"Nigdy się tak naprawdę nie obracałem w wyższych sferach"- rozmowa z Paulem McCartneyem
Starstock

"Nigdy się tak naprawdę nie obracałem w wyższych sferach"- rozmowa z Paulem McCartneyem

Paul McCartney opowiada Alexowi Bilmesowi, dlaczego wciąż koncertuje, czy czuje się częścią establishmentu i dlaczego intuicja podpowiada mu, że sukces Beatlesów jest już nie do potwórzenia. I o setkach innych rzeczy...
16.05.2018

Zanim Paul McCartney dotarł w kwietniu do Osaki, trasa koncertowa promująca album „Out There” trwała już od prawie dwóch lat. Zagrał dla blisko dwóch milionów ludzi, od Montevideo po Winnipeg, od Nashville po Warszawę. Występy w Seulu i Marsylii przyciągnęły nieprzebrane tłumy. Wcześniej muzyk objechał świat z trasą „On the Run”, którą z kolei poprzedziły koncerty promujące album „Up and Coming”, rozpoczęte na początku tej dekady. Mógłbym w ten sposób jeszcze długo przypominać artystyczną przeszłość Paula McCartneya na dowód, że jest niezmordowanym obieżyświatem, choć na pewno nie zrobię tego z takim zacięciem i entuzjazmem, jakie on sam potrafi z siebie wykrzesać przy okazji każdego z tych wspaniałych retrospektywnych przeglądów własnej twórczości. Podczas koncertów gra do czterdziestu utworów z obszernego katalogu obejmującego ponad 50 lat kariery, a występy trwają prawie po trzy godziny. Wielki wysiłek, jakiego to wymaga, mógłby imponować nawet w 1965 roku, kiedy miał 23 lata, nic więc dziwnego, że wszyscy zachodzą w głowę, jak robi to teraz. A wcale nie wygląda na to, by miał zamiar przestać lub choćby trochę zwolnić tempo.

Nie potrzebuje pan pieniędzy ani sławy. Dlaczego właściwie męczy się pan, dając serię koncertów w Japonii, zamiast odpoczywać?

To mój zawód i po prostu za tym przepadam. I dla publiczności. Kiedy śpiewam, dostaję od ludzi tyle ciepła i podziwu. Kto by tego nie kochał? Do tego mam świetny zespół. Kolejna rzecz, robię coś w rodzaju przeglądu moich wszystkich kompozycji. Kiedy teraz śpiewam „Eleanor Rigby”, jako dzisiejszy ja przywołuję dzieło dwudziestokilkulatka i zachwycam się, jakie to świetne. (śpiewa) Wearing the face that she keeps in the jar by the door. Ach! Po latach wszystko znowu przelatuje mi przed oczami! Jakbym tonął… w najmilszy możliwy sposób.

Nigdy nie rozważał pan przejścia na zasłużoną emeryturę?

Żeby siedzieć w domu i gapić się w telewizor? Owszem, wielu tak robi. Golf, uprawianie ogródka… Dziękuję bardzo. Czasem myślę: po tylu latach powinieneś mieć tego po dziurki w nosie, poczuć się wyczerpany. Mój menedżer, z którym już dzięki Bogu nie pracuję, dawno temu sugerował, że po pięćdziesiątce powinienem wycofać się ze sceny. Powiedział, że to już będzie obciach. Pomyślałem: Boże, on może mieć rację! Ale ja uwielbiam pisać i komponować, a śpiewanie wciąż sprawia mi radość. To co mam zrobić? Spotyka się tylu ludzi, którzy idą na emeryturę, a potem po prostu gasną i umierają.

To znaczy, że pan wciąż czuje, że ma coś do udowodnienia?

Nieustannie. To trochę głupie uczucie. Czasami sam siebie próbuję przekonać, mówię: zastanów się, człowieku, popatrz, ile już osiągnąłeś. Czy to ci nie wystarczy? Ale przecież zawsze mogę zrobić coś lepiej. Może potrafiłbym jeszcze napisać coś odkrywczego, świeżego. A taka myśl zawsze mobilizuje. Właściwie nigdy tak naprawdę nie byłem do końca zadowolony z siebie. Nawet kiedy The Beatles byli u szczytu popularności. Wolę przyznać, że są rzeczy, które jeszcze nie wychodzą mi najdoskonalej i stale nad tym pracuję. Zawsze tak robiłem, podobnie jak wszyscy w zespole. John też wciąż się zadręczał, czy wszystko robi, jak należy. A wystarczy posłuchać jego tekstów. Sądzę, że tak jest z większością artystów.

Mówi się, że szczęście nie jest najlepszym źródłem natchnienia.

Nie jestem pewien, czy tak jest. Przecież można pisać dobre wesołe piosenki. Wrogiem jest na pewno samozadowolenie. I w sumie wolę wciąż myśleć „jutro wieczorem zaśpiewam to lepiej”. Ten mobilizujący wysiłek popycha mnie do przodu. Wydaje mi się to dobre i takie ludzkie.

Pańskie występy są długie: trzy godziny, czterdzieści piosenek...

Springsteen też trochę przeciąga. Wie pan, skąd się to bierze? Mamy wiele utworów.

To przegląd retrospektywny, z dużym naciskiem na The Beatles. Przez wiele lat nie grał pan piosenek Beatlesów, próbował pan od nich uciec. Co się teraz zmieniło?

Ściśle mówiąc, było to zaraz po rozpadzie naszej czwórki, kiedy starałem się wyrobić pozycję dla swojego zespołu The Wings i musiałem powiedzieć sobie: „Tak, jesteś eks-Beatlesem, ale teraz próbujesz stworzyć coś nowego”. Ryzykowałem, bo organizatorzy koncertów myśleli zupełnie inaczej. Wciąż słyszałem: „Nie możesz po prostu zagrać ‘Yesterday’ na zakończenie występu?”. „No właśnie nie!”.

Publiczność też z pewnością chciała usłyszeć „Yesterday”.

Racja. Ale odpowiadałem: przykro mi, muszę to zrobić po swojemu. Nie mogę polegać tylko na kompozycjach Beatlesów. Jakoś w 1976, kiedy z The Wings mieliśmy udaną trasę po Stanach, pomyślałem „Chyba już jest dobrze”. Poczułem, że nareszcie mam życie po Beatlesach. Wtedy dopiero byłem w stanie przyznać to, co cały czas wiedziałem, to, o czym pan wspomniał przed chwilą. To znaczy, gdybym przyszedł na czyjś koncert, chciałbym posłuchać największych przebojów. Nie mam ochoty słuchać jak Stonesi grają kawałki ze swojego nowego albumu. Chcę „Satisfaction”, „Honky Tonk Women”, „Ruby Tuesday”. W końcu znalazłem logiczne wytłumaczenie.

Wiele pańskich utworów to piosenki autobiograficzne. Jednym z powodów, dla których mają one tak silny oddźwięk jest to, że ludzie wiedzą, o czym one są: „Let It Be” o pańskiej mamie, „Maybe I’m Amazed” o Lindzie. Czy, wykonując piosenki, myśli pan o tych osobach? Nie boli to pana?

Nie zawsze. Śpiewam je, bo to są przecież piosenki. Kiedy śpiewam „Let It Be”, nie myślę o mamie. No i dam głowę, że każda osoba obecna na koncercie myśli wtedy o czymś innym. To daje jakieś 50 000 różnych skojarzeń, zależnie od pojemności sali. Oczywiście „Here Today” to wyjątkowo osobisty utwór. To moja rozmowa z Johnem. I kiedy śpiewam, to wszystko przewija mi się w głowie. (śpiewa) What about the night we cried? I od razu staje mi przed oczami Key West. Jesteśmy wszyscy pijani. Z powodu huraganu nie dojechaliśmy do Jacksonville, utknęliśmy w Key West, nie spaliśmy całą noc i piliśmy na umór, cukrząc sobie nawzajem („Jesteś po prostu wielki, kurwa!”), więc wtedy naprawdę wiem, o czym śpiewam.

Więc na ogół nie wzrusza się pan tak, jak publiczność?

Na ogół. Gdybym się wzruszał, nie byłbym w stanie ich zaśpiewać. Mógłbym tylko płakać. Ale tak, są takie chwile. Kiedyś, chyba było w Ameryce Południowej, stał pod sceną wysoki, posągowy człowiek z brodą, przystojniak. Obejmował ramieniem dziewczynę, najwyraźniej córkę. Zresztą to wcale nie musiała być córka, ale ja wiedziałem, że była. Śpiewałem „Let It Be” i patrząc przed siebie zauważyłem, jak on spogląda w dół na nią, a ona na niego w górę, takim porozumiewawczym wzrokiem, i naprawdę przeszedł mnie dreszcz. Wzruszyłem się. W takiej chwili niełatwo się opanować i śpiewać dalej. A widzę wiele podobnych scen. Jeśli zobaczę, że ktoś płacze podczas „Here Today”, mogę się całkiem rozkleić. To znaczy, na jednym poziomie to jest tylko piosenka, a na innym wielki ładunek emocji. Zawsze mnie zaskakuje, kiedy widzę dziewczynę całą we łzach, która wpatruje się we mnie, gdy śpiewam. To dla niej naprawdę coś znaczy.

Kiedy przeprowadzam wywiady z aktorami czy pisarzami, często proszę ich, by przytoczyli tekst piosenki, który jest dla nich szczególnie ważny. To może wiele powiedzieć o człowieku. Chociaż nie jestem pewien, czy w pana przypadku takie pytanie w ogóle ma sens, bo przecież napisał pan takie mnóstwo piosenek.

Dobrze, spróbuję. "Why don’t we do it in the road."

Nie takiej odpowiedzi się spodziewałem. Ja bym wybrał sentymentalne: „And in the end the love you take is equal to the love you make”. Ostatnie słowa ostatniej piosenki Beatlesów. Wzruszające.

Dziwne, że wybrał pan ten króciutki kawałek (chodzi o utwór „The End”). Nie pamiętam nawet, jak i kiedy go napisałem. Jakoś tak wyskoczył sam z siebie, jak wiele moich kompozycji. Ludzie często mnie pytają, co czuję, kiedy myślę o The Beatles. Coś w rodzaju dumy, bo nieśliśmy pozytywny przekaz. Teraz tym utworem zamykam moje koncerty, nadałby się też na zakończenie wywiadu. To co, koniec rozmowy?

Czy pan jeszcze pamięta, jak to jest nie być sławnym?

Jasne. Nie wpuszczą cię do większości klubów, dziewczyny na ciebie nie lecą. To jest bardzo stresujące. I nie ma się pieniędzy. Żart. Dobrze pamiętam, jak to jest. Szkolne lata, dorastanie w Liverpoolu. Mam mnóstwo wspomnień z dzieciństwa. I z trochę późniejszych czasów, kiedy zaczęliśmy grać jako The Beatles, kiedy marzyliśmy o sławie i rozsyłaliśmy listy: „Szanowni Państwo, jesteśmy półprofesjonalnym zespołem rockowym. Uważamy, że jesteśmy bardzo dobrzy. Mamy przed sobą przyszłość…”.

Czy sława okazała się taka, jak sobie wyobrażaliście?

W pewnym sensie tak. Bo w naszych wyobrażeniach była równie trudna jak wspaniała. Ostrzegano nas przed tym. Pamiętam, jak podejmowałem wtedy bardzo świadomą decyzję: stajemy się niezwykle popularni i musisz postanowić, czy w to naprawdę wchodzić. Nie wiem, czemu pomyślałem wtedy o Marilyn Monroe. W takim sensie, że sława może być koszmarem. To było po powrocie z Grecji. Tam nie byliśmy znani. Zakumplowałem się z chłopakami z zespołu, który grał w hotelowej restauracji, i pamiętam, jak im mówiłem: wiecie, ja też mam zespół, nazywamy się The Beatles. A oni patrzyli na mnie pustym wzrokiem, bo nic im to nie mówiło. Pomyślałem, że to w sumie fajnie, bo jeśli sława da nam za bardzo popalić, zawsze możemy przyjechać do Grecji. Oczywiście następnego roku było za późno.

Niektórzy męczą się ze swoją popularnością. Sława rozbija ich psychicznie. Pan przyjmuje ją z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Do pewnego stopnia to prawda. Jeżeli coś się w życiu psuje, tak jak to było z rozwiązaniem The Beatles, wówczas sława może stać się koszmarem, bo nie można od niej uciec, skoro samemu się ją stworzyło. Wtedy trudno sobie z nią poradzić. Ale, tak jak pan mówi, niektórzy nie radzą sobie ze sławą, nawet kiedy wszystko im idzie jak z płatka.

Nie radzą sobie z tym, że są w centrum uwagi.

Mnie to nie przeszkadza. Żartuję sobie z moją córką Mary, że kiedy jestem w złym humorze i gdzieś jedziemy, a tam obskakują mnie ludzie, to ona powie do mojej żony, Nancy: „On potrzebuje pochlebstw i zainteresowania, to mu poprawia nastrój. I rzecz w tym, że to prawda. Przez całe życie biłem się o pochwały – o nagrody w szkole, o dobry wynik na egzaminie, o dobrą pracę. Zawsze próbowałem sił tam, gdzie mogłem od kogoś usłyszeć – jesteśdobry. Kiedy ktoś mi to mówi, to nie są dla mnie puste słowa. Czekam na nie i cieszę się z nich. Bycie w centrum uwagi nigdy mi nie działało na nerwy.

W Liverpoolu żyliście raczej skromnie.

W gruncie rzeczy byliśmy biedakami.

Czy pan wciąż czuje się związany z tamtym światem?

Ciągle czuję się jak ten sam człowiek. Dawniej co roku przyjeżdżałem do rodzinnego domu na przyjęcie sylwestrowe, to było prawie jak obrzęd religijny. Zwłaszcza kiedy starsze pokolenie jeszcze żyło. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze urządzaliśmy wielki bal. Tata grał na pianinie, przychodzili wujkowie i ciotki. Ja i mój brat podawaliśmy do stołu. Mam mnóstwo wspaniałych wspomnień z tamtych czasów. To była kochana rodzinka. Ludzie czasami mnie pytają: „Jak to się stało, że sława cię nie odmieniła?”. Myślę, że to właśnie dzięki rodzinie. Już tak często tam nie jeżdżę, pewnie dlatego, że ciotki i wujkowie poumierali. Ale od czasu do czasu jednak zaglądam i zawsze mi to daje oparcie. (mówi z liverpoolskim akcentem) „Paul, no jak tam? Co u ciebie?” Zawsze czuję się jednym z nich. Tam są moje korzenie.

Mówi się, że lata sześćdziesiąte stworzyły społeczeństwo bezklasowe. Czy to prawda?

Nie. Ale myślę, że pomogły zrobić krok w tę stronę. Te czasy bardzo sprzyjały kontaktom z rozmaitymi ludźmi: muzykami, malarzami, artystami, arystokracją, dramatopisarzami. Ze wszystkimi. Podobało mi się to. Ale sądzę, że ostatecznie arystokracja zostanie tą wyższą, elitarną warstwą. To się nie zmieni tak długo, jak będą istnieć Eton i Harrow.

Otrzymał pan tytuł szlachecki. Czy czuje się pan teraz częścią establishmentu?

Nie. Na ogół nie utrzymuję kontaktów z arystokratami, nawet ich zbyt wielu nie znam. Kiedy zostałem sir Paulem, ta kwestia wypłynęła. Myślałem, że teraz pewnie będę musiał bywać na bankietach w najlepszym towarzystwie. Ale kobiety, które mnie pociągają, wcale się do tego nie palą. Jakoś nie mają aspiracji towarzyskich. Czasami mówię: „Może się wybierzemy? Może być miło”. „Nie, chodźmy lepiej do kina”. Nigdy się tak naprawdę nie obracałem w wyższych sferach.

Czy się to panu podoba czy nie, jest pan skarbem narodowym. To może stępić pazur, sprawić, że człowiek robi się łagodny i oswojony.

Jak Geldof. Dostał tytuł szlachecki i już potem nie sprzedał jednej płyty.

No właśnie! Jest pan świadomy tego, że w publicznym odbiorze jest pan potulną postacią?

Nigdy nie pielęgnowałem takiego wizerunku. Ale myślę, że kiedy człowiek zakłada rodzinę, ma się wnuki i otwarcie je podziwia, to atmosfera wokół niego, chcąc nie chcąc, robi się miła. A co do szlachectwa, to trzeba się zastanowić, czy je przyjąć czy nie. Ktoś powiedział, że odrzucając szlachectwo też można zyskać prestiż. Ja na to, „Wiem, coś o tym czytałem”. Zastanawiałem się, co mam zrobić. Potem spotkałem się z Bobbym Charltonem (piłkarz angielski, tytuł szlachecki 1994). On przyjął taką postawę: „Jestem dumny z tego, że jestem Brytyjczykiem”. Pomyślałem sobie, że o to chodzi! Powiedziałem, że z dumą przyjmuję ten honor. Mam dużo sympatii do królowej. Była śliczną dziewczyną, kiedy ja byłem jeszcze dzieciakiem. Serio. Mieliśmy po 11 lat, a ona jakieś 21. Piękna kobieta. A jaką miała figurę! Nie wypada mi tak mówić o Jej Królewskiej Mości, ale jako uczniaki nie raz rzucaliśmy z podziwem: „Ty patrz, jak jej cycki falują!”.

Czy podczas któregoś ze swoich wielu spotkań z królową skorzystał pan z okazji, by jej to powiedzieć?

Nie! Ale regularnie mówię to dziennikarzom, w nadziei, że kiedyś o tym przeczyta.

Flirt przez pośrednika.

Była prześliczna jako dziewczyna. Dość popatrzeć na jej dawne zdjęcia.

Pana nazwisko na zawsze już będzie kojarzone z Johnem Lennonem.

Mam taką nadzieję.

Ale był czas, że się pan na to obruszał.

Pewnie, że tak. Zawsze patrzyłem na życie z perspektywy publiczności. Wydaje mi się, że mam taki dar. Po rozwiązaniu zespołu wszyscy mieliśmy mniej więcej równą pozycję. George nagrał płytę solową, John nagrał płytę solową, ja i Ringo tak samo. Było tak, jak za czasów Beatlesów, bo nadal byliśmy sobie równi. Kiedy zastrzelono Johna, poza samą potwornością tego zdarzenia, pojawiła się myśl: tak, teraz John zostanie męczennikiem. Jak JFK. W końcu zacząłem się frustrować, bo zewsząd słyszałem, że The Beatles to on. A ja, Ringo i George mówiliśmy: „Zaraz, chwileczkę. Jeszcze rok temu wszyscy byliśmy równi”. Tak, wkład Johna był ogromny, nie da się zaprzeczyć. Po Beatlesach zrobił jeszcze więcej świetnych rzeczy, ale też sporo przeciętnych. Kiedy zginął, zrobiono z niego bohatera, otoczono kultem jak Jamesa Deana. Nie miałem nic przeciwko temu – na ogół się z tym zgadzałem – ale dotarło do mnie, że zaraz zacznie się rewidowanie przeszłości. Wszyscy zaczną przedstawiać Johna jako filar zespołu. Koledzy uspokajali mnie, mówili, żebym się nie przejmował. Mówili, że ludzie wiedzą, jak było naprawdę. Ale potem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Na przykład, kiedy Yoko wypowiadała się dla prasy i nagle okazywało się, że (parodiuje akcent Yoko) „Paul nic nie robił! Najwyżej rezerwował studio nagraniowe…”. No kurwa mać! Chwileczkę, laluniu! Nic nie robiłem, poza rezerwowaniem studia? Teraz ludzie wiedzą, że to bzdura. Ale to nie wszystko. Wciąż fałszowano przeszłość. Johnowi przypisywano wszystkie zasługi. Oczywiście, jeśli się wybierze wszystkie jego świetne kompozycje i zestawi z moimi słabszymi, to jest to łatwe do udowodnienia.

Wyrósł też spór wokół tego, że utwory są sygnowane podpisem Lennon/McCartney, a nie odwrotnie.

Jeszcze na starcie kariery zastanawialiśmy się, jak podpisywać nasze piosenki. Spotkaliśmy się z Brianem Epsteinem, John i ja. Trochę się spóźniłem. John i Brian już się dogadali. „Wydaje nam się, że powinniśmy je sygnować Lennon i McCartney”. Ja na to: „A może McCartney i Lennon?”. A oni: „Dobrze, to będzie na zmianę: raz Lennon/ McCartney, raz McCartney/Lennon”. Ale tak się nigdy nie stało. I ja się nie sprzeciwiałem. To w końcu było całkiem dobre logo, tak jak Rogers i Hammerstein. Więc pomyślałem: niech będzie. Ale potem wyszła płyta „Anthology” [w 1996, długo po śmierci Epsteina i Lennona]. Piosenki były podpisane „słowa i muzyka John Lennon i Paul McCartney”. No to już nie jest to samo, co „Lennon i McCartney”, to już nie jest to dawne logo. W szczególnych przypadkach, takich jak „Yesterday”, do którego John w rzeczywistości nie przyłożył ręki, podobnie jak żaden z Beatlesów – napisałam ją w całości sam, sam też ją wykonywałem, nikt poza mną nie miał z nią nic wspólnego i nikt temu nie zaprzeczał – zaproponowałem, żeby może jednak moje nazwisko umieścić na pierwszym miejscu. Czy to taki zły pomysł? Przy „Strawberry Fields” niech będzie „John Lennon i Paul McCartney”, przy „Nowhere Man” – „John Lennon i Paul McCartney”, a znowu przy „Penny Lane” – „Paul McCartney i John Lennon”. Początkowo Yoko się zgodziła. A po kilku dniach zadzwoniła i powiedziała, że zmieniła zdanie, że to zły pomysł. Dla mnie to była ważna kwestia i nie chciałem ustąpić, szczególnie przy tej konkretnej piosence, ponieważ na oryginalnym wydaniu utwór „Yesterday” był opatrzony podpisem „John Lennon i Paul McCartney” a nad tym jeszcze widniało zdjęcie Johna. Zagotowałem się wtedy, ale ostatecznie się nie zgodzili.

Czy w końcu przestał się pan tym zadręczać?

Rzecz w tym, że wtedy jeszcze rzucili się na mnie ludzie, którzy nie rozumieli mojego punktu widzenia. Pojawiały się nawet opinie, że tańczę na grobie Johna. „Co za bufon!”. „Jak śmie stawiać swoje nazwisko przed Johnem?" Ale to nie miało nic wspólnego z bufonadą. Chodziło mi tylko o to, kto naprawdę był autorem utworu. John kiedyś udzielił uczciwego wywiadu dla „Playboya”, w którym wyraźnie rozgraniczył – to jest moje, to jest Paula. Więc pomyślałem, że możemy się na tym oprzeć. Przecież John to sam powiedział! Uważałem, że to logiczne i nadal tak sądzę. Ale z jakiegoś powodu to jest nieosiągalne. Użyłem takiego argumentu: Kupiłem niedawno bilet do kina (na film „Miss Agent”) i czytam na nim, że tytuł brzmi „Miss A-”, a reszta została ucięta. Na wyświetlaczu iPada jest zawsze za mało miejsca, i co widać? „Johna Lennona i…”. Więc to, czyje nazwisko jest pierwsze jest naprawdę ważne. Kiedyś późnym wieczorem trafiłem w Internecie na książkę, w której są nasze wszystkie piosenki i co? Czytam: „Hey Jude”, muzyka John Lennon i… i miejsce się skończyło. W innym tomiku z tekstami – „Blackbird”, słowa John Lennon i Paul McCartney. Nie, to nie on napisał ten tekst! Więc, narażając się na ryzyko, że wyjdę na… Powiem tak: gdyby John żył, na pewno by się ze mną zgodził. Bo jego to mało obchodziło.

„Yesterday”, „Hey Jude”, „Let It Be”… Nie sposób sobie wyobrazić, że kiedyś jeszcze napisze pan coś o tak niewiarygodnej sile oddziaływania. Być może nikt w obecnych czasach już by tego nie potrafił.

Sadzę, że to prawda. Zapytano kiedyś Boba Dylana, dlaczego nie napisał drugiego „Mr. Tambourine Man”. Odpowiedział: „Bo już nie jestem tym samym facetem”. Myślę, że to sedno. Okoliczności zewnętrzne też nie są bez znaczenia. Tamte piosenki zostały nagrane przez The Beatles, najlepszy zespół wszech czasów. Gdybym teraz nagrał „Let It Be”, mogłaby przejść niezauważona. Pewnie nie dalibyśmy rady nagrać płyty tak melodyjnej, i tak przypominającej styl Beatlesów, jak te, które wtedy nagrywaliśmy. Mimo to próbuję.

Nie chciałbym umniejszać pańskich osiągnięć, ale sukces Beatlesów przyszedł w szczególnym momencie. Świat najwyraźniej był wtedy na to gotowy. Czy jakikolwiek zespół może jeszcze wywrzeć taki wpływ na świat, czy też nasza kultura za bardzo się zmieniła?

To prawda, nie żyjemy już w tej samej kulturze. Działaliśmy w sprzyjającym okresie. Ale nie zapominajmy, że ci czterej chłopcy byli fantastycznie dobrzy. Nasz sukces nie był tylko zasługą epoki. Proszę wymienić jakąkolwiek czwórkę muzyków, kobiet czy mężczyzn, którzy mieliby to, co my. Talent, inteligencję i zgryźliwe poczucie humoru Lennona, wpadające w ucho melodie McCartneya, uduchowienie Harrisona i tak fantastycznego bębniarza jak Ringo. Wszyscy naprawdę graliśmy na swoich instrumentach, co jest niezwykle trudne. W dzisiejszych czasach to się tak często nie zdarza. Hałas, który generowaliśmy, był dziełem tylko naszej czwórki. Pojawiliśmy się we właściwym czasie. Napisaliśmy sporo dobrej muzyki i był to nasz własny materiał. Nie wynajmowaliśmy kompozytorów, tekściarzy. Czy to mogłoby się teraz powtórzyć? Dobrze życzę ludziom, ale coś mi mówi, że raczej nie.

Czy czuje się pan szczęśliwcem? Przecież to gigantyczne nieprawdopodobieństwo: jak u licha udało wam się ze sobą spotkać?

Tak, gigantyczne nieprawdopodobieństwo. Im dłużej żyję, tym lepiej zdaję sobie z tego sprawę. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem Johna, w autobusie. To był taki teddy boy – przetłuszczone włosy, bokobrody, ruchy twardziela. Zanim się poznaliśmy, widywałem go często na górnym pokładzie autobusu. Raz zobaczyłem go w kolejce w barze z frytkami. Wyglądał odjazdowo. Okazało się, że mój najlepszy kumpel ze szkoły go zna i tak zawarliśmy znajomość. Zagrałem mu taki kawałek „Twenty Flight Rock” i John wpadł w zachwyt. A kiedyś wsiadłem do autobusu jeden przystanek wcześniej niż taki mały chłopaczek, George Harrison. Zaczęliśmy gadać, bo chodziliśmy do tej samej szkoły. Okazało się, że obaj lubimy gitarę. Powiedziałem do Johna, że dobrze by go było mieć w zespole, chociaż jest od nas młodszy. A potem napatoczył się Ringo.

Wierzy pan w przeznaczenie, w opatrzność czy w szczęście?

W sumie nie wiem. Ale wiem, że to zadziwiające. Naprawdę zadziwiające. Czterech facetów z trzech różnych dzielnic Liverpoolu (ja i George mieszkaliśmy niedaleko siebie), równie dobrze mogliśmy się nigdy nie spotkać. A jednak zeszliśmy się i doprowadziliśmy do perfekcji to, co wspólnie zaczęliśmy. I od samego początku czuliśmy, że jesteśmy niezwykli. Wiedzieliśmy, że różnimy się od innych. Że mamy coś, czego inne zespoły nie miały. I chyba o to chodziło.

Rozmawiał Alex Bilmes. Tekst ukazał się w numerze 4, wrzesień/październik 2015 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie