Lęk przed kolorem - fragment książki "Raz mnie widzisz, raz nie widzisz i inne eseje o dizajnie"
Fot. Jake Chessum/ mat. prasowe

Lęk przed kolorem - fragment książki "Raz mnie widzisz, raz nie widzisz i inne eseje o dizajnie"

Michael Bierut, laureat niezliczonych nagród w dziedzinie dizajnu oraz projektant odpowiedzialny m.in za logo kampanii prezydenckiej Hillary Clinton w 2016 roku opowiada, jak odkrył, że cierpi na chromatofobię.
10.08.2018

Podobno pierwszy krok polega na przyznaniu się, że masz problem.

Dawno temu, gdy często pracowałem jako wolny strzelec, zadzwoniła do mnie znajoma, która właśnie dostała pracę w znanej firmie kosmetycznej. Miała dla mnie zlecenie. Jej firma korzystała w swoich punktach sprzedaży z tak zwanego koła kolorów, diagramu złożonego z kilkudziesięciu koncentrycznych okręgów w różnych barwach. Jak to bywało co pewien czas, nadeszła pora aktualizacji kolorów. Po konsultacjach z ekspertami i uwzględnieniu wymaganych modyfikacji pozostało opracować specyfikacje kolorów, które miały ulec zmianie. Zadanie dość prozaiczne i upierdliwe.

– Dokładnie wiemy, czego chcemy, ale nikt tutaj nie ma na to czasu – oświadczyła znajoma. Spytała, czy podjąłbym się tej pracy, za którą firma była gotowa zapłacić 2 500 dolarów.

Zlecenie nie wyglądało mi na pracę projektową – na przykład nie wchodziła w grę typografia – ale 2 500 dolarów to była dla mnie wtedy astronomiczna kwota; chyba nigdy wcześniej nie zaproponowano mi tyle za jeden projekt. Zgodziłem się. Ponieważ powiedziano mi, że mogę kupić, co tylko będzie potrzebne, zaopatrzyłem się we wszystkie przewodniki po specyfikacjach kolorów, jakie zdołałem znaleźć; szarpnąłem się nawet na egzotyczne importowane książki z Japonii i Niemiec.

Łagodny, sprężysty seledyn 

Pewnego dnia po pracy zasiadłem przy kuchennym stole, po jednej stronie rozkładając instrukcje dotyczące zmian, po drugiej specyfikacje, w środku zaś położyłem koło kolorów. Tak się złożyło, że mieliśmy matową czarną lampę Artemide Tizio zaprojektowaną przez Richarda Sappera, dokładnie taką, jakiej używano na stoiskach kosmetycznych, gdzie miało trafić koło kolorów. Skierowałem lampę na materiały i zabrałem się do dzieła.

W każdym razie podjąłem taką próbę. Bezradnie wpatrywałem się w leżący przede mną miszmasz i nie miałem pojęcia, od czego zacząć. W oczach wirowały mi próbki i niejasne wskazówki od klienta: ten kolor powinien być bardziej „sprężysty”, z kolei ten „cieplejszy, ale bardziej neutralny” i tak dalej. Przytłaczające. Pośrodku tego wszystkiego leżało koło kolorów. Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać: Do czego ono służy? W jaki sposób pomaga kobietom w wyborze i nakładaniu makijażu? Po co aż tyle kolorów? Jak ktokolwiek mógł ocenić, że dany kolor się zestarzał? Czy inni ludzie naprawdę postrzegali te kolory tak samo jak ja? A właściwie jak je widziałem?

Siedziałem tak wiele godzin, w przygnębieniu tasowałem próbki, ogarniał mnie coraz większy zamęt. W końcu moja żona Dorothy, która dotychczas starała się ignorować moje westchnienia, podeszła i zapytała:

– Możesz mi jeszcze raz wyjaśnić, o co w tym chodzi?

Dorothy nie jest projektantką, nie brała lekcji sztuki ani projektowania, dlatego tłumaczyłem zadanie powoli. Ku mojemu zdziwieniu zareagowała entuzjastycznie: oczywiście, że znała koło kolorów, znały je wszystkie jej koleżanki. Otóż sama Dorothy od pewnego już czasu uważała, że kolory są przestarzałe. Naprawdę? Nie kryłem zdumienia. Dorothy potwierdziła i zapytała:

– Co dokładnie masz zrobić?

Pokazałem jej szczegóły zlecenia i dla przykładu zaprezentowałem wybitnie irytującą instrukcję od klienta:

– Oni chcą, żeby ten kolor bardziej przypominał łagodny… – musiałem zajrzeć do notatek – seledyn.

Wcześniej zajrzałem do słownika, ale nie okazał się szczególnie pomocny. („Seledyn: jasny żółtawo-szary odcień zieleni”). Żółty, zielony i szary, serio? Przecież to są trzy kolory, do cholery. Pokazałem Dorothy próbki brane pod uwagę, ale prychnęła pogardliwie. – To ma być seledyn? Pokaż, co jeszcze masz.

Zajrzała mi przez ramię i wybrała kilka próbek.

– Te wyglądają nieźle – stwierdziła. Miała rację. Naprawdę nieźle wyglądały. Dorothy spytała, czy może usiąść i wybrać jeszcze kilka próbek. Potem jeszcze kilka. Zajęcie sprawiało jej frajdę, była w nim dobra. Ostatecznie zaprojektowała całe koło i przez następne pięć lat kobiety w Ameryce wybierały makijaże na podstawie koła stworzonego przez moją żonę Dorothy przy naszym kuchennym stole.

Chromatofobia zwolennika Forda 

Właśnie wtedy zaczęło do mnie docierać, że cierpię na chromatofobię, lęk przed kolorami. Od samego początku pracy jako projektant uwielbiałem czerń i biel. Cóż za zdecydowanie, jaka siła! Do dziś każda kolekcja moich ulubionych przedmiotów osobistych – plakatów, okładek książek, opakowań – demaskuje mnie jako zwolennika Henry’ego Forda, innego entuzjasty kół, który mówił klientom, że mogą sobie wybrać dowolny kolor, pod warunkiem że będzie to czarny. Od czasu do czasu zanurzam nogę w wielkim tęczowym morzu. Gdy ją wyciągam, zazwyczaj jest zabarwiona odrobiną czerwieni i jeszcze mniejszą dawką żółtego. Szczerze podziwiam ludzi potrafiących autorytatywnie posługiwać się kolorami. Dla mnie to tak, jakby umieli pływać niczym ryby. Podobno każdy lęk można przezwyciężyć i mam nadzieję, że nastanie dzień, kiedy zacznę pokonywać mój.

Do tego czasu będę siedział wygodnie otulony w miły suchy ręcznik, z dala od wody, ręcznik oczywiście w paski w moich dwóch ulubionych kolorach: czarnym i białym.

Fragment książki "Raz mnie widzisz, raz nie widzisz i inne eseje o dizajnie", która ukazała się 9 sierpnia nakładem wydawnictwa Karakter. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie