Molekularna empatia – rozmowa z Jake’em Gyllenhaalem
Starstock

Molekularna empatia – rozmowa z Jake’em Gyllenhaalem

Pięć lat temu Jake Gyllenhaal doszedł do wniosku, że pobłądził. I to zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Zamiast poprzestać na ambitnym kinie i produkcjach niezależnych, dawał się namawiać na kasowe szmiry. Na szczęście ten niezbyt udany etap kariery ma już za sobą. W najnowszym filmie „Do utraty sił” udowadnia, że najlepiej czuje się, gdy ma do rozwiązania skomplikowane zadania aktorskie.
25.05.2018

Siedzimy naprzeciwko siebie w hotelu Casa del Mar w Santa Monica w Kalifornii. Kelner zaprowadził nas w odległy kąt sali, z dala od tłumu gości, którzy przyszli tu na brunch. Z naszego stolika pod oknem mamy widok na morze. Obrazek jak z pocztówki – szczęśliwi ludzie surfują, jeżdżą na deskach i rolkach, a słońce tańczy na falach.

Jake jest rozchełstany i wyraźnie zmęczony. Przyszedł tu, żeby porozmawiać. Przepada za tym. Ale gdy zadaję pytanie o jego dzieciństwo, odczytuję w jego twarzy zawód. Nagle się wyraźnie jeży.

– Już dawno temu nauczyłem się jednego. Jeżeli ktoś sobie umyślił, że coś napisze, to i tak to napisze, a ja nie będę mógł nic na to poradzić. Może uda mi się wtrącić kilka własnych słów, ale…

– Sądzisz, że przyjechałem z gotowym scenariuszem i nic się w nim nie da zmienić?

– A nie?

– Skąd! Spróbujmy tego uniknąć.

– Bardzo bym chciał.

Przeogromne wyzwanie 

Ludzie, którzy pracują z Gyllenhaalem, najczęściej mówią o jego samodyscyplinie, zaangażowaniu i potrzebie sprawdzenia się w nowych sytuacjach. Słyszałem to już od czterech reżyserów, dwóch aktorów i jednego dramatopisarza. Określają go słowami „poważny”, „świetnie przygotowany”, „skupiony”. Opowiadają, jak „całym sobą zanurza się w rolę”. Na planie to właśnie Jake najczęściej prosi o jeszcze jedno ujęcie i proponuje zmiany w scenariuszu, a czasami wymyśla całe nowe sceny. Denis Villeneuve, reżyser dwóch filmów z Gyllenhaalem, a prywatnie przyjaciel, wyznaje: „Praca z Jake’em jest przeogromnym wyzwaniem, bo on niezwykle twórczo podchodzi do materiału”.

Dziś tym materiałem jest nasz wywiad. Są osoby, które do rozmowy z nieznanym dziennikarzem zakładają maskę uprzejmości i za wszelką cenę starają się być miłe. Ale Gyllenhaal nie uznaje bycia miłym dla samej zasady. Nigdy nie bywa szorstki, ale widać, że coś go roznosi, a umysł pra- cuje nieustannie. Chce rozmawiać, ale nie o duperelach.Siedzimy więc w zacisznym kącie hotelowej restauracji, popijając wodę mineralną. Przy sąsiednich stolikach pusto, żaden nachalny kelner nie wciska specjalności dnia. Nie czytamy nawet menu. Jest ascetycznie i surowo, jak w sztukach Becketta. Zgodnie z upodobaniami Gyllenhaala.

Mamy o czym rozmawiać. Trzydziestoczteroletni Jake od pięciu lat gra w kolejnych interesujących filmach i z pewnością dorównuje najlepszym aktorom swego pokolenia. To nie znaczy, że przedtem się nie wyróżniał – były nagrody i nominacje za udział w filmach „Donnie Darko” (2001), „Tajemnica Brokeback Mountain” (2005), „Jarhead ”(2005) czy „Kod nieśmiertelności” (2011), ale były też role mniej ambitne, jak te w filmach „Pojutrze” (2004) i „Książę Persji: Piaski czasu” (2010).

– Przyjmowałem role, bo to przecież praca – wzrusza ramionami. – Miałem 26 lat, płacili mi, to co, miałem stroić fochy?

Potem nastąpiło nagłe przewartościowanie. Jake całkowicie zmienił priorytety i punkt widzenia. – Pewnego ranka obudziłem się i stwierdziłem, że nie jestem tam, gdzie powinienem być. Tak jak w piosence Davida Byrne’a: To nie jest mój piękny dom. To nie jest moja piękna żona.

Wywrócił swoje życie do góry nogami, jak to czasami robią mężczyźni koło trzydziestki. Porzucił rodzinne Los Angeles dla Nowego Jorku i zatrudnił się w teatrze. Wybierał niskobudżetowe, niezależne produkcje filmowe o bardziej ambitnej tematyce. Twierdzi, że po prostu dorósł. I tak pojawił się nowy Gyllenhaal, wciąż o chłopięcych rysach, badawczym spojrzeniu i szerokim uśmiechu, ale dojrzalszy i bardziej zdecydowany. Zmarszczki na czole pogłębiły się, a wpadki przeszły do historii: teraz każdy film z jego udziałem jest naprawdę godny uwagi. W czasach, kiedy telewizja zdecydowanie wygrywa z kinem w kategorii ambitnych historii dla dorosłych, filmy, które Gyllenhaal firmuje swoim nazwiskiem, idą pod prąd tej tendencji.

(Starstock) 

 

Zwrot w jego karierze zaczął się od „Bogów ulicy” (2012), historii o dwóch policjantach z Los Angeles. Jak twierdzi, dzięki temu doświadczeniu „zrewidował swój pogląd na to, jak chciałby robić filmy”. Zaraz potem był „Wróg” (2013), zapadający w pamięć, niesamowity thriller o sobowtórach, rozszczepionej tożsamości i obłędzie w reżyserii Denisa Villeneuve. Gyllenhaalowi tak się spodobała współpraca z Denisem, że jeszcze przed zakończeniem zdjęć do „Wroga” podjął się roli w jego następnym filmie. „Labirynt” (2013) to trzymająca w napięciu opowieść o torturach, obsesji i zabójstwie dziecka. Następnie, pod koniec ubiegłego roku, zagrał w „Wolnym strzelcu” (którego był też producentem), świetnym, oskarżycielskim obrazie społeczeństwa amerykańskiego, uosobionego w postaci Louisa Blooma. Bloom to socjopata i dziki przedsiębiorca, który wychodzi z przestępczego półświatka LA, by stworzyć nocny program telewizyjny, pokazujący jako pierwszy drastyczne zdjęcia z miejsc zbrodni. Jak Gyllenhaal zdołał uniknąć nominacji do Oskara za tę rolę, pozostanie tajemnicą.

Jak wściekły 

Szczęśliwa passa trwa. We wrześniu wchodzi na ekrany „Everest”, oparta na faktach epicka opowieść o tragedii w górach z 1996 roku, którą w książce „Wszystko za Everest” opowiedział pisarz i himalaista Jon Krakauer. Jake zagrał tu Scotta Fischera, zmarłego przewodnika wyprawy.

11 września w kinach zagości „Do utraty sił”, dramat sportowy o walkach bokserskich. Gyllenhaal wciela się w fikcyjną postać zawodnika Billy’ego Hope’a, który wspina się na szczyt, traci wszystko i wraca na ring, by na nowo podjąć rywalizację. Scenom treningu towarzyszy ścieżka dźwiękowa z muzyką Eminema. Trener (Forest Whitaker) jest zniszczonym przez alkohol, ale doświadczonym ekspięściarzem. Mimo że głównym tematem jest boks, to opowieść o wstydzie, wściekłości i odkupieniu. Dzięki sportowej złości Billy zdobywa na ringu fortunę, aż w końcu, poza ringiem, musi zapłacić za to czymś, co ukochał ponad wszystko.

– To facet, który nie umiał sobie poradzić ze wstydem – mówi Gyllenhaal. I dodaje: – Reżyser Ed Zwick powiedział mi kiedyś świetną rzecz:„Wszystkiego uczy nas wstyd”. Chwile upokorzenia mogą być naprawdę wyzwalające, o ile oczywiście potrafimy sobie z nimi poradzić.

– A czego wstyd nauczył pana? – pytam.

– Wielu rzeczy.

– A konkretnie? – Nie chciałbym o tym mówić.

Gyllenhaal gra po mistrzowsku. Pod każdym względem daje z siebie wszystko. Świadczy też o tym jego muskulatura. To zdecydowanie najpiękniej wyrzeźbiony ekranowy pięściarz w historii.We wszystkich scenach wypada co najmniej przekonująco, a imponuje to tym bardziej, że wcześniej Jake nie był nawet miłośnikiem tego sportu.

Reżyser filmu Antoine Fuqua, który faktycznie trenuje boks, opowiada o pierwszym spotkaniu z Gyllenhaalem:

– Kiedy po raz pierwszy do mnie przyszedł, zapytałem, czy kiedyś boksował. Powiedział, że nie, trochę tylko uprawiał mieszane sztuki walki, by zagrać w „Bogach ulicy”. Wysłałem go do Terry’ego Claybona, który trenował Denzela Washingtona do „Huraganu”. Terry’emu opadły ręce, kiedy Jake spróbował zadać cios. Po prostu nic nie umiał. A teraz proszę na niego popatrzeć – doskonale walczy. Trenował jak wściekły.

Przez cztery miesiące trwał morderczy reżim – dwa trzygodzinne treningi dziennie przez siedem dni w tygodniu. Jednocześnie Fuqua zabierał go do hali bokserskiej, żeby poznał menedżerów i organizatorów walk.

– Widzieliśmy mecz Paquiao z Bradleyem, trenowaliśmy na hali Mayweather w Vegas – opowiada.– Jake zaczał wieść życie boksera. To ogromne poświęcenie. Rozstał się nawet z dziewczyną, bo codziennie spędzał tyle czasu na ringu!

Zdjęcia do filmu też nie były łatwe. Pierwszego dnia Jake został postawiony na ringu naprzeciw zawodowca, który podczas scen walki wymierzał mu ciosy w żebra i w szczękę, a tłum statystów wrzeszczał z widowni.

– Widać było, że go wszystko boli – mówi Fuqua – ale nie skorzystał z dublera. Zachowywał się jak prawdziwy zawodnik, padał na liny i udawał, że nic się nie stało. Improwizował sekwencje walki.

Gyllenhaal jest typem intelektualisty i uwielbia rozmaite abstrakcyjne dywagacje, chociaż dziś jest to przede wszystkim sposób na to, by wymigać się od rozmowy o jego życiu prywatnym, którego broni jak lew. Z drugiej strony mówi, że jest „bardzo cielesny” – uwielbia zmieniać swoje ciało do roli, choćby to wiele od niego wymagało. Grając Billy’ego Hope’a, budował mięśnie; do roli w „Wolnym strzelcu” zrzucił ponad 13 kilogramów. Jego bohater w tym filmie jest upiorny i wyniszczony, więc Jake niemal się głodził i codziennie przebiegał 24 kilometry w drodze na plan. Czuł się po tym jednocześnie rozdrażniony i zachwycony.

– Fizyczność jest drogą do stanu umysłu postaci, którą się gra – wyjaśnia Gyllenhaal. I precyzuje:

– Kręci mnie świadomość, że skierowałem energię na nowe tory. Czasem mam wrażenie, że ocieram się o fanatyzm, ale jakoś to kontroluję.

W fizycznej przemianie podoba mu się przede wszystkim to, że trzeba do niej dyscypliny.

– Wolność i dyscyplina to dwie strony tego samego medalu. Taka jest moja dewiza. Nic nie przychodzi łatwo, jeśli masz to robić dobrze. I nie dotyczy to tylko aspektu fizycznego, ale całego procesu przygotowania do roli. To właśnie najbardziej kocham w swoim zawodzie.

Odkrył to podczas pracy nad „Bogami ulicy”, kiedy wraz z partnerem z planu Michaelem Peną spędzili sześć miesięcy wśród policjantów i szeryfów z LA, przygotowując się do 22-dniowych zdjęć. Chodzili z policją na miejsca przestępstw, chronili się przed kulami, widzieli zabitych. Od tamtej pory do każdego filmu podchodzi w tym samym duchu totalnego zanurzenia.

– To daje kontakt z prawdziwym światem – mówi. – Nie twierdzę, że to, co robię, da się porównać z tym, czego na co dzień doświadczają prawdziwi gliniarze czy bokserzy. Jest jakaś hierarchia ważności, a aktorzy są raczej na jej niższych szczeblach. Zdaję sobie sprawę, że moja praca jest trochę absurdalna. Jestem doskonale świadomy jej niedorzeczności. Ale z drugiej strony traktuję ją wyjątkowo poważnie. A ponieważ jest taka niedorzeczna, wzbudza też empatię.

Dlatego Jake przygotowuje się tak intensywnie. Dla niego empatia ma wymiar molekularny i niemal mistyczny.

– Głęboko wierzę w podświadomość – mówi. – Wierzę, że dosłownie gromadzą się w nas cząsteczki przestrzeni, w której przebywamy. Składamy się w 90 procentach z wody, więc naturalną koleją rzeczy wpływa na nas księżyc w pełni: jeżeli działa na morze, to dlaczego nie na człowieka? To mi się wydaje sensowne z naukowego punktu widzenia. Jeśli dostatecznie długo przebywasz w otoczeniu, w jakim żyje twoja postać – tak jak ja spędziłem pół roku wśród policjantów – cząsteczki tego otoczenia muszą jakoś przeniknąć do twojego organizmu. A widzowie to czują, oglądając film.

Na planie ta filozofia sprowadza się do tego, że aktor jest niemal fanatyczny w swoim zaangażowaniu. Scenariusz „Wolnego strzelca” nie wymagał, by z wściekłości stłukł lustro, ale i tak to zrobił, kalecząc sobie dłoń. W „Labiryncie” uczepił się tyłu odjeżdżającej ciężarówki Hugh Jackmana i dał się wlec. Tego także nie było w scenariuszu.

Jest to częściowo zasługa Chrisa Coopera. Kiedy w 1999 roku Gyllenhaal grał z nim w filmie „Dosięgnąć kosmosu” młody aktor poprosił weterana o radę. Jak wspomina Cooper:

– Powiedziałem mu, żeby każdą scenę grał tak, by potem niczego nie żałował. Żeby wykorzystywał wszystkie swoje możliwości. W tej branży panuje zacięta rywalizacja, a kariera większości aktorów jest krótka.

Gyllenhaal wziął to sobie do serca. Najlepszy przykład: zdjęcia do „Everestu”. Reżyser Baltasar Kormákur, postać jak z Herzoga, postanowił, że będą filmować w zdradliwych warunkach, na wysokości 3 tys. metrów we włoskich Dolomitach, gdzie panowała temperatura -30 stopni. Kręcili scenę, w której bohater Gyllenhaala umiera z wyziębienia. Leżał przysypany śniegiem, dosłownie opakowany lodem.

– Niemal stracił słuch, bo przemarzło mu ucho wewnętrzne. A jego honorarium wcale nie było zawrotnie wysokie!

– Prawdopodobnie znienawidzi mnie za to, co powiem, ale skojarzył mi się z postacią Edwarda Nortona w „Birdmanie”. Jest wybitny, kiedy gra, ale między ujęciami ekscentryczny – opisuje Gyllenhaala reżyser. – Ma poczucie humoru, ale często się mija z poprawnością polityczną. Potrafi na przykład szydzić z czyjegoś akcentu i to dość odważnie. Ludzie puszczają mu to płazem, bo robi to w czarujący sposób.

Ale kiedy Gyllenhaal wyciskał ostatnie soki z kolegów aktorów, początkowo nie było to dobrze przyjmowane.

– Jake po prostu musi wywracać wszystko do góry nogami, już taki jest – tłumaczy Kormákur.

Trudny nastolatek 

Jedno z moich pytań zjeżyło go. Kanadyjski reżyser Jean-Marc Valleé, śmiejąc się, powiedział mi: „Spytaj go o to, ubawisz się”. Wcale się nie ubawiłem. Gyllenhaal spokojnie i profesjonalnie uciął temat w zarodku:

– Rozumiem twoją ciekawość, ale szczerze mówiąc, nudzą mnie te pytania. Cokolwiek bym powiedział, nie odda to sprawiedliwości sytuacji. A ja nie chciałbym odbierać magii temu, co będzie pan oglądał na ekranie.

A oto pytanie, które faktycznie sprawiło, że aż podskoczył: „Dużo się mówi o twoim bajecznym dzieciństwie w świecie filmu, w domu rodziców Oscary ponoć walały się po kuchni. Naprawdę tak było?”. Jake nie lubi, kiedy robi się z niego urodzone w czepku dziecko Hollywood. Choć na papierze tak to właśnie wygląda. Oboje jego rodzice pracowali w branży filmowej: matka Naomi, nominowana do Oscara scenarzystka i producentka, ojciec Stephen, reżyser filmowy. Jake i trzy lata od niego starsza Maggie dorastali w otoczeniu gwiazd Hollywood. Jamie Lee Curtis została jego matką chrzestną, a Paul Newman, przyjaciel rodziny, zabierał dwunastoletniego Jake’a na wyścigi samochodowe. Poznał Sidneya Lumeta, Marthę Plimpton i Rivera Phoeniksa. W jego domu, w pokoju nad garażem, mieszkał młody Steven Soderbergh, a po nim Ethan Hawke.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, wychowałem się we wspaniałej rodzinie – mówi stanowczo – ale nie patrzę na świat przez różowe okulary.

Na przykład nie mieszkał w Beverly Hills, tylko we wschodniej części miasta, tam gdzie Koreatown graniczy z Hancock Park. W latach 80. była to dość podejrzana okolica. Wprawdzie uczęszczał do Harvard-Westlake, najbardziej elitarnego liceum w mieście, ale Gyllenhaalowie  przynajmniej jak na LA, wcale nie byli bogaczami.

Był trudnym nastolatkiem, jak sam przyznaje, „doszczętnie popieprzonym”, ale już od młodości zarabiał jako aktor, więc jego balangi szybko ustąpiły miejsca rygorom przesłuchań i planów filmowych. W pierwszym filmie wystąpił, mając zaledwie dziesięć lat; zagrał u boku Billy’ego Crystala w filmie „Sułtani westernu” (1991), a gdy rozpoczął studia na kierunku buddyzm tybetański i wschodni mistycyzm w Columbia University w Nowym Jorku, był już tak rozchwytywany, że po dwóch latach musiał rzucić naukę. 

Ale kiedy propozycje zaczęły się sypać ze wszystkich stron, coraz częściej występował w filmach, które miały coraz mniej wspólnego z nim samym i tym, na czym mu zależało. 

– Zamiast słuchać siebie, słuchałem innych – mówi. I właśnie idąc tą drogą, pięć lat temu trafił „tam, gdzie nie powinien być”. Teraz wyszukuje scenariusze, które, jak twierdzi, „dźwięczą tak, jak mi w duszy gra”. Jest co najmniej kilka osób, którym zawdzięcza powrót na właściwą drogę – to jego rodzice i Bruce Springsteen. 

Po rozwodzie rodziców w 2009 roku przeprowadził się do Nowego Jorku. Ojciec ożenił się powtórnie, a matka przeniosła się na Manhattan, gdzie siostra Jake’a, Maggie, od dawna mieszkała z aktorem Peterem Sarsgaardem i dwiema córkami. Jake dołączył więc do klanu. Dobrze mu zrobiła ucieczka od dawnego życia w klaustrofobicznej atmosferze show biznesu w Los Angeles, gdzie „czasami przyjaźń i praca splatają się w sposób bardzo niejednoznaczny”. 

Rozwód rodziców nasunął mu refleksję: „każde podąża za własnymi pragnieniami, nawet jeśli nie jest im łatwo. Ja też muszę się zastanowić, czego chcę”. Podobne pytanie zadał sobie w 1978 roku Bruce Springsteen, nagrywając album „Darkness on the Edge of Town”. Mówi o tym film dokumentalny „The Promise: The making of…” (2010), który polecił mu jego agent. Film wywarł na nim głębokie wrażenie. 

– Steven van Zandt [gitarzysta w zespole Springsteena] dowodził, że może napisać 25 świetnych piosenek pop, i mogliby nagrać pięć albumów z hitami wszech czasów. Ale Springsteen pomyślał: „Czego ja chcę? Chcę wyrazić coś, co wychodzi prosto ze mnie, w czym jestem prawdziwy ja”. Więc zadałem sobie to samo pytanie. Na czym mi zależy, poza pieniędzmi i sławą? A także, kto chciałby ze mną pracować? 

Paradoks anglofila 

Oto obrazek z Gyllenhaalem w Nowym Jorku. Ze słuchawkami w uszach tańczy na ulicach w centrum Manhattanu, z prawdziwą przyjemnością. Ściąga na siebie zdziwione spojrzenia przechodniów. Co to za koleś? Co się dzieje? Nie wszyscy wiedzą, że to scena do filmu „Demolition”, a reżyser Jean-Marc Valleé kręci ją z pewnej odległości. 

Do Jake’a ten obrazek pasuje jak ulał, tu, na wschodzie Stanów, jest szczęśliwszy. Mieszka ze swoim owczarkiem niemieckim na tej samej ulicy co reszta jego rodziny. Regularnie wpada w odwiedziny do siostry i matki. I znowu gra w teatrze, co stanowi ważną część jego obecnego życia. Jak dotąd zagrał w dwóch sztukach pióra angielskiego dramaturga Nicka Payne’a. Najnowszą, „Konstelacje”, grano na Broadwayu przez cztery miesiące. W teatrze nie ma praktycznie niczego, co by mu się nie podobało. Przede wszystkim lubi próby, bo one oznaczają solidne przygotowanie, które tak sobie ceni. Ostatnio dzięki teatrowi pracuje z Brytyjczykami, którzy są jego ulubionym narodem, woli ich nawet od Amerykanów. 

– Jestem anglofilem – twierdzi. –Prawie wszyscy moi przyjaciele to Brytyjczycy. 

To się zaczęło w 2002 roku, gdy grał w Garrick Theatre na londyńskim West Endzie w sztuce „This is Our Youth” i stwierdził, że Anglicy bardzo go mobilizują. 

– Nie musiałem być genialny, ale potrafili wyczuć talent i doceniali go, o ile człowiek się naprawdę angażował – wspomina. 

Potem na ekrany wszedł „Donnie Darko”, i chociaż w Stanach nie okazał się może klapą, ale hitem na pewno nie był. Zupełnie inaczej w Anglii. 

– Brytyjska publiczność to pierwsza grupa, która naprawdę rozumiała mnie jako artystę. 

– Jest w tym jakiś paradoks – zauważam. – Zazwyczaj to angielscy aktorzy przenoszą się do Stanów, by tam zamienić angielski pesymizm na amerykański optymizm. 

– Może Anglicy po prosu wyczuwają mój pesymizm – śmieje się Jake.

Inną cechą, która go zbliża do Anglików jest umiar i skromność. Mówi, że krępuje go popisywanie się. Podczas pracy nad „Konstelacjami” zauważył, że na Broadwayu każdego wieczora dostawali owacje na stojąco. 

– W Anglii tak się nie robi. Owacja na stojąco sprawia, że aktor zaczyna się puszyć jak paw. 

Ruth Wilson, angielska aktorka partnerująca mu w sztuce, nie może się go nachwalić. Kiedy sztuka nie schodziła z afisza, zdążyła go dobrze poznać. Co wieczór występowali na deskach teatru tylko we dwoje, wykonując w ciągu 70 minut 65 scen, przedstawiających wszystkie kombinacje związków między dwojgiem ludzi. Po przedstawieniu wychodzili na kolację z przyjaciółmi. Gyllenhaal zaprosił nawet Ruth na Wigilię. 

– Jest wspaniałomyślny – mówi Ruth. – Zależy mu. I na pracy, i na ludziach. Gdybym się rozchorowała, przynosiłby mi lekarstwa i polecił lekarza. Poza tym fantastycznie śpiewa. Codziennie robiliśmy sobie rozgrzewkę, śpiewając na scenie; okazało się, że Jake zna wszystkie teksty piosenek Drake’a i Bruce’a Springsteena. 

Ale praca z nim nie należała do najłatwiejszych. Bo przecież ułatwianie nie jest w jego stylu. Co wieczór dawał Ruth mocno popalić. 

– Mimo czterech tygodni przedstawień przedpremierowych naciskał, że w imię prawdy musimy zmienić rzeczy, które wydają się już stare i ograne – wspomina Wilson, ważąc słowa. – Bez przerwy się kłóciliśmy. Po każdej sprzeczce godziliśmy się, dawaliśmy przedstawienie i wszystko kończyło się dobrze. Było między nami napięcie, ale i zażyłość. Jak między bratem i siostrą. 

Jake potwierdza. Nie boi się konfrontacji, jeśli mają związek z pracą. A zazwyczaj tak jest. Dzisiaj jednak się z nikim nie wykłóca, ale czuję, że jest spięty. Tłumaczy, że zastanawia się nad naszym wywiadem. 

Restauracja pustoszeje. Zostaliśmy tylko my w kącie sali, głodni i wyczerpani. Ale Gyllenhaal jeszcze nie skończył. Wygląda przez okno, bawiąc się telefonem leżącym na stole.

– Rzecz w tym, że w dwie godziny nie da się poznać człowieka. Jeżeli chciałbyś to napisać porządnie, musielibyśmy spędzić razem co najmniej dwa miesiące. Ale możemy jeszcze kiedyś porozmawiać.

 

Tekst: Sanjiv Bhattacharya. Artykuł ukazał się w „Esquire” 4/2015

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie