"Nie mam żadnego planu" - rozmowa z Adamem Driverem
Kadr z "Milczenia"/ mat. prasowe

"Nie mam żadnego planu" - rozmowa z Adamem Driverem

Dwa lata w Marines, sześć lat na planie serialu „Dziewczyny”, a do tego kariera filmowa, w trakcie której miał sposobność współpracować z najlepszymi reżyserami na tej planecie. To się nazywa życie, co? Teraz, kiedy Adam Driver kolejny raz gra Kylo Rena w „Gwiezdnych wojnach: Ostatnim Jedi”, zdecydował się opowiedzieć Wyattowi Masonowi o tym, ile go to wszystko kosztuje.
02.04.2019

Pewnego słonecznego popołudnia umówiłem się z Adamem Driverem na spotkanie nieopodal jego domu w Brooklyn Heights. W restauracji zjawił się wcześniej ode mnie, więc przez jakąś sekundę czy dwie sterczałem na chodniku, gapiąc się na niego ukradkiem przez wielkie szyby. Siedział sam, w pełnym słońcu, przy stoliku obok okna. Bez śladu skrępowania sprawdzał coś w telefonie, jakby zapomniał, że siedzi właśnie przy wielkiej nowojorskiej witrynie, jakby te wszystkie miliony włożone w marketing zawiodły i nie zdołały uczynić z niego jednej z najbardziej rozpoznawalnych twarzy świata. Driverowi dostała się jedna z największych ról, na jakie aktor może liczyć: syn Hana i Lei, bratanek Luke’a, a do tego wnuk Dartha Vadera. Rola, która niewątpliwie odmieniła całe jego życie, karierę i...

W tej właśnie chwili podniósł wzrok znad telefonu, roześmiał się i gestem zaprosił mnie do środka.

Przeczytałem wcześniej w prasie wszystko, co o nim napisano od samych początków kariery. Wśród tony wycinków znalazły się artykuły z lokalnych gazet, których autorzy uganiali się za jego ojcem Joem, ojczymem Rodneyem, a nawet za nauczycielem ze szkoły średniej Edem („Był bardzo lubiany w klasie”). Znalazłem też kawałki, które zaczęły się mnożyć jak bakterie, odkąd w 2012 roku Adam pojawił się w serialu „Dziewczyny”, a cały świat zadał sobie pytanie: „Kim jest ten chłopak?”. Uderzyła mnie niezwykła spójność jego wypowiedzi, zawsze dowcipnych, czarujących i nacechowanych odpowiednią dozą skromności.

Driver ma energiczny, urywany sposób mówienia, często przerywa w pół słowa lub w pół zdania, kiedy jego myśli przeskakują z tematu na temat. Ten dobrze znany nam głos – głęboki, dźwięczny tenor – dobywa się raczej z klatki piersiowej niż z gardła i przy niektórych samogłoskach regularnie przeskakuje o oktawę wyżej, przechodząc w melodyjne tony. Nadaje to naszej rozmowie pewną niezwykłą elastyczność – nie w tym lekko histerycznym stylu, jaki reprezentuje Christopher Walken, ale w sposób, który daje poczucie, iż naprawdę zastanawia się, waha i przechodzi różne fazy uczuć.

– Prawdę mówiąc, nie widziałem go wcześniej – przyznaje z lekkim rozbawieniem, kiedy zapytałem o „Milczenie”, film Martina Scorsese z 2016 roku. – Ku mojemu zaskoczeniu puścili go niedawno w telewizji, więc mówię sobie tak: za dużo mnie tam nie widać, mogę obejrzeć.

Driver występuje w nim z Andrew Garfieldem i Liamem Neesonem. Wszyscy trzej grają portugalskich jezuitów, którzy w XVII wieku trafili do Japonii. Driver zrzucił do tej roli prawie dwadzieścia pięć kilogramów, przez co jego twarz nabrała szczególnego, ostrego rysu rodem z Velázqueza, jakby wyrzeźbionego przez wiarę, doskonale odzwierciedlając kruchość istoty ludzkiej poddanej cierpieniu. To właśnie dlatego, mimo że w znacznej części filmu Adam się nie pojawia, widz wyczekuje go w niemal każdej kolejnej scenie.

Adam porównuje Scorsese do „niespodziewanego, ostrego ostrzału artyleryjskiego, który przynosi wrogowi wielkie straty, niszczy mu zaplecze i podkopuje morale”. Określenie to użyte w stosunku do reżysera filmowego w nieunikniony sposób przywodzi na myśl skojarzenie z twórcą obrazów tak potężnie oddziałujących na widza, że praktycznie pozbawiają go wszelkich mechanizmów obronnych. Scorsese to ten właśnie reżyser, którego filmy („Chłopcy z ferajny”, „Taksówkarz”, „Król komedii”) Driver wypożyczał w sieci Blockbuster w rodzinnym Mishawaka w stanie Indiana, zanim je kupił – najpierw na kasetach wideo, później na płytach CD i wreszcie w wersji na Blu-ray. Filmy, które zainspirowały go do tego stopnia, że kiedy sprawdził się w szkolnym przedstawieniu sztuki „Arszenik i stare koronki”, zapragnął zostać aktorem.

Czysta alchemia 

Odkąd w 2011 roku po raz pierwszy pojawił się przelotnie na ekranie jako pracownik stacji benzynowej w filmie Clinta Eastwooda „J. Edgar”, Driver miał okazję pracować z wieloma swymi kinowymi idolami. Znaleźli się wśród nich Scorsese, Spielberg (w „Lincolnie”, gdzie jako młody telegrafista utkwionym przed siebie wzrokiem sygnalizuje zarówno skupioną uwagę, jak i niepomierne zdumienie, że oto sam prezydent Lincoln siedzi z nim w pokoiku z telegrafem i dzieli się swymi myślami), bracia Cohen (zabawny epizodzik, w którym jako śpiewak folkowy z przedmieścia zawodzi do wtóru z Justinem Timberlake’em w filmie „Co jest grane, Davis?”), Jim Jarmusch (główna rola w filmie „Paterson” – gra kierowcę autobusu, który pisze wiersze; kreacja powściągliwa, lecz wymownie ilustrująca bogate i pełne niuansów życie wewnętrzne bohatera), Steven Soderbergh (w filmie „Logan Lucky”, gdzie gra jednego z dwóch niezbyt rozgarniętych braci), Noah Baumbach (u którego gra ambitnego, czarującego i moralnie odrażającego początkującego artystę w filmie „Ta nasza młodość”), J.J. Abrams (rola Kylo Rena w tym jego niszowym filmiku) oraz Terry Gilliam (w powoli dojrzewającym, choć podobno skończonym już „Don Kichocie”, o którym Driver wyraził się: „Gdzie, jeśli nie w filmie Gilliama, będę miał sposobność siedzieć w aksamitnych portkach na grzbiecie konia, który stoi na jakimś hiszpańskim wulkanie?”). Imponująca lista, jak na kogoś z krótką karierą w filmie. Bo trzeba pamiętać, że Driver ma za sobą dopiero sześć lat w zawodzie.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Adam Driver (@adam.driver.official)

 

Driverowi ciężko jest oglądać siebie na ekranie, więc nie ogląda. Kiedy musi wziąć udział w premierze, zwykle przemaszerowuje po czerwonym dywanie razem z żoną, aktorką Joanne Tucker, a kiedy kończą się uroczyste wstępy, ona zajmuje wyznaczone im miejsca, on zaś się wymyka. Ona ogląda film, a on czeka w pokoju dla aktorów albo wychodzi gdzieś na kolację. Potem idzie pogadać z publicznością, na przyjęcie. Albo – tak jak to zrobił w październiku, przy okazji premiery „Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane)”, filmu Noaha Baumbacha, w którym występuje w jednej scenie – siedzi obok żony, a kiedy zbliża się ten groźny moment, „pochyla głowę i zamyka oczy”.

Driverowi zdarzyło się jednak naruszyć klauzulę o nieoglądalności.

– „Przebudzenie mocy” – wyznaje – to jedyny film, który obejrzałem z publicznością. Raz zdarzyło się to w biurze J. J. Abramsa w towarzystwie Carrie Fisher, jej psa Gary’ego oraz Daisy Ridley, która gra rolę Rey, a potem jeszcze dwa razy, w Londynie i Los Angeles, wśród publiczności premierowej.

W LA towarzyszyła mu Joanne oraz inni członkowie rodziny. W rzędzie za nimi siedzieli goście Lupity Nyong’o, która gra Mazę Kanate.

– Joanne nie widziała wcześniej filmu. Nie powiedziałem jej, że zabijam Hana Solo. Pojawiły się napisy, to wszystko, co przewija się przez ekran na początku każdego filmu. Ludzie wokół mnie się drą: „O Boże, to się naprawdę dzieje!”. A mnie stanęła przed oczyma chwila, w której zabijam Hana, i zrobiło mi się autentycznie niedobrze. Oblałem się zimnym potem, czekałem tylko, aż wreszcie będzie po wszystkim...

Co sądzi o swoich kreacjach aktorskich?

– Różne myśli przychodzą mi do głowy. Chciałbym zmienić niektóre rzeczy. Widzę coś i myślę: nie, widz nie odbierze tego tak, jak chciałem. Potem rozmawiam o tym z Joanne, a ona zawsze mi mówi: ja to odbieram tak i tak. Wtedy ja mówię: no dobra, a więc można to odbierać w ten sposób. To dobrze. Bo kiedy ja to widziałem, odniosłem zupełnie inne wrażenie. I tak w kółko, obsesyjnie trzymam się tematu.

– Tak jak istnieją reżyserzy, którzy wypełniają sobą całą przestrzeń – powiedział mi przez telefon J.J. Abrams – są i tacy aktorzy. Mogę bez trudu wyobrazić sobie aktora, któremu chodzi o to, żeby skupić na sobie więcej uwagi. Ale to, co robi Adam, to coś zupełnie innego: on po prostu stara się dać z siebie wszystko. Myślisz może, że o to właśnie chodzi w grze aktorskiej? Przecież powinni nas hipnotyzować? Wyczarowywać magiczną atmosferę – wydobywać całą głębię, złożoność i autentyzm? Rzecz jasna, wszyscy żywimy podobne nadzieje, ale nie tak prosto jest znaleźć osobę, która ma w sobie tyle intelektualnej i emocjonalnej głębi, ażeby zagrać coś lepiej, ciekawiej czy w bardziej zaskakujący sposób. Adam zasadniczo to potrafi. Dar pracy z nim i cała płynąca z tego radość – choć on sam traktuje wszystko ze śmiertelną powagą. To czysta alchemia – kiedy ma się tak niewiarygodną twarz i tak niewiarygodne zrozumienie dla kondycji ludzkiej, jest się do tego stopnia świadomym przesłania każdej sceny oraz jej podtekstów.

– Z „Gwiezdnymi wojnami” było tak – mówi Driver – że wciąż mi powtarzali: „Uwierz nam, masz dość miejsca za plecami” albo: „Nic się nie bój, twój miecz świetlny na pewno wyjdzie jak trzeba”. Tak więc impuls, aby obejrzeć ten film, wziął się częściowo stąd, iż jest tam tyle efektów wizualnych, że czasem sam nie bardzo miałem pojęcie, co się dzieje. Znasz film „Ta nasza młodość”, prawda? Tam robiłem wszystko naprawdę, byliśmy w sklepie z rowerami. A przy „Gwiezdnych wojnach” było tak: „Tutaj spotykasz się ze Snoke’em”. A ja: „No dobra, czyli to będzie taka jakby jaskinia. Rozumiem”. Albo: „O, to chyba Andy Serkis. Nie do poznania”.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Adam Driver's (@rendriver)

Syn pastora wstępuje do marines 

Pod koniec lat osiemdziesiątych pracowałem w knajpie na Manhattanie, w której bywali wszyscy najważniejsi aktorzy tamtego czasu, a także celebryci, pomniejsi watażkowie, a czasem nawet bossowie nowojorskich rodzin mafijnych. „Cement”, jeden z kierowników sali, pokazał znaczącym wyrzutem podbródka, kiedy przy stoliku zasiadło dwóch braci w przedziwnych garniturach, do których być może dołączy później Harvey Keitel. Przy sąsiedniej „czwórce” siedzieli już wtedy Robert De Niro i Martin Scorsese z towarzystwem. Był Sean Penn, napakowany do „Ofiar wojny”, i Madonna, która wpadła dość późno, prosto ze sceny „Speed-the-Plow” Davida Mameta. Jeszcze później zajrzał Bruce Willis w zielonym trenczu, mimo że był sierpień, a razem z nim Demi Moore w minimalistycznych szortach, która będzie się uporczywie domagać jedynego w restauracji odosobnionego stolika. Bruce Springsteen i Little Steven zamówili stek z owocami morza, po czym, rozczarowani porcjami, poprosili jeszcze raz to samo, aż wreszcie, lawirując między podwójnym rzędem zaparkowanych przed restauracją limuzyn, udali się na poszukiwanie taksówki. Christian Slater, prosto z planu „Śmiertelnego zauroczenia”, przypalił papierosem dłoń kelnera, którego potem przepraszał, idealnie naśladując Jacka Nicholsona: „W porządku, chłopie?”. A około trzeciej nad ranem młody kelner, dla którego był to pierwszy dzień w pracy – innymi słowy: ja – wydał chyba zalanemu Harry’emu Deanowi Stantonowi o dolara za mało, i ten zaczął się wydzierać: „Ty złodzieju! Ty złodzieju!”, podczas gdy Eric Roberts tłumaczył mu z naciskiem: „Chłopak się tylko pomylił!”.

Naturalnie, wszystkie te gwiazdy miały swój nieodparty urok, lecz nie mniej interesujące były krążące wokół nich satelity – kelnerzy i barmani, wszyscy co do jednego aspirujący aktorzy, z którymi tam pracowałem. Kiedy tak spoglądam wstecz na tę dekadę, którą spędziłem w restauracjach zapchanych młodymi artystami, nawet nie jestem dziś w stanie odtworzyć w pamięci całej tej listy przystojnych, utalentowanych Steve’ów oraz prześlicznych i obdarzonych nie mniejszym talentem Samant – wszyscy oni zaliczyli bardzo obiecujące początki i z niewiadomych przyczyn od tamtej pory nie posunęli się ani o krok. I nie chodzi tu o to, że coś im się przydarzyło – raczej o to, że nie wydarzyło się nic.

Coś za to definitywnie wydarzyło się w życiu Adama Drivera i jeśli ktoś przebrnie przez wzmiankowaną już stertę wycinków na jego temat, odkryje całą serię drobnych szczegółów, układających się w pewien logiczny ciąg, który daje pojęcie o tym, dlaczego jego życie tak się potoczyło.

Syn pastora, urodzony w Kalifornii, po rozwodzie rodziców zamieszkał w Mishawaka wraz z siostrą i matką, asystentką prawną, oraz ojczymem, baptystycznym kaznodzieją. Co niedziela śpiewał w kościelnym chórze. Jako nastolatek wspinał się na wieżę radiową i oglądał z przyjaciółmi „Podziemny krąg”, a potem założył z nimi własny.

Grywał w przedstawieniach szkolnych („Faceci i laleczki”, „Tajemnice lasu”). Jako 17-latek oblał przesłuchanie do Juilliard School, a potem pojechał samochodem do Los Angeles, gdzie wytrwał dwa dni, zanim wrócił z podkulonym ogonem do domu. Dostał jedną czy drugą pracę bez perspektyw (jako komiwojażer i telemarketer), aż kiedyś, 9 listopada, starł się z ojczymem i zgodnie z jego sugestią, wstąpił do marines.

Wśród wycinków można też znaleźć opowieść o dwóch latach w wojsku. Adam lubił je za dyscyplinę, wysiłek, porządek. Na dzień przed wysłaniem go do Iraku zdarzył mu się głupi wypadek na rowerze górskim, po którym wylądował w szpitalu ze złamanym mostkiem. To oznaczało, że po leczeniu i rehabilitacji czekało go już tylko honorowe zwolnienie ze służby ze względów zdrowotnych. Później, kiedy minął początkowy okres chaosu spowodowanego nieoczekiwanym powrotem do życia cywilnego i całkowitym brakiem planów na taką okoliczność, przyszła kolej na ponowne przesłuchanie w Juilliard School, z założenia spisane na straty, lecz – o dziwo – teraz udane.

Można przeczytać o tym, że niełatwo mu było zaasymilować się do nowego życia – on tu studiuje sobie aktorstwo, a kumple siedzą pod obstrzałem – oraz o tym, jak gniew, który przynosił ze sobą na zajęcia, nieraz doprowadził kolegów-studentów do łez. Pojawią się wzmianki, że rutyna ćwiczeń wymagała, aby codziennie „przygotował i zjadł” całego kurczaka: „W życiu nie przygotowywałem kurczaka!”.

Znajdzie się opowieść o tym, jak uczył się wyrażać uczucia, o których istnieniu – on, były żołnierz i powściągliwy facet ze Środkowego Zachodu – nie miał wcześniej pojęcia. O tym, jak w Juilliard poznał Joanne Tucker, która o swoim mężu z tamtego okresu mówi: „Mam wrażenie, że szkolenie wojskowe doskonale przygotowało go do zawodu aktora. Nigdy nie przychodził nieprzygotowany, nigdy się nie spóźniał”.

Na koniec można przeczytać także o tym, jak ktoś, kto postrzegał siebie jako aktora teatralnego, niechętnie udał się na przesłuchanie w HBO. Twórczyni serialu natychmiast się zorientowała, że jest idealny do roli, której potrzebowała, ale musiała być niespełna rozumu, kiedy planowała wykorzystać tę postać tylko w pierwszym odcinku. Jednak przesłuchanie Drivera dowiodło, że będzie on stanowił męski rdzeń serialu, zaś rola Adama Sacklera, aspirującego aktora – we wszystkich sześciu sezonach „Dziewczyn” – uczyni zeń najbardziej rozrywanego aktora młodego pokolenia. 

Tak przedstawia się jedna strona opowieści, w której Driver przetacza się bezwładnie między kolejnymi splotami okoliczności, a odczucie to potęguje jeszcze stwierdzenie, które powtarza w każdym wywiadzie: „Nie mam żadnego planu”. Zupełnie jakby chciał sprawić wrażenie, że jego kariera toczy się bez śladu kontroli z jego strony. W końcu przyznaje jednak, że ma obsesję na punkcie kontrolowania każdej najmniejszej cząstki swej aktorskiej praktyki, ale twierdzi, że rygor zaszczepiony mu w marines nie przenosi się na szerszy, ogólnożyciowy plan. Brzmi to nieco absurdalnie. To raczej jedna z tych rzeczy, które się mówi, kiedy 90 procent czasu pracy trzeba poświęcić na wymagane w kontrakcie mitologizowanie własnej osoby, bo pewien cudownie niejasny zapis nakazuje mu „udzielać rozsądnej liczby wywiadów”. W tej sytuacji stwierdzanie oczywistości ma niewielką wartość, bo kto chce słuchać nudnej prawdy? Kto chce usłyszeć, że różnica między Driverem a tymi wszystkimi aspirującymi Steve’ami i Samantami polega zasadniczo na tym, że gdzieś na najbardziej bazowym poziomie on w dążenie do swojego celu włożył znacznie więcej pracy – głównie dlatego, że stale ma przed oczyma przykład, któremu stara się dorównać.

– Ze wszystkich ludzi, jakich w życiu poznałem – wyznaje – to Joanne nauczyła mnie najwięcej o tym, jak pracować nad warsztatem aktorskim. Już wtedy, w Juilliard, była doskonałą aktorką. Najbardziej porusza mnie fakt, że ona naprawdę żyje tym, na co ja tylko pozuję. We wszystkich wywiadach opowiadam, że mam taki pomysł, aby przeżyć życie w sposób twórczy – i rzeczywiście jest to „pomysł”, bo tak naprawdę wcale tego nie robię. A ona tak. I to instynktownie, bez zbytecznego przemyśliwania. Ja przez cały czas za bardzo się staram, więc mi to nie wychodzi.

Mówi więcej na ten temat, ale w trybie „nieoficjalnym”. Teraz już Adam nie wykonuje swojej pracy, tylko zwyczajnie rozmawia. Co wcale nie znaczy, że nagle stał się zupełnie inną osobą. Jego „prasowa twarz” to nie aktorstwo. Częściowy portret, który oferuje prasie, jest w zasadzie profilem – ukazuje tylko jedną ze stron i w konkretnym oświetleniu. Lecz kiedy nadchodzi właściwa chwila, Driver wykonuje nagły zwrot i pokazuje twarz w pełni, nie przejmując się zapisami w kontrakcie.

– Czyli wychodzi na to, że jednak masz jakiś plan? – mówię, starając się połączyć prywatną część rozmowy z tą przeznaczoną dla szerszej publiczności.

Driver wybucha śmiechem.

– Chcesz pracować z każdym z największych żyjących reżyserów – mówię. – Bo inaczej po co wkładałbyś w to aż tyle wysiłku?

– No, tak... Nikt przedtem nie zakwestionował w ten sposób moich słów. Ale to prawda: żeby człowiekowi chciało się wlec na drugi koniec świata i przez dwa miesiące spędzać samotnie czternaście godzin w pokoju hotelowym na zboczu jakiejś cholernej góry, musi mieć poczucie, że warto. Nie chcę popadać w banał, ale ja się wychowałem na filmach. Nie zakładam z góry, że uda mi się zagrać w takich, które będą miały taki sam potencjał i okażą się tak samo ponadczasowe. Wydaje mi się, że powoduje mną coś więcej niż tylko potrzeba zaznaczenia własnej obecności. Te filmy, które mnie zainspirowały, dotarły do mnie w Indianie za pośrednictwem Blockbustera i Hollywood Video, więc dlaczego mam się zamykać na możliwości?

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Adam Driver's (@rendriver)

Chwilę później, kiedy już się pożegnaliśmy, a on wyszedł na ulicę, żeby odpiąć rower, ja jeszcze gapiłem się za nim przez okno. Kilkoro ludzi na ulicy patrzyło, jak się kamuflował: czapka-bejsbolówka, kaptur zaciągnięty wokół twarzy i wielkie przeciwsłoneczne okulary. Teraz już znajdowałem się po drugiej stronie szyby, byłem facetem sprzed sklepu zoologicznego. Szybko wykonałem analizę marek, które miał na sobie, do jakiej przyzwyczajono czytelników – Adam Driver w nostalgicznych stan smithsach, w dżinsach Rag & Bone – reszta, Bogu dzięki, mi się zamazała. Za sekundę czy dwie już go nie było. Udał się tam, dokąd zmierzał. 

Tekst Wyatta Masona w tłumaczeniu Agnieszki Cioch ukazał się w numerze 1/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie