Zemsta sadysty. Markiz de Sade, Aristophil i największa finansowa afera w historii Francji

Zemsta sadysty. Markiz de Sade, Aristophil i największa finansowa afera w historii Francji

Po śmierci markiz de Sade z francuskiego wroga nr 1 stał się skarbem narodowym, i to dosłownie. Przemiana miała się zakończyć w roku 2014, kiedy zwój z rękopisem „120 dni Sodomy” sprzedano za 10 milionów dolarów. Wydarzenia potoczyły się inaczej. Manuskrypt sprzed lat stał się bowiem przedmiotem największej afery finansowej w historii Francji.
26.10.2018

Wyłonili się z porannej mgły spowijającej galerie sztuki i butiki paryskiej 7. dzielnicy. Dokładnie o 9 rano, 18 listopada 2014 roku, policja wtargnęła do Hotel de La Salle. W XVII wieku była tu rezydencja książęca, ostatnio budynek zajmowała firma Aristophil – dynamiczna, choć nieco nowobogacka spółka inwestycyjna, którą założył niejaki Gérard Lhéritier, rzutki syn francuskiego hydraulika.

130 tysięcy bezcennych rękopisów 

 W ciągu dwudziestu lat działalności ten „król rękopisów” (takim mianem ochrzciły go francuskie media) zgromadził największą prywatną kolekcję rękopisów, niemal monopolizując w ten sposób rynek. W jego zbiorach, które liczą ponad sto trzydzieści tysięcy pozycji, znalazły się między innymi listy Napoleona Bonaparte do Józefiny, oryginał „Manifestu Surrealizmu” André Bretona, testament króla Ludwika XVI oraz fragmenty biblijnych rękopisów z Qumran.

7 milionów za ewangelię Zła 

Większość cymeliów zdeponowano w Muzeum Listów i Rękopisów założonym przez Aristophil, przy paryskim Boulevard Saint-Germain. Flagowy nabytek Lhéritiera – oryginał dzieła „120 dni Sodomy” – trafił do wykonanej na zamówienie szklanej gabloty na parterze rezydencji de La Salle. Pożółkły, wystrzępiony pergamin, szeroki na 11,4 cm, o długości ponad metra, z obu stron pokryty 157 tysiącami starannie zapisanych słów tak drobnych, że bez szkła powiększającego nie da się ich rozczytać. W więziennej celi stworzył go Donatien Alphonse François, znany jako markiz de Sade. Dzieło Francuza opisywano jako „jedną z najważniejszych powieści w dziejach” lub „ewangelię Zła”. Rękopis, przez ponad sto lat uważany za zaginiony, a także przemycany przez Europę, stał się jednym z najbardziej wartościowych manuskryptów świata. Lhéritier kupił go za siedem milionów euro w marcu 2014 roku, w dwusetną rocznicę śmierci de Sade’a. To również data, którą można uznać za ostateczne odkupienie dobrego imienia markiza. Wystawa prezentująca manuskrypt w siedzibie firmy Aristophil odbyła się równolegle z serią państwowych uroczystości na cześć de Sade’a – lepszej reklamy dla firmy Lhéritiera nie można było sobie wyobrazić.

Gérard, tęgi i niewysoki mężczyzna, z przerzedzonymi włosami, ale w dobrze skrojonym garniturze, omawiał niedawne przyjęcie w rezydencji prezydenta François Hollande’a, gdy jego asystent pospieszył z informacją, że na dole oczekują go policjanci. Równolegle dziesiątki funkcjonariuszy przeprowadzały przeszukania w muzeum i biurach kilku stowarzyszeń Aristophila, a także w nicejskiej willi Lhéritiera. Funkcjonariusze zajęli dokumenty finansowe oraz dyski z komputerów jako potencjalne dowody, zaś sąd zamroził konta firmy. Lhéritierowi postawiono zarzuty oszukania prawie osiemnastu tysięcy osób na łączną sumę ponad miliarda euro. Potwierdzenie zarzutów uczyniłoby z Lhéritiera architekta największej piramidy finansowej w historii Francji.

Bluźnierca w akcji 

Liczne wojny, które Ludwik XIV musiał prowadzić za czasów swego panowania, wyczerpując finanse państwa i siły narodu, pokazały jednak sposób na osiągnięcie bogactwa ogromnej liczbie tych pijawek zawsze czyhających na nieszczęścia publiczne, pijawek, które je wywołują zamiast łagodzić, ażeby czerpać z nich jak największe korzyści. (...) U schyłku tego panowania, (...) czterech z nich wymyśliło osobliwą partię rozpusty, z której mamy zamiar zdać sprawę. (...) A teraz, drogi czytelniku, winieneś przygotować swe serce i umysł na najbardziej nieczystą opowieść, jaka powstała od początku świata. ["120 dni Sodomy”]

Sade rozpoczął pisanie „120 dni Sodomy” 22 października 1785 roku, gdy przebywał w wieży więzienia w Bastylii. W celi dookoła leżały porozrzucane liczne osobiste akcesoria, na co zezwolono mu w ramach przywileju zarezerwowanego dla osadzonych z takim statusem: stos książek najróżniejszych tematów (od istnienia Boga do historii wampirów), pudełka ciastek Palais-Royal, flaszki lawendowej wody kolońskiej oraz drewniane dildo wykonane na zamówienie i według instrukcji markiza, do jego osobistego użytku.

Sade, urodzony w szlacheckiej rodzinie w 1740 roku, spędził życie, zamieszany w liczne skandale. Ledwie uniknął kuli wystrzelonej przez ojca jednej z jego służących, zranił nożem żebraczkę i polał jej rany gorącym woskiem, próbował skłonić prostytutkę do defekacji na krucyfiks – to niewielka, ale reprezentatywna próbka jego postępków. W 1777 roku wpływowa macocha markiza, madame de Montreuil, która ze zrozumiałych powodów miała dość błazeństw pasierba, uzyskała dla niego nakaz aresztowania wydany przez jej przyjaciela, króla Ludwika XVI. Sade został zamknięty bez postawienia mu żadnych zarzutów. Gdy zaczął pisać „120 dni Sodomy”, siedział w więzieniu od ośmiu lat. Praca przy świetle świec prawie pozbawiła go wzroku. A jednak, jak pisał: „Nie byłbym w stanie odwrócić się od mojego natchnienia; porywa mnie, zmusza mnie do pisania nawet wbrew sobie. Nieważne, co ludzie mogą zrobić, aby próbować mnie powstrzymać – nie ma szans, aby kiedykolwiek im się udało”.

Powieść „120 dni Sodomy” mówi o czterech arystokratach, którzy porywają szesnaścioro chłopców i dziewcząt w wieku 12–15 lat. Przez cztery miesiące poddają ich sadystycznym gwałtom i torturom. Mamy tam na początku księży pedofilów i tzw. złote deszcze, a potem jest tylko gorzej – od kazirodztwa, zoofilii, koprofilii, nekrofilii, głodzenia, patroszenia i obcinania kończyn, po kastrację, kanibalizm oraz dzieciobójswo. Po stu dwudziestu dniach powieściowa rezydencja jest unurzana w płynach ustrojowych i zasypana zwłokami. Sade pisał co wieczór przez trzydzieści siedem dni, sklejając ze sobą strony, aby potem obsceniczny i bluźnierczy rękopis zrolować i umieścić w ścianie celi.

Trzeciego lipca 1789 roku, po tym, jak Sade zamiast megafonu użył lejka z naczynia na mocz i próbował wydać własnych porywaczy, przetransportowano go siłą do położonego pod Paryżem ośrodka dla umysłowo chorych. Jedenaście dni później tłum buntowników zaatakował Bastylię; rozpoczęła się rewolucja francuska. W wyniku zamieszania rok później Sade został uwolniony. Przedstawiając się jako „Citoyen Louis Sade” (obywatel Louis Sade), parał się przez jakiś czas polityką, dopóki nie aresztowano go znowu w 1801 roku, gdy miał 61 lat. Sade spędził swoje ostatnie lata w zamknięciu. Zakończył życie, wierząc, że jego rękopis został zniszczony w czasie szturmu na Bastylię.

Pierwsze potknięcia Gérarda Lhéritiera

Dwa lata przed oskarżeniem Lhéritiera, akurat gdy orkiestra udająca oddział straży napoleońskiej zagrała imperialnego marsza, a grupa kobiet ucharakteryzowanych na osiemnastowieczne kurtyzany popijała szampana z ministrami, założyciel firmy Aristophil stał na podium w Hôtel de La Salle i witał gości we właśnie otwartym „panteonie listów i rękopisów”. Niedawne doniesienia głoszące, że spółka ma kłopoty, były według niego niczym innym jak tylko nieuzasadnionymi atakami. Lhéritier latami pracował na swój sukces. Wywodził się z klasy robotniczej z Meuse w północno-wschodniej Francji, więc – co naturalne – marzył o życiu nad morzem, najlepiej w Nicei. Po odbyciu służby wojskowej prowadził skromne życie, pracując w ubezpieczalni. Miał wprawdzie „na boku” firmę inwestującą w diamenty, ale zbankrutował w 1984 roku. Ożenił się i spłodził dwoje dzieci, a trzy lata po bankructwie rozwiódł się. Mniej więcej w tym czasie, podczas wycieczki do Paryża, wstąpił do sklepu z pieczątkami z nadzieją, że znajdzie coś na prezent dla syna. I znalazł! Wpadła mu w ręce niewielka koperta z napisem „Par ballon monté”. Została tak opieczętowana w czasie pruskiego oblężenia Paryża w 1870 roku, bo wysłano ją ponad armią najeźdźcy balonem – był to jeden z pierwszych listów wyekspediowanych pocztą powietrzną. Kosztowała 150 franków (około stu złotych). Jak napisał później, poczuł się wówczas jak poszukiwacz, który znalazł żyłę złota. Założył firmę Valeur Philatéliques i zaczął handlować znaczkami z Monako. Zaliczył wtedy pierwsze potknięcie. Władze francuskie oskarżyły Lhéritiera o oszustwo – zdaniem władz zawyżał wartość kolekcji. W marcu 1996 roku spędził w więzieniu dwa tygodnie, choć został później uniewinniony. W książce „Intime corruption”, którą Lhéritier napisał w 2006 roku, można przeczytać, że stał się ofiarą spisku rządowego. Lhéritier miał też pomysł na kolejny interes.

W 1990 roku założył swoją trzecią firmę, Aristophil, w której nazwie łączył słowa oznaczające sztukę, historię i filologię. Przedsięwzięcie było relatywnie bez znaczenia aż do 2002 roku, kiedy jego założyciel nabył komplet listów napisanych przez Alberta Einsteina i poświęconych teorii względności. Lhéritier zapłacił za nie w domu aukcyjnym Christie’s pięćset sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Poważni kolekcjonerzy byliby w stanie za to zapłacić więcej, ale znalezienie odpowiedniego kupca wymaga czasu. Dlatego Lhéritier opracował alternatywny model biznesowy: podzielił własność listów na udziały. To praktyka powszechna na rynku nieruchomości, ale nieznana w elitarnym świecie antykwarystów. Ten do niedawna nieosiągalny rynek otworzył się w ten sposób dla nauczycieli, duchownych, sklepikarzy i drobnych inwestorów, którzy marzyli o tym, by dokonać zwolnionej z podatku inwestycji w obiekty francuskiego dziedzictwa kulturalnego. Za kilkaset dolarów mogli stać się współwłaścicielami zmieniającej bieg historii korespondencji, ale też listów Jeana Cocteau czy Henriego Matisse’a. Udziałowcy mogli ponownie sprzedać udziały firmie Lhéritiera po pięciu latach. W międzyczasie Aristophil miał ubezpieczyć i chronić listy, jednocześnie promując je na wystawach na całym świecie, także w swoim własnym Muzeum Listów i Rękopisów, podnosząc przez to ich wartość. Brokerzy nakłaniający ludzi do inwestycji w przedsięwzięcie Lhéritiera obiecywali chętnym wysoki, czterdziestoprocentowy zysk. Wkrótce samo uczestnictwo firmy Aristophil w aukcji windowało ceny starodruków. To był początek hossy na rynku manuskryptów; z bibliotek i archiwów wyciągano dokumenty, które dotąd gniły w nich przez pokolenia.

Centrum francuskiego rynku antykwarycznego znajduje się w paryskiej dzielnicy Saint-Germain-des-Prés. Historyczne listy i sygnowane podpisami pierwsze wydania długo były sprzedawane i kupowane przez ludzi, których połączyła miłość do słowa pisanego. Teraz cenne egzemplarze pakuje się i wysyła ludziom, którzy raczej nie przesuwają opuszków palców po papierze, a wręcz bywa, że rzadko oglądają swoje nabytki. Rękopisy stały się instrumentem inwestycyjnym, co starą gwardię antykwariuszy doprowadza do wściekłości. Wśród nich jest Frédéric Castaing, który ze swojego stylowo urządzonego sklepu, oddalonego kilka budynków od siedziby Aristophil, z niesmakiem obserwował wzmacniającą się pozycję Lhéritiera. Jako wnuk słynnego handlarza antykami i syn właściciela Maison Charavay, najstarszego i najbardziej szanowanego antykwariatu handlującego rękopisami na świecie, Castaing był najgrubszą rybą na rynku manuskryptów. Do momentu, w którym pojawił się Lhéritier. „Zasady, którymi kierował się przy sprzedaży manuskryptów, były nieakceptowalne w naszym środowisku” – powiedział mi w listopadzie 2016 roku, gdy po raz pierwszy odwiedziłem jego sklep.

Szczególnie mocno Castaing nie znosił Jean-Claude’a Vraina, dilera książek, którego Lhéritier wyznaczył do pomocy przy wycenie. Niektórzy twierdzą, że niechęć narodziła się kiedyś przy dyskusji o polityce. Inni uważają, że z natury krzykliwy Vrain po prostu uosabiał wszystko, czym Castaing pogardza. W 2005 roku, jeszcze przed poznaniem Lhéritiera, Frédéric Castaing napisał powieść kryminalną „Rouge cendres” (Czerwone popioły) o szemranej próbie zmonopolizowania paryskiego rynku antykwarycznego. Jeden z negatywnych bohaterów, Augustin, był wzorowany na Vrainie. Castaing, który często otwarcie zwracał się przeciwko Lhéritierowi, w 2012 roku został poproszony o poprowadzenie wielkiej aukcji poważanego w środowisku domu aukcyjnego Hôtel Drouot. Aukcja była absolutną porażką: czterdzieści dziewięć z sześćdziesięciu pięciu przedmiotow nie znalazło nabywcow. Jak się okazało, Lheritier polecił swoim wspolnikom, aby nie licytowali. Przez tydzień po wydarzeniu Castaing codziennie rano znajdował pod drzwiami swojego sklepu kopię własnego katalogu aukcyjnego – elegancki odpowiednik uciętej końskiej głowy w pościeli, motywu znanego z „Ojca chrzestnego” Mario Puzo.

Rok wcześniej francuski rząd ogłosił, że archiwum listow Charlesa de Gaulle’a, nabyte przez Aristophil i podzielone między inwestorów firmy, w rzeczywistości należy do państwa. Kiedy podwładni Aurelie Filippetti, nowo mianowanej minister kultury, przyjrzeli się zwróconym dokumentom, okazało się, że otrzymali kopie. Po upomnieniu Lheritier oddał oryginały, ale Filippetti nie zapomniała mu tego afrontu. Mniej więcej w tym samym czasie belgijskie władze rozpoczęły śledztwo w sprawie oszustw i prania brudnych pieniędzy w Brukseli, gdzie firma Gerarda Lheritiera otworzyła filię paryskiego Muzeum Listow i Rękopisów. W grudniu 2012 roku Autorite des Marches Financiers, francuski odpowiednik Komisji Nadzoru Finansowego, wydał ostrzeżenie przed inwestowaniem na nieregulowanym rynku rękopisów i listów. Rok później pojawiły się doniesienia o tym, że po raz pierwszy w swojej historii firma Aristophil odmówiła odkupienia od części swoich inwestorów udziałów w rękopisach po upływie ustalonego w umowie czasu (prawnik Lheritiera twierdził, że firma nigdy nie dawała gwarancji ponownego wykupienia udziałów). Jeśli Lheritier martwił się już wtedy, to tego jednak nie okazywał. Gala otwarcia nowej siedziby firmy była za to solą w oku jego wrogów. W listopadzie poprzedniego roku Francuz wygrał dwieście dziesięć milionów dolarów na loterii EuroMillions – była to największa wygrana w historii kraju nad Sekwaną – i zainwestował około 40 milionów w Aristophil. A także przygotowywał się do dokonania najbardziej zuchwałego zakupu w swojej karierze.

Perypetie rękopisu 

Sade się mylił, bo rękopis „120 dni Sodomy” nie został zniszczony. Dokument odnalazł niejaki Arnoux de Saint-Maximin, który zabrał pergamin z ruin Bastylii i sprzedał go markizowi de Villeneuve - Trans. Jego spadkobiercy ukrywali go w prowansalskiej rezydencji rodziny przez ponad sto lat, ostatecznie sprzedając rękopis niemieckiemu kolekcjonerowi w 1900 roku. Cztery lata później berliński seksuolog Iwan Bloch opublikował, rzekomo dla dobra nauki, kilkaset kopii powieści Sade’a. Zwój wrócił do Francji w 1929 roku, kiedy to został zakupiony przez mecenasów europejskiej awangardy, Charles’a i Marie-Laure de Noailles, prapraprawnuków de Sade’a. Noaillesowie wypożyczyli badaczowi twórczości markiza rękopis i zgodzili się na stworzenie lepiej czytelnych kopii tekstu, choć – aby uniknąć cenzury – opublikowano je jako limitowaną edycję wyłącznie dla subskrybentów. Manuskrypt znalazł w końcu miejsce w gablocie w biblioteczce, skąd rodzina wyjmowała go, aby zabawiać lekturą osobistości pokroju Luisa Bunuela czy Salvadora Dalego. W 1982 roku manuskrypt przepadł: wypożyczono go bliskiemu znajomemu, wydawcy Jeanowi Grouetowi, który jednak przemycił cenną przesyłkę do Szwajcarii i sprzedał za kwotę około 60 tysięcy dolarów. Kupcem był potentat handlowy Gerard Nordmann, właściciel jednej z większych prywatnych kolekcji erotyków na świecie. Nie udały się próby odzyskania manuskryptu. Proponowano ponowne odkupienie dzieła, ale Nordmann odmówił, zarzekając się, że „zatrzyma zwoj do końca życia”. Po długiej batalii sądowej najwyższy trybunał Francji orzekł, że rękopis został skradziony i rozkazał zwrócenie go de Noaillesom. Jednak Szwajcaria, która nie ratyfikowała jeszcze wówczas konwencji UNESCO nakazującej zwrot skradzionych dóbr kultury, odmówiła. W roku 1998 szwajcarski sąd federalny orzekł, że Nordmann nabył manuskrypt w dobrej wierze. W tym samym czasie autor spornego rękopisu dostąpił kulturalnego odkupienia. Po tym, gdy w latach 70. francuskie władze zniosły zakaz publikowania jego książek, Sade jawił się czytelnikom jako człowiek wyprzedzający swoją epokę: inspirator surrealistów, prekursor Freuda, a nawet zwiastun Holokaustu. Dzięki publikacji jego książek w znakomitych seriach wydawniczych, jak Bibliotheque de la Pleiade czy Penguin Classics, „Boski Markiz” dołączył do panteonu francuskich pisarzy.

Wiele pokoleń temu rodzina de Sade’ów zrezygnowała z tytułu markiza z powodu jego nie najlepszych konotacji. Dziś Hugues de Sade, bezpośredni potomek Donatiena Alphonse’a Francois de Sade’a, sprzedaje pod szyldem Maison de Sade wina, wódki i piwa. „On pewnie patrzy na to teraz z grobu i się uśmiecha” – powiedział mi Hugues, gdy byliśmy w jego podparyskim mieszkaniu, w którym brązowy odlew czaszki słynnego przodka spoczywa na honorowym miejscu na stoliku do kawy. Hugues żywi nadzieję, że powstanie kolekcja bielizny Victoria’s Secret inspirowana Sade’em. Nordmann za to dotrzymał słowa: zatrzymał manuskrypt do końca swoich dni. Po śmierci jego (1992) i jego żony (2010), spadkobiercy wystawili kolekcję erotyków na sprzedaż. Bruno Racine, dyrektor Biblioteki Narodowej Francji, wyczuł wtedy okazję i – wspierany przez francuską Komisję Skarbów Narodowych – zebrał prawie 5 milionów dolarów, aby w 2013 roku kupić historyczny rękopis.

Dwa dni przed sfinalizowaniem umowy Nordmannowie wycofali się z niej. Niecały rok później, w marcu 2014 roku, Lheritier ogłosił, że właśnie nabył „120 dni Sodomy” za dziesięć milionów dolarów. Większość tej kwoty trafiła do Nordmannow oraz rodziny spadkobierców de Sade’a. Lheritier zaproponował przekazanie rękopisu Bibliotece Narodowej, ale dopiero po 5–7 latach ekspozycji we własnym muzeum i w zamian za znaczną redukcję zobowiązań podatkowych jego firmy. Biblioteka była gotowa przystąpić do porozumienia, ale Ministerstwo Kultury Aurelie Filippetti, pamiętając zniewagę przy przekazaniu listów de Gaulle’a, odmówiło współpracy. Muzeum Orsay poprosiło o wypożyczenie rękopisu na swoją wystawę „Sade. Atakując Słońce”. Lheritier wtedy sam odmówił, bojąc się, że gdy udostępni manuskrypt muzeum podlegającemu Ministerstwu Kultury, może go nigdy nie odzyskać. Zamiast współpracować, szef Aristophil na miesiąc przed otwarciem ekspozycji muzeum zorganizował swoją własną wystawę!

Dwa miesiące później do drzwi Lheritiera zapukała policja. „Filipetti i kilku złośliwych prokuratorów myślało, że po zrujnowaniu Aristophil dostaną rękopis za darmo – powiedział mi później Lheritier. – W samym sercu Aristophil i przynależnych mu muzeów podłożyli bombę, która nagle eksplodowała”. Podczas naszej rozmowy Lheritier siedział przy stole salonu willi w Nicei. Czułem się jak w fortecy, której gospodarz miał na sobie kobaltowy garnitur, kraciastą, rozpiętą pod szyją koszulę i pasującą do niej poszetkę. Wyglądał jednak na starszego i bardziej zmęczonego niż na zdjęciach, które widziałem wcześniej. To pierwszy raz, kiedy publicznie opowiedział o wzlocie i upadku firmy Aristophil od momentu, gdy został obwołany francuskim Bernie Madoffem.

Agenci z państwowego wydziału spraw konsumenckich i zapobiegania nadużyciom, nieufni wobec nietypowego modelu biznesowego Aristophil, przez lata prowadzili śledztwo w sprawie działania tej firmy. Według prawników reprezentujących byłych klientów, Lheritier i jego współpracownicy znacznie zawyżali opłaty za dzierżawę akcji Aristophil, używając nowych inwestycji do spłacania starych i do pozyskiwania nowych nabytków. Śledczy finansowi przekazali sprawę francuskiej prokuraturze, która zarządziła nalot policji w listopadzie 2014 roku. Cztery miesiące później sędzia śledczy oskarżył Lheritiera o oszustwo, pranie pieniędzy, oszukańcze praktyki marketingowe i nadużycie zaufania. Władze miały oskarżyć również trzech wspólników Aristophil: Vraina, księgowego oraz jednego z dyrektorów firmy. Sąd zabezpieczył wygraną na loterii, nieruchomości (aczkolwiek w dalszym ciągu Lheritier może mieszkać w swojej nicejskiej willi) czy konie wyścigowe. Pieniądze zawdzięcza synowi, Fabrice’owi, któremu kiedyś podarował część wygranej w loterii EuroMillions. Lheritier spędza czas, przygotowując się do procesu, którego data jeszcze nie została wyznaczona. Jesteśmy w jego luksusowej, pokrytej drewnianym dachem willi, a mój rozmówca pokazuje mi zdjęcia dzieci i wnuków. Widok na morze zapiera dech w piersiach. W łazience króluje elektroniczna toaleta z podgrzewaną deską i samootwierającą się klapą – wyjątkowy tron dla syna i wnuka hydraulików. Lheritier wciąż jest pewny siebie. Jak mówi: „To może zająć dwa albo trzy lata, ale ostatecznie nic mi nie zrobią”. Kiedy pytam, ile lat może spędzić w więzieniu, łączy ze sobą palce w symboliczne zero.

Zdaniem prawnika Lheritiera, jego klient nie może zostać uznany za winnego oszustwa, bo w Aristophil nigdy nie gwarantowano, że firma będzie odkupować od inwestorów udziały w rękopisach. W kontrakcie jasno napisano jedynie, że inwestorzy mogą zaoferować firmie sprzedaż udziałów po upływie pięciu lat. Co z zakładanym 40-procentowym zyskiem? Te obietnice pochodziły od brokerów, a nie od Lhéritiera. Anne Lamort, była szefowa francuskiego konsorcjum księgarzy, od dawna podejrzewała, że szef Aristophil coś kombinuje. Przyznaje jednak, że argumenty, których używa przeciw niemu państwo, nie są przesadnie mocne. Jeśli działanie firmy to oszustwo, to dlaczego Lhéritier zainwestował w tę firmę miliony euro z wygranej na loterii? „Po raz pierwszy w swoim życiu widzę przypadek, w którym główna ofiara systemu, który miałby być oszustwem, jest jednocześnie uważana za głównego oszusta w tym przedsięwzięciu” – mówi adwokat twórcy firmy Aristophil. Ale i o wygranej na loterii krążą różne plotki. Niektórzy wierzą, że Francuz odkupił od kogoś zwycięski los, aby usprawiedliwić w ten sposób inwestycję w firmę.

Lhéritier uważa, że jego zniszczenie jest celem ministerstw Kultury, Finansów i Sprawiedliwości, bo zagroził panującemu status quo i ośmielił się obnosić z sukcesem. W jego historii jest coś pociągającego – outsider wywraca do góry nogami elitarny świat antykwariuszy dzięki śmiałości i odrobinie szczęścia. Z drugiej strony – firma Aristophil jest winna około półtora miliarda dolarów prawie osiemnastu tysiącom inwestorów. Wśród nich jest aktor Geoffroy de La Taille, który wraz z żoną zainwestował w rękopisy 230 tysięcy dolarów. W akcje Aristophil zainwestował też Robert Cipollina, niegdyś motocyklista wyścigowy, właściciel niewielkiego przedsiębiorstwa z Awinionu; dzięki zyskom z inwestycji w manuskrypty chciał kupić nowy samochód. Zmienił zdanie w 2014 roku, gdy wiedział już, że umiera na białaczkę. Zdecydował wówczas, że odsetki z inwestycji w Aristophil przypadną jego dzieciom.

Po prawie trzech latach w ukryciu rękopis „120 dni Sodomy” w zeszłym roku znów wypłynął na światło dzienne. Zwój trafił do domu aukcyjnego Drouot, gdzie został wystawiony razem z innymi eksponatami skonfiskowanymi w Aristophil. Aguttes, paryska firma aukcyjna, która wygrała przetarg na przechowanie i sprzedaż majątku Aristophil, zapowiedziała wielką wyprzedaż kolekcji na 20 grudnia 2017 roku. Wtem, dosłownie dwa dni wcześniej, francuski rząd ogłosił rękopis dzieła markiza skarbem narodowym. Kiedy dwa dni później, w zimne i ponure popołudnie, w największej sali Drouot rozpoczęła się aukcja, licytator wyjaśnił, że rękopis trafi na przechowanie, dopóki Francja, która ma pierwszeństwo w transakcji, nie wynegocjuje dla siebie odpowiedniej ceny.

Aukcja przebiegła sprawnie, ale w powietrzu dało się wyczuć raczej niewesoły nastrój. Nawet Vrain, jak zawsze w rzucającym się w oczy kapeluszu z szerokim rondem, siedział przez większość aukcji, unikając ostentacyjnych gestów, które tak drażniły Castainga. Wyszedł ostatecznie z aukcji z oryginalnym rękopisem Balzaka za półtora miliona dolarów i kaligraficznym wydaniem dramatów Dumasa za sto tysięcy dolarów, ale wiele cymeliów nie osiągnęło nawet minimalnej ceny wyznaczonej przez firmę aukcyjną. Prawie jedna trzecia okazów nie została sprzedana, a przecież była to pierwsza i najważniejsza z trzystu aukcji, które zostaną zorganizowane w najbliższych latach, aby upłynnić gigantyczną liczbę przedmiotów z magazynów Aristophil. Tymczasem były król manuskryptów umywa ręce: „Po tej aukcji czuję wściekłość – napisał mi w mailu. – Wybór Aguttes do zarządzania licytacjami to oszustwo”. Lhéritier uważa, że licytatorowi zabrakło doświadczenia, a także że organizowanie tak ważnej aukcji przed Bożym Narodzeniem to wariactwo.

Jednym ze skarbów, które prawdopodobnie nigdy nie osiągną ceny przepowiadanej przez Lhéritiera, jest dzieło de Sade’a. Wygląda na to, że manuskrypt skończy w Bibliotece Narodowej bez aukcji, więc raczej nie sprzeda się za dziesięć milionów dolarów, które Lhéritier zapłacił w 2014 roku. „Być może rękopis rzeczywiście jest przeklęty. Może gdybym go nie dotknął, firma Aristophil ciągle by istniała?” – zastanawia się Francuz. Monsieur Lhéritier przyznaje, że nigdy nie rozmyślał nad głębszym znaczeniem dzieła de Sade’a. Nie zastanawiał się nad moralną zgnilizną opisaną w „120 dniach Sodomy”. W zasadzie nigdy nawet nie doczytał tej książki do końca.

Tekst Joela Warnera w tłumaczeniu Patrycji Pokory ukazał się w Esquire 03/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie