Ameryka jak z „Mad Maxa”. Przeczytaj fragment głośnej dystopii Omara El Akkada

Ameryka jak z „Mad Maxa”. Przeczytaj fragment głośnej dystopii Omara El Akkada

"Ameryka w ogniu" to nie tylko wizja przyszłości USA – to także błyskotliwa krytyka dzisiejszego oblicza kraju.
03.08.2018

Ponura, uginająca się pod zwałami trupów opowieść o rodzinie, która ucieka z pożeranego przez wojnę domową i zmieniający się klimat Południa. Uzupełniona sięgającymi drugiej połowy XXI wieku relacjami o zamachach terrorystycznych, wielkiej epidemii i krwawych walkach stoczonych podczas drugiej wojny secesyjnej.

Mad Max i krytyka społeczna 

„Amerykę w ogniu” mógłby z powodzeniem zekranizować twórca tetralogii "Mad Max" George Miller. Ale zwroty akcji nie odgrywają w niej pierwszoplanowej roli — liczy się tu przede wszystkim dramat społeczny: ukrywający się przed wojennym zgiełkiem w obozie dla uchodźców Amerykanie usiłują poukładać sobie życie przy uzbrojonych po zęby wartownikach, w namiotach i pod kocami. Jedni nieźle sobie radzą — kombinują i ciułają grosz do grosza, inni próbują przedostać się przez zasieki. W całym tym chaosie dorastają niebezpieczne jednostki zdolne zmieniać bieg historii.

Zapraszamy do lektury fragmentu ponurej dystopii, którą słynna krytyczka Michiko Kakutani porównała do „Drogi” Cormaca McCarthy’ego i „Spisku przeciwko Ameryce” Phillipa Rotha. Premiera wydanej przez GW Foksal książki będzie miała miejsce 22 sierpnia.

Ameryka w ogniu - fragmenty 

Kiedy obudziła się po południu, zobaczyła, że namiot jest pusty. Usiadła półprzytomna na łóżku i sięgnęła pod materac do pudła z racjami. Wyjęła tubkę żelu morelowego i wycisnęła sobie do ust porcję przesłodzonej pasty. Kilka minut później poczuła się jak nowo narodzona.
Przebrała się w dżinsy i koszulkę z emblematem Orascom i wyszła. Bliżsi i dalsi sąsiedzi wspomagani przez rebeliantów naprawiali swoje namioty. Wiatr niósł zapach stęchlizny, ale też woń steków, śpiew i odgłosy pogodnych, zaprawionych alkoholem dyskusji. Cała zajadłość poprzedniego dnia znikła bez śladu.
Mężczyźni i kobiety siedzieli na workach z piaskiem, popijali radochę i jedli mięso gołymi rękami, aż tłuszcz płynął im po brodach. Sarat przez kilka godzin krążyła między nimi najedzona, zadowolona i lekko podchmielona.
Wieczorem, kiedy alkohol zaczął wyparowywać, poszła sprawdzić, jak się miewa jej żółwica. Dotarłszy na miejsce w północnej części sektora Alabamy, zobaczyła te same puste namioty co zawsze, ale za to dalej, za ogrodzeniem, coś się zmieniło.
Wielkie reflektory na posterunku Niebieskich były włączone, światło spływało na milion zacienionych kształtów na ziemi. Sarat schowała się za jednym z namiotów i ostrożnie wystawiła głowę.
Zobaczyła zgromadzony przy bramie tłum ubranych na czarno mężczyzn. Setki, może tysiące zasłoniętych twarzy. Przybyli starymi ciężarówkami jadącymi w luźnym szyku, uzbrojeni w karabiny, pistolety i maczety. W blasku reflektorów wyglądali jak ruchome kleksy, czarne tułowie z czarnymi kończynami. W swej masie przypominali pojedynczy wijący się organizm, przelewający się przez wyrwy w ogrodzeniu. Ujrzała ich i od razu wiedziała, co się święci.
Wycofała się i puściła biegiem z powrotem do centrum obozu. Biegła w cieniu namiotów, szybciej niż kiedykolwiek, a powietrze, które wpadało do jej płuc, było jak wir wodny. Do mijanych mężczyzn i kobiet krzyczała, żeby uciekali, żeby szukali schronienia. Że zbliżają się milicje. Nikt jej nie słuchał.
Kiedy dotarła do swojego namiotu, usłyszała pierwsze odgłosy wystrzałów – nie te odległe, do których przez lata zdążyła się przyzwyczaić, ale znacznie bliższe, ogłuszające metalicznym hukiem. Potem dobiegły do niej krzyki. I kolejne salwy.

Wpadła do środka. Siostra siedziała na łóżku z tabletem w rękach i oglądała koncert charytatywny grany w Kennesaw na rzecz Matek Południowej Republiki. Cherylene Cee właśnie śpiewała swój największy przebój. Dana zajadała wirginijskie pomarańcze i śpiewała razem z artystką.
– Pamiętasz, jak nam odbijało na jej punkcie, kiedy byłyśmy małe? – zagadnęła i urwała, kiedy zobaczyła minę siostry. – Co się dzieje?
– Milicja – wydyszała Sarat. – Przedarli się przez północne ogrodzenie.
– Ilu?
– Setki. Zbieraj się. Prędko. Gdzie mama?
– Nie wiem. Może gra w karty u Eriki Yarber? A może jest z Larą? Nie wiem, nie wiem.
Sarat chwyciła siostrę za ramię i razem wybiegły z namiotu. Na zewnątrz terkotały coraz głośniejsze serie z karabinów. Niektórzy ludzie wychodzili przed namioty i pytali zdziwieni, skąd to zamieszanie, ale tym razem Sarat milczała.
Zaciągnęła Danę do budynku administracji, pobiegła do bocznego wejścia i otworzyła drzwi kluczem Gainesa. Potem zamknęła je z powrotem na klucz, razem z Daną zeszła na dół, do gabinetu w piwnicy, po drodze gasząc światło.
W gabinecie bliźniaczki zabarykadowały wejście regałem z książkami i dla pewności podparły go stołem. Sarat wyłączyła wszystkie światła. Zaprowadziła siostrę do szafy, a sama odwróciła się do drzwi.
– Nie, nie idź tam – jęknęła Dana, uczepiając się rękawa Sarat.
– Muszę znaleźć mamę – odparła Sarat. – Przecisnę się, a kiedy wyjdę, dopchnij za mną regał, dobrze?
– Błagam cię – zapłakała Dana. – Przecież wiesz, że cię dopadną, zanim ją odszukasz. Zabiją cię. Nie mogę stracić całej rodziny, nie mogę stracić wszystkich, których kocham. Proszę cię, nie wychodź.
Sarat popatrzyła na siostrę, zaskoczona nie tyle mieniącymi się czernią łzami na jej twarzy ani nawet paniką w głosie, co mroczną kalkulacją, którą poczyniła Dana. Zaprowadziła ją do szafy i obie przycupnęły na podłodze.
Echo salw było tak donośne, że zagłuszało nawet krzyki ludzi. Strzały padały szybkimi seriami albo pojedynczo, z krótkimi przerwami.
Strzelanina trwała do późnej nocy. Umilkła dopiero nad ranem. W ciszy, która wtedy zaległa, zmęczona, oszalała ze strachu Dana zasnęła.
Sarat pozostała u jej boku. W ciemności ich istnienie sprowadziło się do przyciszonych oddechów, wznoszących się i opadających piersi. Kanonada wprawdzie ucichła, ale pojawiły się inne dźwięki.
Sarat wytężała słuch: chrzęst butów; członek milicji zadaje niezrozumiałe pytanie, dowódca odpowiada: „Dobrze wiecie, co robić”; błagania, przekleństwa; szuranie stóp, kilka osób, wspólny rytm, coraz bliżej, bliżej, rozkaz, by uklęknąć; znów błaganie, męski głos: „Przysięgam, nie jestem z nimi, przysięgam”. Głos docierający do piwnicy przez mury budynku, wyraźny, jakby mężczyzna stał z ustami przyciśniętymi do ściany. Potem cisza. Potem pojedyncze wystrzały, jeden po drugim. Potem cisza.
Strzały padły znacznie bliżej niż wszystkie pozostałe i przez chwilę Sarat obawiała się, że mężczyźni wtargnęli do budynku.
Co ma być, to będzie, ale nie umrę tu skulona, pomyślała.
Wyswobodziła się z objęć śpiącej siostry, wyjęła z kieszeni scyzoryk i wstała. Po cichu odsunęła barykadę, na tyle, by móc się wymknąć, i zamknęła za sobą drzwi gabinetu.
Korytarz prowadzący do schodów tonął w ciemności i zdawał się nie mieć końca. Zbliżając się do wyjścia, Sarat próbowała wyobrazić sobie, jak wyglądają mordercy; myślała o nich jak o ludziach z Północy, których oglądała w telewizji: wszyscy bez wyjątku wysocy i umięśnieni, o upiornej cerze. W jej przeświadczeniu należeli wręcz do obcego gatunku.
Przyłożyła ucho do drzwi i nasłuchiwała. Cisza. W końcu postanowiła wyjrzeć.
Przez chwilę myślała, że straciła rachubę czasu. Wydawało jej się, że jest koło drugiej, trzeciej w nocy, że rzeź trwała prawie całą dobę. Tymczasem niebo było jasne jak w południe.
Potem jednak blask zaczął szybko przygasać, ustępując czerni, i tak już pozostało. Nagle, gdzieś daleko na północy, Sarat usłyszała świst, ujrzała lecącą racę i ponownie fałszywa jasność zalała obóz.
Sarat ruszyła powoli, przesuwając się wzdłuż ściany budynku. Od południowego wschodu i zachodu, od strony sektorów Georgii i Karoliny Południowej, dobiegały przekleństwa mężczyzn. Towarzyszyły im dźwięki chaosu: niszczonych, rozcinanych namiotów, stłumione wrzaski kobiet. Odgłosy wystrzałów, tym razem pojedyncze i sporadyczne.
W sercu sektora Alabamy szalał pożar. Języki ognia wiły się pośród kłębów czarnego dymu. W oddali Sarat zobaczyła mężczyzn palących ciała. Za podpałkę służyły im podarte namioty, ubrania i materace. Płomienie trzaskały, przeskakiwały z jednej rzeczy na drugą i sięgały coraz wyżej.
Wyszła zza rogu i ujrzała rząd trupów pod ścianą. Młodzi i starzy mężczyźni. Ustawiono ich pod murem, kazano klęknąć, a następnie rozstrzelano; tam, gdzie pocisk rozerwał ciało, na tynku widniała ciemnoczerwona plama.
Sarat stała jak sparaliżowana. Wpatrywała się w ciała. Większość leżała na brzuchu albo na boku plecami do niej, ale te, które były zwrócone w jej stronę, miały otwarte czoła i groteskowe twarze, wykrzywione nie do poznania milczącą agonią.
Zwłoki były jak mokre plamy na suchej ziemi. Emanowały ciepłem. Sarat czuła je na skórze, wilgotne i prawdziwe jak para znad garnka pełnego gotującej się wody. Wiedziała, co to takiego: ciepło gasnącego życia. Ciepło tego czegoś, co opuszcza wtedy ciało.
W ludzkiej masie dostrzegła znajomą twarz. Eli, Wirginijski Kawalerzysta, z którym rozmawiała, kiedy poszła na spotkanie z bratem. Szybko zaczęła rozpoznawać pozostałych – byli to rebelianci z oddziału Simona.
Naraz straciła wszelką odwagę. Skamieniała ze strachu, niewidzącym wzrokiem spoglądała na stos trupów, wśród których – teraz już była tego pewna – znajdował się jej brat. Trzask płomieni, krzyki zabijanych, huk wystrzałów – wszystko to nieustająco trwało wokół niej, a niebo nad jej głową tętniło światłem i ciemnością niczym ogromne serce Boga.
Z otępienia wyrwały ją głosy mężczyzn. Zbliżali się, byli tuż za rogiem. Po głuchych odgłosach, jakie wydawały ich buty na twardej ziemi, poznała, że to milicjanci. Usłyszała słowa wypowiedziane przez jednego z nich: „Powiedzieli, że do rana możemy robić, co chcemy. Wszystko jest nasze”.
Wiedziała, że zauważą ją, gdy tylko wyłonią się zza rogu. Bez namysłu padła na ziemię i wczołgała się pomiędzy trupy mieszkańców obozu, nakryła się nimi. Ciepło, które wcześniej dotknęło jej ciała, teraz objęło ją całą, wniknęło w pory skóry. Leżała we krwi, pocie, ekskrementach i moczu zamordowanych. Nie zwracała uwagi na płyny, którymi nasiąkało jej ubranie, nie dbała o zapach, powtarzała jedynie w myślach prostą modlitwę: Panie Boże, nie pozwól, żeby mnie zobaczyli. Nie pozwól im mnie zabić.
Wstrzymała oddech. Kroki były coraz bliżej.
Czekała, nieruchoma jak martwi dokoła niej. Mężczyźni minęli ją i poszli dalej.
Trwając wciąż w bezruchu, usłyszała kolejny odgłos; dobiegał z niedaleka, z jednego z namiotów po drugiej stronie alejki. Gardłowe dyszenie i trzask, jakby pękła kość. Kiedy ten dźwięk ucichł, rozległ się kolejny urwany krzyk.
Przez szparę pomiędzy członkami martwych Sarat zobaczyła mężczyznę wychodzącego z namiotu. Miał na sobie czarne dżinsy i czarną, wypuszczoną ze spodni koszulę. Z kieszeni wystawała mu kominiarka.
Ujrzała jego twarz. Nie różnił się niczym od mężczyzn mieszkających w obozie. Nie różnił się niczym od innych znanych Sarat mężczyzn. Nie należał do żadnego obcego gatunku.
Ruszył w stronę sektora Georgii, gdzie rozpalono kolejny stos. Sarat odczekała kilka chwil, a kiedy upewniła się, że odszedł i że nie zbliża się nikt inny, wysunęła się spod trupów, wstała i pobiegła do namiotu, z którego wyszedł mężczyzna.
W środku zobaczyła Sabrinę, uchodźczynię z Missisipi, która uratowała się z bombardowania Hopewell. Rozpoznała ją, mimo że jej twarz przypominała krwawą miazgę. Miała przesuniętą żuchwę i zapuchnięte oczy w fioletowych otoczkach. Leżała na podłodze z wysoko podciągniętą spódnicą i rozpłatanym brzuchem. Jej pierś podnosiła się i opadała.
Kiedy zauważyła Sarat, podniosła dłoń i przywołała dziewczynkę do siebie. Sarat wzięła ją za rękę i usiadła przy jej boku. Płótno pod kobietą było przesiąknięte krwią. Sabrina jęknęła i wypowiedziała słowo, którego Sarat nie zrozumiała. Zinterpretowała je jako prośbę o pociechę. Nie wiedząc, co powinna zrobić, sięgnęła po koc z darów i zasłoniła nim dziurę w brzuchu kobiety. Sabrina powtórzyła to samo słowo jeszcze kilka razy, po czym zamilkła.
Sarat została w namiocie. Nadal trzymała kobietę za rękę, choć wiedziała, że nie ma już w niej życia. Nasłuchiwała. Mężczyźni przemieszczali się w kierunku północnej bramy, którą wtargnęli do obozu. Szli niedaleko. Pochód zdawał się trwać bez końca, jakby maszerowały tysiące. Wyobraziła ich sobie nie jako mężczyzn, ani nawet ludzi, lecz jako mroczną, wieczną porę roku – pierwotną zimę.
Kiedy ucichł tupot wojskowych butów i słychać było jedynie odległe trzaski wystrzałów, Sarat wyjrzała z namiotu. Przed sobą miała ścianę budynku, pod którą leżał stos trupów.
Naraz pojawił się maruder, młody chłopak z karabinem przewieszonym przez ramię. Mijając zwłoki, zatrzymał się, odwrócił do nich, rozpiął spodnie i zaczął oddawać na nie mocz.
Sarat przyglądała mu się przez chwilę, po czym wyjęła z kieszeni scyzoryk i rozłożyła go. Wyszła na zewnątrz, zbliżyła się do stojącego plecami do niej mężczyzny. Już się nie bała. Poruszała się jak zjawa, jak zimna pożoga w dziewczęcej skórze. Podeszła blisko, wyciągnęła rękę i otworzyła ofierze gardło.
Mężczyzna chwycił ją za dłoń, którą wykonała cięcie. Pchnęła go na ścianę. Upadli oboje, ona na niego, on na trupy. Z rany trysnęła krew. Sarat przygwoździła chłopaka i zaatakowała jego śliską od krwi szyję. W końcu przestał walczyć, ale ona dalej kroiła, tam i powrotem, tam i z powrotem, dopóki nie natrafiła na coś, czego nie była w stanie przeciąć. Wrzasnęła. Dźgnęła w tył głowy. Nóż zagłębił się w kości czaszki i utkwił w niej. Lewa dłoń Sarat zsunęła się z zakrwawionej rękojeści i przejechała po ostrzu. Nie czuła bólu, bo ból sam w sobie był środkiem znieczulającym. Ciepło życia opuściło mężczyznę, ale tym razem Sarat tego nie wychwyciła.
 
***
 
Wolni Południowcy przybyli o świcie. Konwój z Atlanty wtoczył się przez bramy do obozu. Tuż za nim zjawiły się ciężarówki i autokary z symbolem Czerwonego Półksiężyca, a także garstka dziennikarzy.
Żołnierze – chłopcy i młodzi mężczyźni, z których wielu nigdy nie brało udziału w walkach – wysypali się z pojazdów. Krążyli oniemiali pomiędzy trupami i stosami, celując do zjaw. Zagraniczni obserwatorzy i dziennikarze w milczeniu przystąpili do liczenia, fotografowania i ewidencjonowania zwłok.
Nad Patience wstało słońce. Ci, którzy przeżyli – jedni okaleczeni, inni otępiali z szoku – zaczęli wychodzić z kryjówek albo z miejsc, gdzie ich porzucono. Członkowie personelu, którzy schronili się w budynku administracji, opuścili go, machając flagą Czerwonego Półksiężyca i głośno manifestując swoją przynależność do neutralnej organizacji.
Kiedy Sarat, cała we krwi, wyłoniła się zza budynku, Czerwoni zauważyli ją, wycelowali z karabinów i kazali jej się zatrzymać. Jeden z żołnierzy zawołał, że ma uklęknąć. Nie usłuchała.
Zobaczyła to jedna z pracownic obozu, rozpoznała Sarat i powiedziała żołnierzom, żeby opuścili broń.
– To uchodźczyni! – krzyknęła i podbiegła do dziewczyny. – Sarat, kochanie, odłóż ten nóż – odezwała się do niej. – Już po wszystkim.
Sarat przeniosła spojrzenie z chłopców i ich karabinów na kobietę. Odepchnęła ją i ruszyła do budynku administracji. Zeszła po schodach i dotarła do gabinetu, w którym ukrywała się jej siostra. Zapukała trzy razy do drzwi, potem dwa, potem raz – tak brzmiał ich tajny szyfr, który od lat stosowały. Usłyszała szuranie po drugiej stronie.
– To ja – powiedziała. – Odeszli.
Dana powoli otworzyła drzwi.
– Mój Boże – jęknęła, kiedy zobaczyła siostrę. – Co oni ci zrobili?
– Chodź.
Wyprowadziła Danę z budynku. Żołnierze Południa byli na dziedzińcu, gasili pożary i przeszukiwali namioty.
Zakrywali białymi płachtami ciała albo to, co z nich pozostało, po czym układali je na noszach i zanosili do ciężarówek. Mężczyźni w maseczkach zakrywających usta i nos prowadzili rejestr zwłok. Dziennikarze fotografowali zabitych i przepytywali żywych, którzy patrzyli na nich niewidzącym wzrokiem. Garstkę zdrowych i całych mieszkańców obozu prędko zaprowadzono do czekających autokarów.
Na widok rozmiarów masakry Dana zaczęła krzyczeć. Sarat wzięła ją w ramiona i przytuliła do piersi.
– Zabili ich, prawda? – załkała Dana. – Mamę i Simona. Zabili ich.
Poszły do jednego z autokarów, w którym w milczeniu siedziało kilkoro ocalałych.
– Jedź z nimi – powiedziała Sarat. – Jeżeli mama i Simon żyją, odnajdę ich. Jeśli zginęli, też ich znajdę.
Jedna z pracownic obozu podeszła do bliźniaczek.
– Sarat, nie możesz tu zostać.
– Pochowam swoich bliskich – oznajmiła dziewczynka.
– Żołnierze się tym zajmą. Twoi bliscy zostaną potraktowani z należnymi im szacunkiem. Tobie jednak nie wolno tu zostać. W obozie nie jest bezpiecznie. Oni mogą wrócić.
– Zostaję. Jeśli się to pani nie podoba, proszę kazać mnie zastrzelić.
Sarat zwróciła się do siostry.
– Niedługo znów będziemy razem. Przyrzekam.
Dana wyjęła chusteczkę z kieszeni i opatrzyła nią ranę na lewej dłoni siostry, po czym ją przytuliła.
– Moja piękna – powiedziała.
Potem wsiadła do autokaru, a Sarat ruszyła w stronę dogasającego pogorzeliska sektora Missisipi. Mijała porozcinane namioty, wyważone drzwi. Krztusiła się swądem spalenizny.
Dotarła do swojego domu. Drzwi zostały zniszczone, a dobytek jej rodziny porozrzucany po łóżkach i podłodze, ale w środku nie było nikogo.
Poszła kawałek dalej, na drugą stronę alejki, do namiotu, w którym mogła przebywać jej matka, kiedy zaczął się atak. Tutaj również wyrwano drzwi z zawiasów.
Sarat zatrzymała się na progu. Chciała przygotować się na to, co może zastać w środku, wyobrazić sobie pozbawione życia ciało matki, ale nie była w stanie tego zrobić. Jej umysł wzdrygnął się i podsunął jedynie nieprzekonującą, dziecinną linię obrony: moja mama nie mogła zginąć, bo jest moją mamą. Wszyscy umierają, tylko nie moja mama.
W końcu weszła do namiotu. Krew na podłodze i ścianach, ale żadnych trupów.
Na zewnątrz, przy rozwalonych drzwiach, zobaczyła ślady na ziemi. Szerokie pasy, jakby ktoś wyznaczał miejsce pod przyszły kanał. Wiedziała, dokąd ją zaprowadzą. Niedaleko tliły się czerniejące resztki wielkiego dogasającego stosu.
 
***
 
Żołnierze pracowali w ciszy, Sarat ramię w ramię z nimi, obojętna na otaczający ją świat. Pomagała zakrywać ciała białymi płachtami i nosić je do ciężarówek. Trupy umieszczano na platformach, a gdy te były pełne, pojazdy odjeżdżały na południe, a na ich miejsce zjawiały się nowe. Przed nocą udało się oczyścić obóz ze zwłok, ugasić płomienie i wysłać ocalałych do odległych szpitali.
Większość żołnierzy dostała rozkaz powrotu do Atlanty, reszta miała pilnować Patience. Ci, którzy musieli spędzić noc w obozie, przeklinali swojego pecha. Martwi wprawdzie opuścili to miejsce, ale zapach pozostał. Tak jak ślady ich obecności.
Sarat poszła na północ. W sektorze Alabamy postawiono wartowników wzdłuż poszatkowanego ogrodzenia, tak jak w pozostałych częściach obozu, ale z dwóch pilnujących go żołnierzy jeden spał na krześle, a drugi oglądał film na tablecie, i żaden nie zwracał uwagi na dziewczynkę. Wydawali się przekonani, że ludzie odpowiedzialni za masakrę w Patience nie wrócą. Reflektory Niebieskich, poprzedniej nocy oślepiająco jasne, teraz nie rzucały światła.
Sarat weszła do namiotu, w którym trzymali z Marcusem zwierzęta. Zobaczyła, że mysz uciekła, ale żółwica pozostała w zagrodzie.
Podniosła ją; Cherylene nie wystawiła głowy ze skorupy. Sarat zaniosła ją do centrum obozu i położyła na siedzeniu ostatniego autokaru. W Patience pozostała już tylko garstka ludzi, mężczyzn i kobiet w maseczkach i rękawiczkach, którzy dokumentowali szczegóły mordu. Fotografowali podziurawione kulami ściany budynków, zaschnięte plamy krwi na piachu.
Sarat wróciła do gabinetu Alberta Gainesa. Zamknęła za sobą drzwi. Na zewnątrz czuła wszechobecny zapach spalenizny, tutaj – woń drewna, starego atramentu na papierze, butów z lakierowanej skóry i równo wyprasowanych garniturów.
Zerwała mapy ze ścian. Wywróciła stół do góry nogami i obaliła regał. Powyciągała przedwojenne garnitury z szafy i pozrywała je z wieszaków. Rozbiła talerze. Zniszczyła zabytkowe księgi, podarła stronice i przełamała grzbiety. Potem usiadła na podłodze i zapłakała.
Po pewnym czasie otworzyły się drzwi i do gabinetu wszedł Albert Gaines. Przestąpił połamany regał, okrążył przewrócony stół i usiadł naprzeciwko Sarat. Wyglądał jak przybysz z innego świata w swoim nieskazitelnie czystym, nienoszącym śladu ziemi ani krwi garniturze.
– Przyjechałem, jak tylko się dowiedziałem – odezwał się. – Czy twoja rodzina przeżyła?
– Mama nie żyje, ale nie mogę znaleźć jej ciała – odparła Sarat. – Mój brat nie żyje, ale nie mogę znaleźć jego ciała.
– To była Dwudziesta Pierwsza Kompania z Indiany. Nie wojsko, tylko milicja, ale ktoś z dowództwa Niebieskich na pewno wiedział, co zamierzają…
– Niech pan o nich nie mówi – poprosiła. – Nie chcę już o nich słyszeć. Nie chcę o nich czytać, zapamiętywać nazw stolic ich stanów, uczyć się o tym, ile zła nam wyrządzili.
– Czego w takim razie chcesz?
– Chcę ich zabijać.
Zasłoniła twarz dłońmi. Nie ujrzała cienia uśmiechu, który przemknął wtedy przez usta jej nauczyciela.

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo