Zemsta sadysty. Markiz de Sade, Aristophil i największa finansowa afera w historii Francji

Zemsta sadysty. Markiz de Sade, Aristophil i największa finansowa afera w historii Francji

W przeddzień rewolucji francuskiej zdeprawowany arystokrata, osadzony w śmierdzącej celi Bastylii, stworzył najbardziej bluźnierczą powieść wszech czasów.
10.05.2018

Po śmierci markiz de Sade z francuskiego wroga nr 1 stał się skarbem narodowym, i to dosłownie. Przemiana miała się zakończyć w roku 2014, kiedy zwój z rękopisem „120 dni Sodomy” sprzedano za 10 milionów dolarów. Wydarzenia potoczyły się inaczej. Manuskrypt sprzed lat stał się bowiem przedmiotem największej afery finansowej w historii Francji.

130 tysięcy bezcennych rękopisów 

Wyłonili się z porannej mgły spowijającej galerie sztuki i butiki paryskiej 7. dzielnicy. Dokładnie o 9 rano, 18 listopada 2014 roku, policja wtargnęła do HÔtel de La Salle. W XVII wieku była tu rezydencja książęca, ostatnio budynek zajmowała firma Aristophil – dynamiczna, choć nieco nowobogacka spółka inwestycyjna, którą założył niejaki Gérard Lhéritier, rzutki syn francuskiego hydraulika. W ciągu dwudziestu lat działalności ten „król rękopisów” (takim mianem ochrzciły go francuskie media) zgromadził największą prywatną kolekcję rękopisów, niemal monopolizując w ten sposób rynek. W jego zbiorach, które liczą ponad sto trzydzieści tysięcy pozycji, znalazły się między innymi listy Napoleona Bonaparte do Józefiny, oryginał „Manifestu Surrealizmu” André Bretona, testament króla Ludwika XVI oraz fragmenty biblijnych rękopisów z Qumran.

7 milionów za ewangelię Zła 

Większość cymeliów zdeponowano w Muzeum Listów i Rękopisów założonym przez Aristophil, przy paryskim Boulevard Saint-Germain. Flagowy nabytek Lhéritiera – oryginał dzieła „120 dni Sodomy” – trafił do wykonanej na zamówienie szklanej gabloty na parterze rezydencji de La Salle. Pożółkły, wystrzępiony pergamin, szeroki na 11,4 cm, o długości ponad metra, z obu stron pokryty 157 tysiącami starannie zapisanych słów tak drobnych, że bez szkła powiększającego nie da się ich rozczytać. W więziennej celi stworzył go Donatien Alphonse François, znany jako markiz de Sade. Dzieło Francuza opisywano jako „jedną z najważniejszych powieści w dziejach” lub „ewangelię Zła”. Rękopis, przez ponad sto lat uważany za zaginiony, a także przemycany przez Europę, stał się jednym z najbardziej wartościowych manuskryptów świata. Lhéritier kupił go za siedem milionów euro w marcu 2014 roku, w dwusetną rocznicę śmierci de Sade’a. To również data, którą można uznać za ostateczne odkupienie dobrego imienia markiza. Wystawa prezentująca manuskrypt w siedzibie firmy Aristophil odbyła się równolegle z serią państwowych uroczystości na cześć de Sade’a – lepszej reklamy dla firmy Lhéritiera nie można było sobie wyobrazić.

Gérard, tęgi i niewysoki mężczyzna, z przerzedzonymi włosami, ale w dobrze skrojonym garniturze, omawiał niedawne przyjęcie w rezydencji prezydenta François Hollande’a, gdy jego asystent pospieszył z informacją, że na dole oczekują go policjanci. Równolegle dziesiątki funkcjonariuszy przeprowadzały przeszukania w muzeum i biurach kilku stowarzyszeń Aristophila, a także w nicejskiej willi Lhéritiera. Funkcjonariusze zajęli dokumenty finansowe oraz dyski z komputerów jako potencjalne dowody, zaś sąd zamroził konta firmy. Lhéritierowi postawiono zarzuty oszukania prawie osiemnastu tysięcy osób na łączną sumę ponad miliarda euro. Potwierdzenie zarzutów uczyniłoby z Lhéritiera architekta największej piramidy finansowej w historii Francji.

Pierwsze potknięcia Gérarda Lhéritiera

Dwa lata przed oskarżeniem Lhéritiera, akurat gdy orkiestra udająca oddział straży napoleońskiej zagrała imperialnego marsza, a grupa kobiet ucharakteryzowanych na osiemnastowieczne kurtyzany popijała szampana z ministrami, założyciel firmy Aristophil stał na podium w Hôtel de La Salle i witał gości we właśnie otwartym „panteonie listów i rękopisów”. Niedawne doniesienia głoszące, że spółka ma kłopoty, były według niego niczym innym jak tylko nieuzasadnionymi atakami. Lhéritier latami pracował na swój sukces. Wywodził się z klasy robotniczej z Meuse w północno-wschodniej Francji, więc – co naturalne – marzył o życiu nad morzem, najlepiej w Nicei. Po odbyciu służby wojskowej prowadził skromne życie, pracując w ubezpieczalni. Miał wprawdzie „na boku” firmę inwestującą w diamenty, ale zbankrutował w 1984 roku. Ożenił się i spłodził dwoje dzieci, a trzy lata po bankructwie rozwiódł się. Mniej więcej w tym czasie, podczas wycieczki do Paryża, wstąpił do sklepu z pieczątkami z nadzieją, że znajdzie coś na prezent dla syna. I znalazł! Wpadła mu w ręce niewielka koperta z napisem „Par ballon monté”. Została tak opieczętowana w czasie pruskiego oblężenia Paryża w 1870 roku, bo wysłano ją ponad armią najeźdźcy balonem – był to jeden z pierwszych listów wyekspediowanych pocztą powietrzną. Kosztowała 150 franków (około stu złotych). Jak napisał później, poczuł się wówczas jak poszukiwacz, który znalazł żyłę złota. Założył firmę Valeur Philatéliques i zaczął handlować znaczkami z Monako. Zaliczył wtedy pierwsze potknięcie. Władze francuskie oskarżyły Lhéritiera o oszustwo – zdaniem władz zawyżał wartość kolekcji. W marcu 1996 roku spędził w więzieniu dwa tygodnie, choć został później uniewinniony. W książce „Intime corruption”, którą Lhéritier napisał w 2006 roku, można przeczytać, że stał się ofiarą spisku rządowego. Lhéritier miał też pomysł na kolejny interes.

Tekst: Joel Warner. Cały artykuł znajdziecie w najnowszym numerze "Esquire'a"! 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie