"Stado" - miniserial biograficzny Esquire'a o Marcinie Dorocińskim
AKPA

"Stado" - miniserial biograficzny Esquire'a o Marcinie Dorocińskim

Aktor przez wiele lat uchodził za trudnego rozmówcę, ale nam zgodził się opowiedzieć niemal o wszystkim - samochodach, serialach, psach, zabawach mrożonką i... jedzeniu wołowych jąder.
22.06.2018

Odcinek 1: Wołowe jądra

Zimny październikowy dzień na Powiślu. Zanosi się na deszcz. Dziesięć minut przed południem. Marcin Dorociński mija przystanek autobusowy przy placu Zofii Wóycickiej. Na murku tuż za przezroczystą wiatą przystanku odpoczywa kilku bezdomnych. To nie jest najbardziej reprezentacyjna okolica miasta stołecznego Warszawy. Szpital, sklep Społem, sklep z odzieżą używaną Humana, upstrzony czerwonymi banerami kebab. Marcin świetnie zna tę okolicę, bo od pięciu lat należy do zespołu Teatru Ateneum, który ma siedzibę tuż za rogiem, przy ulicy Jaracza. Umawiam się z nim w pobliskiej restauracji Solec 44 w samo południe, ale za dziesięć dwunasta Marcin jest już na miejscu. Zresztą na sesję zdjęciową, którą zorganizowaliśmy kilka dni wcześniej, też przyjechał przed czasem. To, w świecie rodzimego szołbiznesu, naprawdę rzadkość.

Jest ubrany na luzie. Ciemne spodnie bojówki, koszulka z długim rękawem, cienka kurtka. Mógłby spokojnie wejść na plan serialu „Pakt”, w którym jako dziennikarz śledczy Piotr Grodecki tropi afery na najwyższych szczeblach władzy.

 Idziemy do małej sali, w której nikt nam nie będzie przeszkadzał. Dostajemy menu, ale Marcin tylko z uprzejmości omiata je wzrokiem i mówi, że nie jest głodny. Zamawiamy kawę i wodę. Wystarczy.

 – Zawsze jesteś taki punktualny?

– Zawsze. Niestety – mówi, wieszając kurtkę na oparciu krzesła.

– Dlaczego niestety?

– No bo przy wychodzeniu z domu czasem niepotrzebnie pospieszam najbliższych – wyjaśnia, po czym dodaje, że to kwestia wychowania. Po prostu szkoda mu czyjegoś czasu. Punktualność to dobra cecha, choć bywa okupiona stresem. A przecież szkoda życia. Nie ma się co tak napinać.

43-letni aktor napina się co najmniej od dwudziestu lat. Tak wynikałoby z oficjalnej filmografii. Debiutował przed kamerą epizodem w „Szamance” Andrzeja Żuławskiego w 1996 roku. Mamy więc okrągłą rocznicę.

– Chciałbym ci złożyć najlepsze życzenia…

– W dniu imienin Teresy?

– Dziś są imieniny Teresy?

– Tak. Dowiedziałem się o tym, kupując karmę w naszym ulubionym sklepie. I okazało się, że pani właścicielka to Teresa, więc jej złożyłem życzenia.

Mówię, że mam na myśli dwudziestolecie jego pracy. Że to dobra okazja na złożenie życzeń.

– Brzmi, jakbyśmy mieli robić jakieś podsumowanie mojej kariery. A karierę podsumowują ludzie starzy. Ja się jeszcze nie czuję stary. Poza tym rola w „Szamance” nie była moim debiutem przed kamerą. Wcześniej, na drugim roku, zagrałem w teatrze telewizji Don Rodryga w spektaklu „Cyd”, który reżyserowała Krystyna Janda. Dariusz Kuc jako operator i mnóstwo wspaniałych aktorów – partnerująca mi Ewa Gorzelak, Mariusz Benoit, Franciszek Pieczka, Krzysztof Gosztyła, Dominika Ostałowska. O wiele więcej czasu zajęło mi przygotowanie się do „Cyda” niż do „Szamanki”, w której zagrałem krócej niż mrugnięcie okiem. Więc to będzie już dwadzieścia jeden lat. Oczko. Też ładnie.

– No to jeszcze raz. Najserdeczniejsze życzenia z okazji jubileuszu pięciolecia w teatrze Ateneum.

Marcin nie może się nadziwić. – Pięciolecia? Minęło już pięć lat? Jesteś pewien?

Jestem pewien. W Ateneum jest zatrudniony od 2011 roku. Gra w dwóch spektaklach. Można go oglądać w sztuce „Nastasja Filipowna” wg „Idioty” Dostojewskiego, gdzie gra Rogożyna, a także w „Merylin Mongoł” Nikołaja Kolady, którą wyreżyserował Bogusław Linda. Pięciolecie to pięciolecie. Można by je jakoś uczcić. Oglądam więc menu i pytam: – Jesz mięso?

– Tak.

– Zjadłbyś wołowe jądra z lawendą i słonym karmelem?

 – Być może gdyby ktoś mnie poczęstował, nie mówiąc, co to jest, to pewnie tak. Czasami jesteśmy niepotrzebnie uprzedzeni, mówię tu nie tylko o jedzeniu. Tak samo jest z wchodzeniem w relacje z ludźmi czy ze zwierzętami, z nowymi sytuacjami. Wyobraźnia czasem ogranicza nasze doświadczenia – mówi. Po czym tłumaczy, że lubi mięso, choć wyobraża sobie życie bez jedzenia mięsa, bo ma kilku przyjaciół, w tym wyczynowych sportowców, którzy chabaniny nie jedzą i świetnie sobie radzą.

– To co z tymi jądrami? – Nie zwykłem jadać czyichś jaj, więc podziękuję.

Odcinek 2. „Kopcie groch każdego dnia”

Mówię tak: – Wyobraź sobie, że idziesz na imprezę. Wchodzisz do zatłoczonego mieszkania, gra muzyka, ludzie się przekrzykują, dyskutując w podgrupach, inni tańczą. Twoją uwagę przykuwa koleś, który zamiast dyskutować czy tańczyć, bawi się z dziećmi. Mrożonką. Co byś sobie o nim pomyślał?

 – W zgiełku długo by się z dziećmi nie pobawił. I co robią z tą mrożonką? – Powiedzmy, że się nią rzucają. Wyciągnęli z zamrażarki worek z grochem, kopią nim, no wiesz.

– Każdy się bawi, jak umie. I jak chce – mówi Marcin, obracając w palcach kostkę brązowego cukru. Mam wrażenie, że jest lekko zniecierpliwiony. – To zbyt abstrakcyjne pytanie. Zależy, ile lat mają te dzieci, z kim na tę imprezę przyszedłem, czy jest późno. Zbyt wiele zmiennych.

– Może i brzmi abstrakcyjnie, ale to o tobie. Byłeś na takiej imprezie i bawiłeś się z dziećmi mrożonką.

– Ojej, rzeczywiście – mówi po chwili. – To musiał być jakiś dziewięćdziesiąty ósmy albo dziewiąty. Dawno temu. Teraz na imprezy nie chodzę. To przyjaciele przychodzą do nas.

Każda osoba, która w miarę regularnie udziela wywiadów, jest przez dziennikarzy przypisana do określonej grupy rozmówców. Są ulubieńcy żurnalistów, którzy chętnie opowiedzą o sytuacji w Pakistanie, najnowszej kolekcji Toma Forda albo aferze podsłuchowej, a jeszcze chętniej zaproszą do siebie i zdradzą najgłębsze tajemnice gospodarstwa domowego. Jeśli przy tym dobrze wyglądają i potrafią operować okrągłymi zdaniami, trafiają na listę ekspertów, do których dzwoni się z prośbą o gorący komentarz na każdy temat. Marcin prędzej zje sto wołowych jąder, niż opowie o szminkach, których używa jego żona. „Strasznie się boję. Podobno trudno się z nim rozmawia” – powiedziała mi znajoma dziennikarka po projekcji premierowego odcinka drugiego sezonu „Paktu”.

Przytaczając anegdotę o mrożonkach, chciałem zapytać o tę Marcina osobność i łatkę trudnego rozmówcy, która przed laty do niego przylgnęła.

– Jestem osobny, jeśli czuję się gdzieś niekomfortowo. Ale od czasu, kiedy bawiłem się mrożonką, dużo się zmieniło w moim życiu. Mam rodzinę i swoje stado. I bawię się mrożonką każdego dnia z moimi dziećmi i z psami, chociaż czasami nie mam siły i najzwyczajniej w świecie nie wyrabiam. A jestem niezwykle stadnym człowiekiem. Lubię się spotykać, rozmawiać, wygłupiać i żartować. Lubię dziecko w sobie, tę dziecięcą ciekawość świata, autentyczność i radość. To, że jestem punktualny i zadaniowy nie oznacza, że nie ma we mnie odrobiny szaleństwa. Wszystko zależy od czasu i miejsca. Nie mam poczucia, że moje życie prywatne jest proste i nudne. Ono niesie tyle wyzwań i fajnych trudności… Ale to chyba normalne, gdy masz w domu dzieci i zwierzęta. Nic dziwnego, że ten worek z mrożonką jest cały czas przerzucany.

 – A co z tą opinią o trudnym rozmówcy? – Kiedyś słyszałem to częściej. Jeszcze parę lat temu rzeczywiście starałem się odpowiadać krótko. Jestem typem zadaniowca. Lubię wejść do sklepu, znaleźć to, czego szukam, kupić. I wyjść. Mam wrażenie, że odpowiadam konkretnie. Lubię zacytować Anthony’ego Hopkinsa: „Kiedyś traktowałem ludzi dobrze, teraz traktuję ich z wzajemnością”.

– A więc nie masz problemu z wywiadami?

– Przed każdą rozmową myślę: „Co ja tu robię i po co odbywamy tę rozmowę? Po co komuś zawracać głowę tym, co mam do powiedzenia?”. Najważniejsze jest dla mnie to, co robię. Nie lubię się narzucać i opowiadać o życiu. Wolę je przeżywać. Ale z drugiej strony mam szacunek do widzów, chcemy ich przecież zainteresować choćby drugim sezonem „Paktu” albo zaprosić do teatru. Jeśli więc ktokolwiek dzięki takiemu wywiadowi poczuje się zaproszony, wiem, że wszystkie te wątpliwości się rozwiewają.

Odcinek 3. „Seriale i samochody”

No to gadamy o „Pakcie”. Też oczko. „Pakt” to dwudziesty pierwszy serial, w którym możemy oglądać Dorocińskiego. Pierwszym była „Ekstradycja 3” z 1998 roku, ale, umówmy się, wówczas jeszcze Marcin nie był aktorem, którego ludzie zaczepiają na ulicy. Po m.in. „Pierwszym milionie” (1999), „Marzeniach do spełnienia” (2001) czy „Sforze” (2002), wszedł wreszcie na pierwszy plan. Rolą podkomisarza Sławomira Desperskiego „Despero” w serialu Patryka Vegi „PitBull” (pamiętacie – ukruszony ząb, fryzura à la sarmata, dresik) Marcin udowodnił, że potrafi stworzyć postać niejednoznacznie charakterologiczną i porwać szeroką publiczność.

W listopadzie zeszłego roku w wyprodukowanym przez HBO „Pakcie” grany przez niego Piotr Grodecki też walczy ze złem. Tym razem nie spluwą, a słowem. Jako dziennikarz śledczy rusza tropem afer, w które zamieszani są ludzie z najwyższych szczebli władzy. Premiera drugiego sezonu zaplanowana jest na 20 listopada.

Marcin mówi, że jeszcze nie widział pierwszego odcinka i sam jest go ciekaw.  – Jak wyszło? – pyta. Mówię, że otwarcie drugiego sezonu jest lepsze niż pierwszego. Nie mówię, że podziwiam tężyznę fizyczną Grodeckiego, który w jednej ze scen własnoręcznie rozprawia się z atakującym go osiłkiem. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć dziennikarzy, którzy spuszczają łomot napastliwym mięśniakom.

 – W drugim sezonie Piotr już wie, że skala zła przerosła jego najśmielsze wyobrażenia. Cynizm, bezwzględność, okrucieństwo to dla pokazanej w serialu władzy codzienność. Dochodzi do zbrodni i okazuje się, że prawie wszystkich można kupić albo zastraszyć. „But there is one man…” – jak to mówią w amerykańskich zwiastunach filmowych.

– Masz wrażenie, że w rzeczywistości władza może być aż tak zła?

– Nie wiem. W serialu nie ma odniesień do konkretnych ludzi czy zdarzeń. Ale afery i skandale na najwyższych szczeblach władzy nie należą przecież do rzadkości. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się przy odzyskiwaniu kamienic, jak traktowani są bogu ducha winni lokatorzy, jak tracą swój niewielki dorobek życia, mieszkania, w których przeżyli wiele lat. A jeśli idzie o „Pakt”, trzymajcie kciuki, żeby dobro zwyciężyło. Choć z drugiej strony, czym jest zwycięstwo dobra, skoro po drodze zginie tylu ludzi.

W drugim sezonie Marcinowi partneruje Magdalena Popławska, z którą zagrał też w rewelacyjnym dramacie Bartosza Konopki „Lęk wysokości”. Pytam Marcina, czy potrafi wymienić trzy elementy wspólne łączące drugi sezon „Paktu” z „Lękiem wysokości”. Natychmiast wymienia:

– Magda. To, że jestem dziennikarzem. A, no i samochód. Saab. W „Lęku…” stara dziewięćsetka. W „Pakcie” jest 93. Kombi. Ten granatowy. Tamten czarny.

Mówię, że jestem pod wrażeniem. – Nic wielkiego. W końcu Saab już nie produkuje samochodów. A szkoda. To były piękne auta. A uwielbiam piękne auta. Na przykład piękne auta robi mercedes.

– To już marketing.

 – Nie, serio. Zakończyłem współpracę z Mercedes-Benz. Jeżdżę mercedesem SEC, rocznik 1987, którego z żalem muszę sprzedać, bo nie mam go gdzie przezimować. A szkoda, żeby stał na ulicy, przysypany śniegiem.

Odcinek 4. „Dobre wychowanie”

Nie lubi, kiedy ktoś go pyta o Top 5 filmów, w których zagrał. Niech sobie widzowie układają własne rankingi. „Boisko bezdomnych” (2008)? Rok późniejszy „Rewers”? „Róża” i „Lęk wysokości” (oba z 2011 roku)? A może „Jack Strong” (2014) w reżyserii Władysława Pasikowskiego? Pytam więc, jaki jest najbardziej męski film, przy powstawaniu którego pracował i dlaczego to „Lęk wysokości”. W dramacie Konopki Marcin gra Tomka Janickiego, dziennikarza, który pewnego dnia dowiaduje się, że jego ojciec trafił do psychiatryka. Poza Tomkiem nie ma się nim kto zająć, więc dziennikarz wsiada w Saaba dziewięćsetkę i z Warszawy jedzie na rodzinny Śląsk. Robi to niechętnie, bo z ojcem, którego obwiniał o rozpad rodziny, od wielu lat nie miał kontaktu. To pozbawiony sentymentalizmu, przekonujący i bezpretensjonalny kawał solidnego kina, ze znakomitymi rolami Magdaleny Popławskiej, Marcina i Krzysztofa Stroińskiego.

– Bartek jest niesamowicie zdolnym facetem. I choć w filmie opowiada historię swojego życia, nie narzucał nam nieustannie swojej wizji, był wyrozumiały i cierpliwy. Dla mnie to ważny film, dzięki któremu, mam wrażenie, rozwinąłem się nie tylko jako aktor, ale i człowiek. Spędziłem czas z ludźmi, których szanuję, nad tematem, który jest niezwykle ważny, czyli pomocy ludziom, którzy nie są zdolni walczyć, bo są chorzy, niedołężni, wykluczeni, bo są samotni i niezrozumiani.

O pracy z Krzysztofem Stroińskim Marcin opowiada, uśmiechając się pod nosem: – Wziąłem udział w castingu, wiedząc, że Krzysiek będzie grał ojca. To jeden z najwspanialszych, najseksowniejszych – myślę, że się Krzysiek uśmiechnie, gdy to przeczyta – więc najwspanialszych, najseksowniejszych aktorów swojego pokolenia. Zresztą nie tylko swojego pokolenia, bo wiek tutaj nie ma znaczenia. To pełen wdzięku, wspaniały aktor i człowiek.

To zresztą nie była ich pierwsza współpraca. Widzowie „PitBulla” doskonale pamiętają stworzoną przez Stroińskiego postać Menela, wrażliwego policjanta, który topi smutki w alkoholu. Razem zagrali też w „Ogrodzie Luizy” (2007) Macieja Wojtyszki. Marcin jako gangster Fabio, który trafia na przymusową obserwację do szpitala psychiatrycznego, gdzie poznaje tytułową Luizę, a Krzysztof Stroiński jako jej ojciec.

– W „Ogrodzie Luizy” gram przestępcę, czyli kolesia z zupełnie innego świata niż główna bohaterka. Ale Fabio jest bezinteresownie zainteresowany pomocą chorej dziewczynie, choć wszyscy wokół myślą, że łączy ich zupełnie coś innego. Są trzy takie filmy, które nie miały największej widowni, ale po latach odbijają się echem. To właśnie „Ogród Luizy”, „Lęk wysokości” i „Miłość” Sławka Fabickiego, czyli fabuły, których reżyserzy wnikliwie przyglądają się ludziom ze społecznym problemem.

Ale jeśli idzie o najbliższą jego sercu postać, wzorzec męskości, Marcin się nie waha: – Dla mnie to ludzie przedwojenni, którzy już, niestety, odchodzą. Jak Tadeusz z „Róży” Wojtka Smarzowskiego. Tadeusz nie miał gęby pełnej frazesów. Bóg, honor, ojczyzna. On w to naprawdę wierzył, o to walczył i był gotów zginąć. Mimo że chciano mu wszystko odebrać, nikt nie mógł go pozbawić człowieczeństwa. I to jest olbrzymia moc, o której nie chciałbym nigdy zapomnieć i którą zobaczyłem u tych przedwojennych ludzi. Jak mówił Kazimierz Pawlak w „Samych swoich”: „U mnie słowo droższe od piniendzy”. Ja też tak zostałem wychowany.

Odcinek 5. „Przyjaciele”

Marcin został wychowany w podwarszawskim Kłudzienku, wraz z trzema braćmi. – Dzisiaj jadę tam autostradą, zajmuje mi to 20 minut, ale kiedyś to była wyprawa. Trzeba było dostać się autobusem do Grodziska Mazowieckiego, a to już było co najmniej tyle czasu. W Grodzisku musiałem wsiąść do pociągu, który wiózł mnie do Śródmieścia, co zabierało 45 minut. Kiedy jeździłem na praktyki do FSO, musiałem wychodzić z domu przed piątą rano. Nic dziwnego, że zanim trafiłem do szkoły teatralnej, byłem w teatrze raz – wspomina Dorociński.

Jak podaje Wikipedia, Kłudzienko to osada wsi Tłuste w powiecie Grodziskim. – Bezkres, pola, można było pójść, dokąd człowiek zapragnie. To było fantastyczne. Uwielbiam znaleźć się od czasu do czasu za miastem, dlatego z żoną kupiliśmy kawałek ziemi na Kurpiach – to Marcin. A Wikipedia: „Z miejscowości (Kłudzienko) wywodzi się dwóch znanych aktorów Marcin Dorociński oraz Andrzej Szeremeta.

Andrzej grał m.in. w Teatrze Telewizji u Krzysztofa Warlikowskiego. Był też aktorem stołecznego Teatru Dramatycznego. Ostatnio dołączył do zespołu Krystiana Lupy, jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów teatralnych.

Kiedy mówię o haśle w Wikipedii, Marcin się szeroko uśmiecha. – Znacie się? – pytam.

– Znamy się bardzo długo. Są między nami trzy lata różnicy, a kiedy jesteś mały, to jest to różnica olbrzymia. Byłem w niego zapatrzony. Miał, w co dziś może trudno uwierzyć, bo jest łysy, bujną fryzurę, i kolczyk w uchu. Jeździł rowerem Wigry. Albo Jubilat. Pamiętam, że w przedszkolu, kiedy byłem w maluchach, a on w starszakach, potrafił mnie uspokoić, miał na mnie niesamowicie dobroczynny wpływ.

O Szeremecie mówi: zdolny, wrażliwy człowiek. Tak samo o Jacku Braciaku, który zagrał w „Róży” jego sąsiada. – Jacek jest, podobnie zresztą jak my, z małej miejscowości. To niesamowicie utalentowany aktor, który potrafi jednocześnie rozśmieszać i wzruszać. Bardzo go cenię i szanuję.

Odcinek 6. „Niesamowity wzrok Cilliana Murphy’ego”

Irlandzkiego gwiazdora Marcin poznał na planie filmu „Operacja Anthropoid”, który miał światową premierę latem tego roku (wciąż nie wiemy, kiedy wejdzie do polskich kin). W dramacie wojennym o zamachu na SS-Oberguppenführera Reinharda Heydricha Dorociński gra postać Ladislava Vanka, jednego z czeskich konspiratorów. – Vanek jako jedyny przeżył, a potem współpracował z komunistami. Ciekawa życiowa historia. I ważna dla Czechów. Niektórzy mówią, że Czesi ze swoją historią ruchu oporu nie mają się z nami co porównywać – mówi Marcin. Po czym dodaje: – Może i tak. Ale to do nich przyjechali Amerykanie i zaciekawili się ich historią. Zamachem na Heydricha zachwycił się brytyjski reżyser Sean Ellis, który dał do przeczytania scenariusz Cillianowi Murphy’emu. Dołączył do nich kolejny Irlandczyk, Jamie Dornan. I w międzynarodowej ekipie zrobili film o czeskim ruchu oporu, a nie o polskim.

Marcin mówi, że kiedy kręcili zdjęcia w Pradze, spotkali kilkanaście innych ekip pracujących nad serialami i filmami. Czesi, jak wiadomo, kuszą nie tylko świetnymi plenerami, ale przede wszystkim zachęcają zagranicznych twórców, ograniczając podatki do minimum. I dlatego twórcy z całego świata zostawiają u naszych południowych sąsiadów mnóstwo pieniędzy.

– Duża rola, a w dodatku w obcym języku i w doborowym towarzystwie. Byłeś stremowany?

– Pojechałem trzy dni przed zdjęciami na próbę gadaną. Powiedziałem z pamięci siedem stron pierwszej sceny, ekipa to przegadała, po czym reżyser powiedział: „Okej, widzimy się jutro”. Mogłem obserwować amerykańską produkcję, grać z Tobym Jonesem, Jamiem i Cillianem. Cillian Murphy ma naprawdę niesamowite oczy. W filmach jego wzrok robi wrażenie, ale wiadomo, oczy można odpowiednio oświetlić, podkręcić kolory… Jednak kiedy człowiek stanie z nim oko w oko, widać niezwykłą głębię i dzikość. Ma oczy jak husky.

– Jak to się stało, że znalazłeś się z nim na planie?

– To było konsekwencją wielu starań. Wysyłanie taśm demo, mnóstwo pracy, którą włożyła moja agentka Ania, nauka języka. No i od dwóch lat mam w Anglii agenta. To Richard Cook, który, tak się szczęśliwie składa, jest też agentem Cilliana – tłumaczy Marcin. I mówi, że to także trochę kwestia szczęścia, bo aktor, który miał zagrać Vanka, musiał zrezygnować. Marcin skorzystał z wakatu, miał akurat czas, szybko nauczył się tekstu i spodobał się ekipie.

Od niedawna Marcin ma też swojego przedstawiciela w Danii. – W 2010 roku zagrałem u boku Soni Richter w filmie „Kobieta, która śniła mężczyznę”. Teraz pracowałem z reżyserem Ole Bornedalem przy czarnej komedii „Small Town Killers”. Kiedy Ole zadzwonił, że chce mnie zatrudnić i to bez castingu, nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wystarczyło mu, że zobaczył moje demo.

Odcinek 7. „Krótki poradnik dla scenarzystów i producentów”

 Jeśli chcesz zatrudnić Marcina, napisz komedię. Najlepiej czarną, jak „Small Town Killers”. – Takich komedii mi u nas brakuje. Jakby brakowało nam wiary, że to się może udać – mówi Marcin.

Możesz też spróbować z musicalem.

– Za piosenkę „Kiedy Łukasz się zamyśli” dostałeś nagrodę. Dlaczego tak mało śpiewasz?

– Bo się wstydzę. Śpiewanie to megaintymna rzecz. Przed zdaniem do PWST mocno fałszowałem, ale tam mi to ucho i gardło trochę nastawiono. Wciąż zdarza mi się fałszować, ale jak się już czegoś nauczę, umiem śpiewać czysto. Na recital solo bym się nie odważył. Z tamtą piosenką było łatwiej, bo to była część poetyckiego kabaretu „Zazum” w reżyserii Łukasza Kosa. Przy Agnieszce Kotlarskiej, Edycie Jungowskiej, Sybilli Rostek, Wojtku Kalarusie i Pawle Tucholskim czułem się po prostu raźniej. I, jak powiedziałem to w programie Kuby Wojewódzkiego, usłyszałem wtedy jeden ze wspanialszych komplementów pod moim adresem. Ktoś na widowni krzyknął: „Przestań, bo się zesram”.

Pytam, czy te dwie role w Teatrze Ateneum mu wystarczą, czy nie chciałby więcej grać na scenie. – Na początku kariery więcej grałem w teatrze, a mniej w filmie i telewizji. Teraz jest odwrotnie. Wszystko płynie w należytym porządku. Gdy przyjdzie czas, żeby więcej grać w teatrze, to przyjdzie. Kwestia scenariuszy, sztuk, wyzwań. Od dłuższego czasu robię to, co chcę.

– Naprawdę masz poczucie, że robisz to, na co masz ochotę.

– Nie tylko mam poczucie, ale jestem tego pewien.

Odcinek 8. „Amores perros”

Prawie osiemset psów i ponad sto kotów – to dane z sierpnia. W warszawskim Schronisku na Paluchu zwierząt nigdy nie brakuje. Spośród tych niemal ośmiuset psów zaprosiliśmy na sesję zdjęciową z Marcinem siedem. Nie są ani najprzystojniejsze, ani najmłodsze. Buziak ma osiem lat – od trzeciego miesiąca życia jest w schronisku. Siedmioletni Poker kocha wodę, choć nie może się nią zbyt często nacieszyć – od pięciu lat jest rezydentem Palucha. Ponad dziesięcioletni Chrumek to kraina łagodności. Jest też około sześcioletni Gacek, mniej więcej ośmioletni Ares, kochający aportowanie Doro (dziesięć lat, od dziewięciu za kratami) i Zębuszka, której wiek szacuje się na siedem lat. Zębuszka, podobnie jak Marcin, uwielbia samochody.

Na oficjalnym profilu facebookowym Marcina jest wiele wspólnych zdjęć z psami, bo ostatnio wspiera akcję schroniska Adoptuj Seniora. W obecności dwóch, a może trzech dziesiątek ludzi, którzy pracują przy sesji zdjęciowej w hali, Marcin wydaje się nieco skrępowany, ale kiedy wraz z wolontariuszami przyjeżdżają kudłate staruszki, wygląda, jakby poczuł ulgę.

– Dlaczego akurat Paluch?

– Nie tylko Paluch. Wcześniej były m.in. Korabiewice i Radzymin. Pamiętasz trzynogiego psa, który grał w „Róży”? Był właśnie spod Radzymina. Mieliśmy z moją żoną Moniką suczkę Sukienkę, która przeżyła w naszym domu trzynaście lat. Znaleźliśmy ją na ulicy. Była trudnym i wymagającym psem. Nie lubiła dzieci. Żadnego nie skrzywdziła, ale czuła się przy dzieciach niepewnie. Parę miesięcy przed tym, jak zachorowała i zmarła, napisali do nas ludzie z Korabiewic, którzy wymyślili akcję z seniorem Oczkiem. Zrobili mu kilka zdjęć i podpisali je, tworząc historyjkę obrazkową: „Cześć, Sukienka, słyszałem, że masz pełną michę i że masz fajnych starych, ja jestem Oczek, polub mnie na Facebooku, to mi to pomoże znaleźć dom”. Moja żona odpisała historią obrazkową, podkładając kartki pod Sukienką: „Cześć, Oczek, jesteś strasznie fajny, przystojny. Bardzo bym cię chciała poznać”. Zrobiła się z tego świetna komiksowo-obrazkowa korespondencja. Niedługo potem Sukienka zmarła i dopiero wtedy dowiedziałem się, jak bardzo człowiek jest w stanie kochać zwierzę, które staje się częścią stada. W tym smutku powiedziałem, że nie chcę, żeby jeszcze kiedyś w tym domu było zwierzę, bo nie damy rady przeżywać takiej straty jeszcze raz. Ale jakieś dziesięć dni później Monika znalazła podobną do Sukienki suczkę, wcale jej nie szukając. Właśnie w Korabiewicach. To była młoda suka, więc gdy zobaczyłem jej zdjęcia, byłem przekonany, że to jakieś stare fotografie Sukienki. A to była Rózia. Jak ją tylko zobaczyliśmy, wiedzieliśmy, że z nami zostanie. Po trzech miesiącach pojawił się Chlebek.

– A co z Oczkiem?

– W Polsce nikt się na niego nie połasił, ale wzięli go młodzi ludzie i wyjechali z nim do Anglii. Wzięli też Gwiazdkę. Oczek, bo był niewidomy. Z kolei Gwiazdka ledwo chodziła. Urządzili im w Anglii nowe życie. Kanapy, poduszki, te psy wyglądały jak królewskie rodzeństwo. Stworzyli tym starym psom niebo na ziemi. Nigdy nie wiesz, ile radości da ci stary pies i nie jesteś sobie w stanie wyobrazić, ile radości dasz psu, który wydaje się niepotrzebny. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia takich zwierzaków w nowych domach, żeby się o tym przekonać.

 – Ale ludzie boją się adoptować stare psy, bo tak jak wy, po śmierci Sukienki, najzwyczajniej w świecie nie chcą tego przeżywać.

 – Nie chcę się mądrzyć, ale czasami można bardzo długo żyć i nie zaznać odrobiny szczęścia. Czasem to oglądamy w filmach – ktoś przeżył najwspanialszą historię swojego życia jako siedemdziesięcio- czy osiemdziesięciolatek. Może wystarczy tak o tym pomyśleć? Nie ma co się bać. Nie zagwarantuję ci, że wzięcie takiego psa, czy zatrzymanie się i porozmawianie z bezdomnym, sprawi, że będziesz mądrzejszy, bogatszy albo poczujesz coś w rodzaju oczyszczenia. Ale może sprawi, że dzięki temu spojrzysz na siebie życzliwiej.

Mówiąc o psach i pomaganiu, Marcin się rozkręca. Kilka razy powtarza, że ma wielki szacunek dla wolontariuszy i pracowników schronisk, przytułków, szpitali, fundacji, które wykonują najcięższą robotę, pomagając i ludziom, i psom. On tylko korzysta z popularności, żeby coś nagłośnić, ale całą resztą zajmują się tysiące wspaniałych ludzi. No i jego agentka Ania (też ma psa ze schroniska), która ogarnia to wszystko logistycznie. To jest dopiero coś.

Rozmawiał: Grzegorz Sobaszek. Tekst ukazał się w numerze 5/2016 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo