł wymyślić coś ciekawszego niż ten bezkształtny szary T-shirt. Ale tak czy inaczej, pokazał mi dobry kierunek.
Znacie prawdopodobnie statystyki mówiące o tym, jaką część życia spędzamy w łóżku (25 lat), przed telewizorem (9 lat), za biurkiem (5 lat) czy w łazience (18 miesięcy). Bardzo nie chciałem dokładać do tego rozterek przy wieszaku na koszule (około 4 miesięcy).

Pewnego ranka, stanąwszy przed szafą mieszczącą ponad dwieście różnych części garderoby (z których wielu nigdy nawet nie miałem na sobie), pozornie tworzących nieskończoną liczbę kombinacji i zajmujących więcej miejsca niż odzież mojej żony, doznałem olśnienia. Muszę wziąć się za siebie. Postanowiłem dołączyć do największych umysłów w historii ludzkości i dobrać profesjonalny strój do pracy, który mógłbym nosić przez całe dalsze życie. Na początek dam sobie na to miesiąc i zobaczę, co z tego wyniknie.

Mężczyźni mają łatwiej? 

 
W jakim stopniu ludzie zwracają uwagę na ubiór innych? W przypadku mężczyzn prawda bardzo odbiega od tego, co nam się wydaje. Australijski prezenter wiadomości Karl Stefanovic przez rok występował przed kamerą w tym samym niebieskim garniturze, by udowodnić, że strój kobiet-prezenterek jest pod znacznie baczniejszą obserwacją. „Nikt nawet nie zauważył” – powiedział po upływie roku. – „Widzowie mają to gdzieś”.
Kiedy opowiedziałem koleżance z pracy, jaki zamierzam rozpocząć eksperyment, jej reakcja potwierdziła powyższe: „Już zacząłeś?”. Te słowa były jednocześnie rozczarowujące i pokrzepiające. Jeżeli ludzie nie zauważają, jakie noszę ubranie, to po jaką cholerę ja się od lat tak wysilam? Zanim jednak mogłem rozpocząć nowe życie, wolne od dylematów odzieżowych, musiałem rozstrzygnąć dylemat podstawowy – wybrać strój na całe lata. Strój, który by mi się podobał, w którym czułbym się wygodnie, i w którym byłoby mi do twarzy. Stylowy i gustowny, a zarazem ponadczasowy i odpowiedni na prawie każdą okazję. Wiem, co myślicie. Mężczyźni już od dawna mają taki uniform: nazywa się go garnitur. Tylko że akurat w mojej branży garnitur jest na nic.
Bardziej kuszącą opcją byłoby pójść pod prąd i postawić na śmiałość. Zostać ekscentrykiem w marynarce w prążki i ceglastych spodniach, z nieodłączną muszką pod brodą. Wypracować własną markę i wykorzystać strój jako podprogowe korporacyjne logo. Steve Jobs zrobił coś w tym rodzaju. Ludzie z branży będą pod wrażeniem. „Patrzcie, jest ten w ogrodniczkach!”, będą do siebie szeptać, kiedy wkroczę do sali zebrań lub wejdę na podium, by wygłosić jakieś przemówienie. Niestety, nie chodziło mi o to, by stworzyć intrygujący wizerunek i zapaść ludziom w pamięć, ale by dobrać strój, który sprawdzałby się w każdej sytuacji. Logicznym i powszechnie stosowanym rozwiązaniem jest czerń. Zawsze modna, kojarzy się z szacunkiem i autorytetem, a plamy maskuje jak żaden inny kolor. Nadzwyczaj praktyczna, zwłaszcza że eksperyment zaplanowałem na miesiąc, a panicznie boję się pralki. Czerń ma jednak swoje wady – mała nieostrożność, a będę wyglądał jak podstarzały fan muzyki gotyckiej lub niespełniony James Bond z kamienną twarzą. Nie mówiąc już o tym, że w upalne dni trudno będzie wytrzymać.

Kluczowy kolor 

Na mojej liście pojawił się także standardowy dopasowany T-shirt. Biały lub granatowy. Wygląda młodzieżowo i swobodnie, a przy tym można nań zarzucić marynarkę. Co jednak zrobię, jeśli znajdę się w sytuacji wymagającej elegancji? Po konsultacji z ekipą działu mody „Esquire”, zaczął mi się w końcu rysować jakiś plan. Kluczowym kolorem miał być granatowy. W końcu jestem mężczyzną. Jednorzędowa marynarka z dwoma guzikami, która doskonale się nada nawet na okazje wymagające najwyższej elegancji. Odprasowana biała koszula wniesie klasyczny akcent, button- down z oksfordzkiej bawełny od Ralpha Laurena może wyglądać i formalnie, i sportowo. Chinosy odrzuciłem na korzyść dżinsów w kolorze ciemnego indygo firmy J. Crew. Zdecydowałem się na lekką parę na lato, zamiast grubszej z wykończeniem typu selvedge. Co do butów, najlepszym wyborem wydawały się derby z ciemnobrązowego zamszu, łączące sportowe pochodzenie z powiewem nowoczesności. Na tym jednak nie poprzestałem – uzupełniłem strój o niebieskie slipy firmy Sunspel z limitowanej serii i granatowe skarpetki Pantarelli.
Wreszcie miałem swój uniform. Tożsamość.Poczucie celu. Nie będę musiał się zastanawiać nawet nad majtkami. Poczułem się wyzwolony. A także trochę złapany w pułapkę.
 

"Amerykański żigolak" konta "American Psycho" 


Pierwsze dwa dni spędziłem, co zrozumiałe, na rozterkach, czy aby wybrałem właściwie. Może zamiast dżinsów trzeba było wziąć szare spodnie, a zamiast białej koszuli granatowy sweter? Kluczowa była jednak akceptacja. O to przede wszystkim chodziło.
Trzeciego dnia odzyskałem równowagę ducha. W sytuacjach, które dawniej wywoływały dręczący lęk przed jutrzejszym spotkaniem i gorączkową myśl, co na siebie włożyć, teraz byłem spokojny i pewny siebie. W drodze do pracy czułem się ważny, jak poważny człowiek, który nie ma czasu rozpraszać się myśleniem, w co się rano ubrać. „Z drogi, patałachy, jestem mężczyzną, który codziennie ubiera się tak samo!”
Także z punktu widzenia czystego stylu nabierało to coraz więcej sensu. Zawsze mogę nosić to, w czym mi najbardziej do twarzy. Mam wytłumaczenie, że wydałem kupę kasy na ubranie, które jest dobrej jakości i świetnie na mnie leży. A co najlepsze, mogę mieć na wieszaku w szafie rząd identycznych białych koszul, taki sam jak w tej pamiętnej scenie z „Amerykańskiego żigolaka”. Czy może z „American Psycho?” Mniejsza z tym. I tak za każdym razem, gdy otwierałem szafę, czułem przypływ narcystycznego podniecenia.

Początkowo spotykałem się z pozytywnym odzewem. W pierwszym tygodniu kilka osób poczęstowało mnie służbowym komplementem: „Aleś ty dzisiaj elegancki!”. Dwie zapytały, czy wybieram się na rozmowę w sprawie pracy. Obiecujący początek. W podróży służbowej do Paryża globalny potencjał mojego stroju bezbłędnie wpisał się w klasyczny europejski wzorzec niedbałej elegancji.
Wcześniej myślałem, że będzie mi brakowało wolności decydowania. Że noszenie uniformu może stłamsić moją twórczą ekspresję. Ale sądząc po tym, jak wiele twórczych osobowości, zwłaszcza projektantów mody, ubiera się w uniformy, w rzeczywistości jest wręcz przeciwnie.
Tom Ford wkłada ciemnoszary jednorzędowy garnitur ze szpiczastymi klapami, białą koszulę, ciemny krawat i czarne półbuty. „Kiedy wychodzę, codziennie noszęjakąś wersję tego stroju”. Karl Lagerfeld jest przywiązany do czarnego garnituru i charakterystycznego złotego wisiorka. Michael Kors na górę zakłada zawsze coś czarnego, do czarnych lub białych dżinsów. O tych ostatnich mówi, że dla mężczyzny to najprostszy sposób na seksowny wygląd. Ryzykowne, jeśli się lubi keczup tak jak ja.
Matilda Kahl, szwedzka dyrektor artystyczna, wymyśliła swój służbowy mundurek właśnie dlatego, że jej zawód wymaga kreatywności. „W pracy mam tyle twórczych wyzwań, które pobudzają umysł, że nie czuję potrzeby ekspresji przez ubiór. Po prostu mi przeszło”.Jednego stroju trzyma się już od trzech lat. O czymś to chyba świadczy.

Zdrowa rutyna 

Skoro dzięki jednemu strojowi do pracy oszczędzam sobie tyle czasu i zachodu, czemu by nie rozszerzyć tej metody na inne elementy porannej rutyny?
Temat codziennych porannych czynności zyskał ogromną popularność wśród autorów poradników ułatwiających życie, takich jak Tim Ferris i inni entuzjaści efektywności. Zbadali oni, jak najbardziej aktywni i dynamiczni ludzie sukcesu zachowują się w decydujących godzinach po przebudzeniu.
To, co naprawdę robią rano osoby żyjące na najwyższych obrotach, nie było zaskoczeniem: wstają wcześnie, przez pewien czas ćwiczą i medytują (zwłaszcza prezesi zarządów, chociaż ciekawie byłoby sprawdzić, ilu rzeczywiście się tego trzyma, kiedy już budzik zadzwoni), przeglądają terminarze, czytają osobiste mantry i tak dalej. Jednak tym, co łączy wszystkich dynamicznych i superproduktywnych ludzi sukcesu jest ścisła rutyna, dzięki której ograniczyli liczbę decyzji podejmowanych każdego ranka.
Według XIX-wiecznego psychologa Williama Jamesa to, co robimy w ramach codziennego planu jest bardzo istotne dla naszego funkcjonowania. Jak pisał: „Im więcej szczegółów codziennego życia możemy poddać niewymagającej wysiłku automatyzacji, tym skuteczniej nasze wyższe władze umysłowe będą się mogły skupić na swoich właściwych zadaniach”.
Podczas gdy większość z nas trwoni życie na drobiazgach, wielcy tego świata traktują je rutynowo, by ich umysły mogły skoncentrować się na wyższych celach. Potwierdzają to wyniki badań naukowych, w których jest mowa o zmęczeniu podejmowaniem decyzji i wyczerpaniu ego. Mamy ograniczone zasoby samodyscypliny. Ćwiczenie siły woli czy samokontroli w jednej sferze życia zmniejsza naszą zdolność do korzystania z nich w innych dziedzinach. Psycholog Daniel Levitin napisał, że mózg współczesnego człowieka jest już tak obciążony, że im więcej staje przed nami błahych wyborów, tym częściej podejmujemy błędne decyzje w sprawach ważnych.
Zacząłem więc wstawać godzinę wcześniej, by rozciągać bolące plecy. Stymulowałem metabolizm gorącą wodą z cytryną, procedurę przygotowywania śniadań skróciłem do czterech minut.

Psychologowie swoje, a praktyka? 

Ale co do mundurka... No cóż, gdy zdejmowałem marynarkę firmy Gieves&Hawkes, zmieniałem się w zwykłego faceta w białej koszuli i dżinsach. Buty od Mr Hare były wciąż wyjątkowe, ale tęskniłem, by pochodzić w adidasach.
Okazało się też, że wcale nie jest tak prosto zapewnić sobie codziennie taki sam strój. Szybko zrozumiałem, że trzeba mieć w obiegu co najmniej dziesięć identycznych koszul, by mieć pewność, że w każdej chwili jedna będzie gotowa do założenia.
W weekendy mogłem wreszcie odreagować i wskoczyć w coś swobodnego. Wyciągnąłem T-shirt z nadrukiem i bluzę od dresu. W pierwszy gorący dzień lata musiałem oprzeć się pokusie zrzucenia dżinsów i włożenia cieńszych spodni. Czy eksperyment trwał już za długo, czy wciąż za krótko, bym się oswoił?
Po miesiącu chodzenia w identycznym ubraniu człowiek zaczyna zauważać, że ludzie nie zauważają. Ale że z pewnością by zauważyli, gdybyś się nie starał. Bycie niezauważanym jest więc sukcesem.
Kolejny wniosek: jeśli coś jest twarzowe, kup więcej niż jedną sztukę, bo gdy będziesz tego potrzebował, to niechybnie będzie w praniu. Poza tym, wystarczy na dłużej.
Myśl całościowo, kompletami. Sporo oszczędzisz, powstrzymując się od kupowania rzeczy, które właściwie nie są ci potrzebne i od których nawet nie oderwiesz metki. Skarpetki nie są najlepszym sposobem na autoekspresję. Dobrej jakości slipki są z kolei niedoceniane. Nigdy nie lekceważ siły naprawdę dobrej marynarki. Marynarka może być lokomotywą sukcesu, nie żałuj na nią grosza.
Wszystko sprowadza się do tego, jak strój wpływa na twoje samopoczucie. Dopasowanie ubioru do nastroju i do rzeczy, które masz zamiar robić, to najlepsza część porannego ubierania się. Strojem komunikujesz coś otoczeniu, a inni odbierają te komunikaty. Stwierdziłem, że nosząc to samo codziennie, ograniczyłem ten dialog.
Miesięczny eksperyment okazał się frustrujący i pouczający zarazem. Moja dawniej chaotyczna poranna rutyna uległa przemianie i stała się pozbawioną błędów i wolną od zbędnych decyzji sekwencją odruchów, dzięki której zasiadałem za biurkiem wcześniej i z lepszą perspektywą na nadchodzący dzień.
Powinienem być za to wdzięczny mojemu uniformowi. Ale nasz związek był zbyt intensywny i przyszedł czas, by rozstać się w przyjaźni i ukuć nowe sposoby na radzenie sobie z codziennością. Prosty zestaw podstawowych części garderoby, które można zestawiać w różnych konfiguracjach. Wraz z tym być może wróci przyjemność wybierania stroju na następny dzień, skoro już na własnej
skórze spróbowałem innej, minimalistycznej opcji. Wniosek ostatni? No cóż, dobrze jest być praktycznym i efektywnym, ale tak czy inaczej, rano ubrać się trzeba.

Autorem tekstu jest Will Hersey. Tekst ukazał się w pierwszym numerze Big Black Booka, jesień/zima 2015 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo