Królowa Hiszpanii. Rozmowa z Penelope Cruz
Fot: Starstock

Królowa Hiszpanii. Rozmowa z Penelope Cruz

Największy problem podczas wywiadu z Penelope Cruz? Nie sposób oderwać od niej wzroku.
13.07.2018

W moim kierunku zmierza wysoki i elegancki kelner. Gdy się zbliża, daje mi ledwie widoczny sygnał dłonią. Ruszam za nim przez restaurację, wychodzimy na zewnątrz i docieramy do zadaszonego tarasu, który byłby całkowicie pusty, gdyby nie ciemnowłosa kobieta siedząca samotnie przy dwuosobowym stoliku, pisząca wiadomość na telefonie. Jest ubrana w skromną czarną bluzkę, ciemne dżinsy i płaskie buty. Nie ma okularów przeciwsłonecznych ani apaszki. Wymieniamy uścisk dłoni. Ona ma nadzieję, że nie mam nic przeciwko temu, abyśmy usiedli na zewnątrz. Jest gorąco, ale przytakuję. Czy można odmówić Penélopie Cruz?

Spotkanie w San Agustin del Guadalix 

Na spotkanie z nią umówiłem się w restauracji oddalonej o czterdzieści minut jazdy od centrum Madrytu. Nazwa miasta? San Agustin del Guadalix. Knajpa mieści się w starym, szesnastowiecznym kastylijskim budynku i jest tak tradycyjna, jak sękate drewniane belki pod sufitem czy wyblakłe gobeliny rozwieszone na ścianach.

Spotkanie zaczynamy od jedzenia. Penélope chce mieć z głowy zamówienie lunchu, zanim oddamy się rozmowie. – Ufasz mi, prawda? – pyta. Nie mogłoby być inaczej. Moja rozmówczyni bombarduje kelnera serią pytań, a kiedy ten odpowiada, uważnie słucha, chwilami wydymając wargi. Moja znajomość hiszpańskiego jest żałosna, ale z wymiany zdań wnioskuję, że zamówiła dla mnie gazpacho, a dla siebie sałatkę. Następnie pyta, czy jestem wegetarianinem – nie jestem – by zasugerować, że możemy wziąć „na spółkę” porcję mięsa, które według niej jest tu bardzo dobre. – Może być krowa? – dopytuje Penélope. Doskonale. Uwielbiam krowę.

Wino? Przytakuję z ochotą. Penélope dla siebie nie zamawia, bo, jak mówi, prawie wcale nie pije. Ostanio podczas imprezy wypiła puszkę bezglutenowego piwa i alkohol błyskawicznie uderzył jej do głowy. Po chwili pojawia się przede mną butelka czerwonego wina. Jest łagodne, bogate i treściwe. Kiedy wydaje się, że nie może być już lepiej, na stół trafia duży talerz hiszpańskiej szynki dojrzewającej. Penélope zaczyna jeść palcami, zwijając każdy kawałek w cieniutki rulon. Anonsowana wcześniej wołowina to stek z antrykotu, grillowany, pokrojony w plastry i podany w ilości, którą można by wykarmić ekipę na planie filmowym. Kiedy potrawa pojawia się przed nami, Penélope prosi kelnera o płytę grzejną, na której można przypiekać kawałki mięsa. Oboje chwytamy widelce i sięgamy po krwiste kawałki mięsa, na zmianę wrzucając je na płytę, więc naszej rozmowie przez dłuższą chwilę towarzyszą odgłosy skwierczącego steku.

Penélope zaczyna od narzekania na jet lag – dzień przed naszym spotkaniem przyleciała do Madrytu z Los Angeles. W Stanach była na zdjęciach do nowego sezonu serialu „American Crime Story”, który opowiada o okolicznościach zabójstwa projektanta Gianniego Versace. Cruz gra w nim jego siostrę Donatellę. Ta rola to nie lada kąsek dla entuzjastów popkultury takich jak ja. Penélope zazwyczaj nie grywa w serialach, występowała w nich jako nastolatka. W międzyczasie telewizja bardzo się zmieniła. – Scenariusze seriali mają dzisiaj zdecydowanie żywsze tempo niż przed laty – komentuje Penélope. – Czasem nowe sceny pojawiają się ledwie trzy–cztery dni przed rozpoczęciem zdjęć. To dla mnie nowość. Do tego  w „American Crime Story” dużo mówię po angielsku, ale z włoskim akcentem, tak jak Donatella.

Nie chodzi o to, że Cruz wcześniej nie kręciła filmu, w którym musiała mówić po angielsku z włoskim akcentem. – Robiłam to choćby w musicalu „Dziewięć” – dodaje. – Grałam też Włoszkę w „Nie ruszaj się”, horrorze z Sergio Castellitto, więc miałam okazję poznać ten język. Mówię po włosku, ale granie w tym języku to dla mnie nadal wyzwanie.

Uwodzicielska i gniewna 

Penélope miała 18 lat, kiedy świat ujrzał ją po raz pierwszy jako aktorkę w komedii erotycznej „Szynka, szynka”. Była olśniewająca, ale, co zrozumiałe, wciąż dziewczęca, trochę niezdarna. Teraz ma 44 lata. Trudno oczekiwać, by nadal wyglądała jak w roku 1992. To byłoby dziwne. Ale stwierdzenie, że Penélope dobrze się starzeje, byłoby w odniesieniu do tej kobiety zdecydowanie nie na miejscu. Odeszła od mocnego podkreślania urody – patrząc, jak pałaszuje plastry jamon iberico, ledwo dostrzegam makijaż. Woody Allen, w którego filmach Cruz grała dwukrotnie, między innymi w „Vicky Christina Barcelona” z 2008 roku, wyznał, że jej uroda jest tak dominująca, że nie był w stanie na nią patrzeć. Ja muszę przyznać, że borykam się z odmiennym problemem: nie mogę przestać wpatrywać się w Penélope.

Cruz spędziła dzieciństwo niedaleko od miejsca, w którym teraz siedzimy. I choć wiele lat mieszkała w Nowym Jorku i Los Angeles, choć miesiące spędziła na planach filmowych w różnych zakątkach świata, nadal jej dom znajduje się właśnie tutaj, na kastylijskiej prowincji. – Jestem bardzo hiszpańska – przyznaje. – Kocham moje miasto i ten kraj, tutejszą kuchnię  i kulturę. Tu mieszka moja mama i siostra. Jestem bardzo rodzinna. My, Hiszpanie, lubimy familijną atmosferę. Kiedy spotykamy się i spędzamy razem czas, zaczynamy mówić wszyscy naraz. Uwielbiam to!

O Brytyjczykach mówi się, że mają w sobie dużo stoickiego spokoju, że są zdystansowani i zamknięci; Niemcy to porządni do bólu i równie nudni służbiści bez poczucia humoru. Z kolei Hiszpanów uważa się za ludzi porywczych, nieskrywających emocji. Maria Elena, kobieta, którą Cruz gra w filmie „Vicky Cristina Barcelona”, potrafi być uwodzicielska, by za chwilę wybuchnąć gniewem. Pytam Penélope, czy w takim opisie hiszpańskiej duszy jest trochę prawdy. – Nie – słyszę zdecydowaną odpowiedź. – Hiszpanie nie są tacy jak Maria Elena. Ona była szalona!

DROGA Z MADRYTU DO MIASTA SAN AGUSTIN DEL GUADALIX wiedzie przez krajobraz wyschnięty na wiór. Po drodze mija się niewielkie centra handlowe, nadgryzione przez upływ czasu kompleksy biurowców, spalone słońcem osiedla z blokami mieszkalnymi w kolorze piachu. Zmierzając do restauracji na spotkanie z hiszpańską gwiazdą kina, mijam skręt do Alcobendas, robotniczego miasta, w którym urodziła się i dorastała Penélope, najstarsza z trójki rodzeństwa, dzieci Eduardo i Encarny. Ojciec pracował w sklepie z narzędziami, matka w salonie piękności. Cruz odziedziczyła po matce sporo umiejętności. Gdy opowiada mi o tym, jak kiedyś przy blasku świec przygotowywała fryzurę i makijaż na premierę w Los Angeles swojej koleżance, Salmie Hayek, czuję, jakbym oglądał scenę, która doskonale pasowałaby do filmów Pedro Almodóvara.

W 2009 roku, gdy Penélope jako pierwsza Hiszpanka zdobyła Oscara, w przemówieniu w ujmujący sposób wyznała, że takie historie nie przytrafiają się dziewczynom z jej miasteczka, z Alcobendas. Dzisiaj wciąż jest podobnego zdania. – Nikt z moich znajomych nie zarabiał na życie jako artysta – wspomina, gdy pałaszujemy kolejne kawałki wołowiny. – Miałam proste marzenie: mieć pracę, którą będę kochać. Nieważne, czy byłabym tancerką, czy aktorką. Chciałam z tego żyć, tego pragnęłam. Wizja zdobycia Oscara była dla mnie nierealna, równie dobrze ktoś mógłby mnie przekonywać, że któregoś dnia postawię stopę na Księżycu.

Kiedy miała trzynaście lat, ojciec kupił jej magnetowid. Cruzowie byli pierwszą rodziną w okolicy, która miała w domu takie urządzenie. Nastoletnia Penélope od razu zapałała miłością do filmów. – Ta maszyna zmieniła moje życie – opowiada. Zamiast chodzić do parku, czy bawić się z przyjaciólmi, wypożyczała filmy, dwa lub trzy naraz. Rodzina mówiła o niej „Kosmitka”, ponieważ żyła w świecie wyobraźni, dla której paliwo stanowiły filmy na kasetach. – W naszej okolicy nie było sali kinowej, nie mieliśmy też samochodu, ale w domu poznawałam historię kina. Dzięki temu dowiedziałam się, kim są Billy Wilder, Marilyn Monroe, Sophia Loren, Pier Paolo Passolini... Każde odkrycie aktorskie było dla mnie niczym wstrząs. Film „Najpiękniejsza” z Anną Magnani oglądałam średnio trzy razy w tygodniu. 

Dziełem, które zmieniło jej życie, było „Zwiąż mnie”, kultowy film Pedro Almodóvara. Penélope miała czternaście lat, gdy go obejrzała. Jak urzeczona wpatrywała się w ekran, siedząc w pustej sali kina. To było niczym wstrząs. – Po zakończeniu seansu zrobiłam sobie spacer i doszłam do wniosku, że muszę mieć agenta. Chciałam poznać Pedra i podziękować mu za ten film. A także pracować z nim.

Agentkę znalazła, gdy miała piętnaście lat. – Skłamałam, powiedziałam jej, że mam siedemnaście. Odesłała mnie do domu, ale wróciłam. Potem znowu mnie odesłała, ale nie ustępowałam – wspomina Penélope. W końcu Katrina Bayonas dała za wygraną. Do dzisiaj pracują razem. Punktem zwrotnym w karierze Cruz był wspomniany już film „Szynka, szynka” w reżyserii Bigasa Luny, uczta dla zmysłów z wyśmienitym sloganem reklamowym: „Film, w którym kobieta je mężczyznę, a mężczyzna – szynkę”. Cruz zagrała Silvię, kokietkę z małego miasta, której piersi mają smak... szynki. Za tę rolę nastoletnia Penélope zgarnęła nominację do nagrody Goya – hiszpańskiego odpowiednika Oscara.

„Szynka, szynka” jest znacząca dla Cruz także dlatego, że na planie filmu poznała swojego przyszłego męża – Javiera Bardema. Musiało jednak minąć szesnaście lat, zanim wzięli ślub. W „Szynce, szynce” Bardem grał podrywacza, dla którego Silvia rzuca bogatego chłopaka. W filmie przyszła pierwsza para hiszpańskiego kina zagrała wiele namiętnych scen. Czy nagość jej nie onieśmielała? – Wiedziałam, że scenariusz jest naprawdę dobry. Sceny łóżkowe nie były dla mnie najważniejsze, nie wyczekiwałam ich. Wszyscy na planie byli niezwykle wyrozumiali, zdawali sobie sprawę, że miałam zaledwie osiemnaście lat. W pamięci utkwił mi ostatni dzień zdjęć do „Szynki, szynki”, gdy zapłakana mówiłam: „A jeśli już nigdy nie zagram w filmie?”. To uczucie było rozdzierające. Kiedy znów zobaczę tych ludzi? Czy spotkam się jeszcze z Javierem?

Droga do Almodovara 

Następny film z jej udziałem był mniej nasycony erotyzmem, ale nie przeszedł bez echa. „Belle Epoque”, opowieść o Hiszpanii czasów wojny domowej, zdobyło w 1994 roku Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Jako dziewiętnastolatka Penélope wykonała skok na głęboką wodę i ruszyła na studia do Nowego Jorku. Mieszkała w dzielnicy Greenwich Village, z grupą przyjaciół z Hiszpanii. Wszyscy uczyli się angielskiego, cieszyli wolnością z dala od domu i życiem w wielkim mieście. – Pokochałam Nowy Jork do szaleństwa – mówi Cruz. – Byłam bardzo szczęśliwa, ale z ochotą wracałam do Hiszpanii, aby grać w filmach.

Gdy Pedro Almodóvar – reżyser, który miał stać się dla niej tym, kim Josef von Sternberg był dla Marleny Dietrich, a Ingmar Bergman dla Liv Ullman – zadzwonił do Penélope po raz pierwszy, pomyślała, że to głupi żart. W domu telefon odebrał ktoś z rodziny. – Wszyscy wiedzieli, że miałam obsesję na punkcie Pedra. Nie mogłam w to uwierzyć. Usłyszałam w słuchawce: „Dzwonię, by pogratulować ci ról”. Mogłam jedynie wydusić z siebie: „Nie. To niemożliwe!”. Moje największe marzenie niespodziewanie stało się rzeczywistością.

Droga do roli w filmie Pedra okazała się jednak niespodziewanie długa. Gdy w 1993 roku Penélope poszła na przesłuchanie do filmu „Kika”, miała poczucie, że jest za młoda do tej roli. Almodóvar pocieszał ją: „Napiszę film, który będzie skrojony pod ciebie”. Ale gdy cztery lata później stawiła się na castingu do głównej roli w „Drżącym ciele”, reżyser ponownie szukał bardziej dojrzałej aktorki.

Kilka lat temu, przy okazji premiery filmu „Przerwane objęcia”, w którym występowała Penélope, zapytałem Almodóvara o relację, która ich łączy. Wyznał mi wtedy, że do „Drżącego ciała” poszukiwał kogoś, kto mialby większy bagaż doświadczeń życiowych, dlatego zaproponował Cruz małą rolę, mając świadomość, że zapewne odmówi. Penélope propozycję jednak przyjęła, w odpowiedzi Almodóvar rozbudował jej wątek. Powstała historia młodej prostytutki, która rodzi dziecko w autobusie w Madrycie, w okresie rządów generała Franco. Jak przyznał, to jedna z tych decyzji, z których jest szczególnie dumny. Dzięki tej roli widzowie na całym świecie dostrzegli wielki talent Penélope, a Stephen Frears, będąc pod wrażniem jej umiejętności, zaoferował jej udział w filmie „Kraina Hi-Lo”.

To był dopiero początek. Najlepsze miało nadejść. Pierwszą nominację do Oscara Cruz otrzymała w 2006 roku za rolę w „Volver”, komedii obyczajowej, pełnej życia i koloru, opowiadającej historię życia Raimundy – ubogiej i samotnej, lecz zaradnej matki z przedmieść Madrytu. Ta rola idealnie odpowiadała Penélope, była wręcz skrojona dla niej. 

Ten film oraz kolejny, „Wszystko o mojej matce”, zyskały status kinowej klasyki. Nie można  tego jednak powiedzieć o każdym filmie, w którym Penélope zagrała w Ameryce. Na starcie kariery w Hollywood, nawet gdy pracowała z wyśmienitymi reżyserami i grała u boku wielkich gwiazd, rzadko udawało jej się trafić na plan wybitnych produkcji. „Rącze konie” w reżyserii Billy’ego Boba Thorntona z Mattem Damonem jest kiepską ekranizacją powieści Cormaca McCarthy’ego. „Vanilla Sky” Camerona Crowe’a to przeciętny remake świetnego hiszpańskiego filmu „Otwórz oczy”, w którym Penélope zagrała jedną z głównych ról. Wyliczankę można ciągnąć – „Blow” Teda Demme’a, dramat o handlarzach narkotyków, został zauważony głównie ze względu na peruki noszone na planie przez Johnny’ego Deppa. „Kapitan Corelli”, adaptacja bestselleru autorstwa Louisa de Bernieresa z Nicolasem Cage’em, zapowiadał się nieźle, ale efekt na ekranie był zaledwie przyzwoity.  Z kolei „Sahara” z Matthew McConaugheyem wypadła po prostu topornie. Mimo to Penélope jest gotowa bronić tych filmów – a także decyzji o tym, by w nich zagrać. Twierdzi, że dużo z nich wyniosła, a także spotkała ludzi, którzy okazali się istotni w jej późniejszej drodze zawodowej i życiowej, choćby Toma Cruise’a, gwiazdę „Vanilla Sky”, z którym Cruz przez kilka lat była w związku. – Te tytuły nie znajdują się na czele listy moich ulubionych filmów, ale niczego nie żałuję. Kiedy pracowaliśmy nad „Krainą Hi-Lo” oraz nad „Rączymi końmi”, mówiłam słabo po angielsku, co sprawiało, że przed kamerą czułam się bardzo onieśmielona. Mimo to była to szansa, by rozpocząć karierę w Ameryce i pracować ze wspaniałymi ludźmi. Szczęśliwie nadeszły także lepsze role anglojęzyczne. Weźmy choćby „Elegię” – adaptację powieści Phillipa Rotha oraz „Dziewięć”. Za ten drugi film Cruz otrzymała trzecią nominację do Oscara. Musical nawiązywał do jednego z ulubionych filmów Penélope, „Osiem i pół” Federico Felliniego. Daniel Day-Lewis wciela się w nim w rolę reżysera, który pracę na planie próbuje pogodzić z życiem z wieloma kobietami. Cruz zagrała rolę jego kochanki. Na planie konkurencja była mocna – obok niej w „Dziewięć” zagrały Nicole Kidman, Marion Cotillard czy Sophia Loren. Penélope wypadła fantastycznie, choćby podczas popisu tanecznego, który przybiera formę wyrafinowanego, przeczącego zasadom grawitacji striptizu.

W karierze przytrafiały się jej także, jak wielu świetnym aktorom, oczywiste wpadki. Weźmy choćby udział w takich porażkach jak „Seks w wielkim mieście 2”, „Zoolander 2” czy „Grimsby” z Sashą Baronem Cohenem. 

– Nieważne – Penelope macha ręką. – Istotne jest doświadczenie, świadomość, czego się nauczyłam przy okazji oraz to, czy jestem dumna z efektów mojej pracy. W filmie „Mama” z 2016 roku zagrałam kobietę chorą na raka piersi. Niewiele osób go obejrzało. Czy mam uznać, że to nie był sukces? Jestem z tej produkcji dumna bardziej niż z udziału w niejednym filmie obsypanym nagrodami. To dlatego, że kocham aktorstwo i to się nie zmieni.

Autorem tekstu jest Alex Blimes. Całość ukazała się w numerze 2/2018. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie