Sześćdziesiąt godzin w piekle. Poznaj kulisy najbardziej ekstremalnego biegu świata
instagram.com/alexis_berg/

Sześćdziesiąt godzin w piekle. Poznaj kulisy najbardziej ekstremalnego biegu świata

Walczą z zimnem, zmęczeniem, bólem. Większość nie dociera do mety. Mimo to najlepsi biegacze na świecie co roku wracają na Barkley Marathons. Co w tym jest?
12.02.2019

Na mokrym, zimnym asfalcie leży wycieńczony mężczyzna i zanosi się szlochem. Jest skulony, jego ubrania są przemoczone do cna, a on z trudem łapie powietrze. Kobieta, która przykucnęła obok niego, bezskutecznie próbuje go pocieszyć. Nad nimi stoi brodaty mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem i w znoszonym prochowcu. – Zebrałem wszystkie kartki! – krzyczy leżący; jego głos jest piskliwy, histeryczny. – Z powodu mgły znalazłem się po złej stronie góry. Musiałem przepłynąć rzekę! – przerywa, by wziąć kilka płytkich oddechów i wykrzykuje: – Zebrałem wszystkie kartki!

Grupa widzów w napięciu obserwuje sytuację, przypatrując się płaczącemu facetowi na asfalcie oraz brodaczowi. – Zebrał wszystkie kartki! – podnosi się krzyk w tłumie.

Czytaj też wywiad z Piotrem Pustelnikiem: Antarktyda to drogi kontynent 

Sześćdziesiąt godzin udręki

Jest wiele poziomów biegowego wtajemniczenia. Dla niektórych nieosiągalnym wyzwaniem pozostaje ukończenie maratonu – 42 kilometry i 195 metrów biegu. Pokonanie takiego dystansu traktowane jest jak osiągnięcie, bez względu na wynik na mecie. Doświadczeni maratończycy szukają jeszcze poważniejszych wyzwań. Dla nich są ultramaratony, biegi terenowe na sześćdziesiąt, osiemdziesiąt czy sto dwadzieścia kilometrów, po lasach, w górach albo przez pustynię. Przykłady można mnożyć. Trasa maratonu Badwater, uznawanego za jedną z najtrudniejszych imprez tego typu, wiedzie środkiem kalifornijskiej Doliny Śmierci, w której temperatura latem sięga pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Maraton Piasków trwa sześć dni, a jego trasa liczy 251 kilometrów wytyczonych na bezdrożach marokańskiej Sahary. Jest też Ultra Trail de Mont Blanc prowadzący dookoła najwyższej góry Europy, 166 kilometrów po stromych alpejskich dróżkach. Wśród najtrudniejszych biegów terenowych jest jeden, znany jedynie wtajemniczonym, którego nie sposób porównać do jakiegokolwiek innego ultramaratonu. To Barkley Marathons. Ci, którzy brali w nim udział, określają tę imprezę jako sześćdziesiąt godzin w piekle.

Everest w środku Ameryki 

Trasa maratonu Barkleya to pięć pętli wytyczonych w lasach parku stanowego Frozen Head w amerykańskim stanie Tennessee. Według organizatora, do pokonania jest trasa o łącznej długości stu sześćdziesięciu kilometrów, chociaż wielu uczestników utrzymuje, że prawdziwy dystans przekracza dwieście kilometrów. Nie długość jednak stanowi główne wyzwanie. W trakcie biegu zawodnicy muszą pokonać przewyższenie o łącznej wysokości trzydziestu sześciu kilometrów, co można porównać do dwukrotnego wejścia i zejścia z Mount Everestu. Z tą trasą mierzyli się już najbardziej doświadczeni „ultrasi” zaprawieni w walce na górskich i leśnych szlakach – i ponosili sromotne porażki. We wszystkich edycjach biegu wzięło udział już ponad tysiąc osób. Do 2017 roku metę osiągnęło jedynie piętnastu biegaczy. Legenda Barkley Marathons niesie się szeroko, wielu zawodników chce się przekonać, czy ten bieg rzeczywiście stanowi aż takie wyzwanie. Trenują miesiącami, niekiedy nawet latami, by potem znosić upokorzenie porażki na wilgotnych, śliskich i stromych ścieżkach parku stanowego Frozen Head – wycieńczeni, przemoknięci, poranieni, gubiący drogę we mgle. A rok później wracają, by spróbować jeszcze raz walki na trasie najtrudniejszego biegu terenowego na świecie.

Szczęśliwa trzynastka

Chyba nie ma na świecie drugiej imprezy biegowej, która w aż takim stopniu byłaby wyrazem osobowości organizatora. Pomysłodawcą i organizatorem Barkley Marathons jest niejaki Lazarus Lake, długowłosy brodacz z Tennessee. Naprawdę nazywa się Gary Cantrell i ma sześćdziesiątkę na karku. W młodości był maratończykiem i „ultrasem”, całkiem niezłym, choć nie wybitnym. W każdym razie okolice parku Frozen Head przebiegł wszerz i wzdłuż, zna tu niemal każdy kamień i każde drzewo. Trzydzieści lat temu nikt w Tennessee nie organizował biegów terenowych, więc Gary postanowił zorganizować swój własny – pięć pętli po trzydzieści dwa kilometry każda, wiodących przez góry północnej części stanu Tennessee.

W 1986 roku odbyła się pierwsza edycja Barkley Marathons, nazwanego tak na cześć sąsiada Cantrella, Barry’ego Barkleya. Uczestniczyło w nim trzynastu zawodników, żaden go nie ukończył. Tak narodziła się legenda biegu, w którym osiągnięciem i powodem do dumy jest nawet porażka. – Uczestnicy biorą pod uwagę, że mogą nie dotrzeć do mety, mają świadomość, że trasa może okazać się dla nich zbyt trudna – przyznaje Lazarus Lake. Im bardziej prawdopodobne jest, że nie dadzą rady, tym bardziej ten wyścig ich przyciąga.

Białe skarpety i Camele

Barkley Marathons to bieg inny niż wszystkie. Weźmy opłatę startową. Wpisowe wynosi jedynie 1,6 dolara (dla porównania start w maratonie nowojorskim to wydatek około 350 dolarów). Co roku wybieranych jest zaledwie czterdziestu uczestników, choć przychodzą setki zgłoszeń z całego świata. Ale do biegu Lazarusa Lake’a nie można się tak po prostu zgłosić. Procedura rejestracyjna jest wielostopniowa i skomplikowana. Najpierw należy wysłać zgłoszenie e-mailem. Wysyłka musi nastąpić wyznaczonego dnia o wskazanej godzinie; jeśli zgłoszenie zostanie przesłane za wcześnie lub za późno, nie zostanie rozpatrzone. Co więcej, e-mail nie może być jedynie prośbą o wpisanie na listę startową. Lazarus Lake oczekuje wypracowania zatytułowanego: „Dlaczego powinienem zostać uczestnikiem Barkley Marathons?”.

Ci, którym uda się przedrzeć przez sito eliminacji, mogą planować wyjazd do Tennessee, ale obowiązkiem jest przywiezienie prezentu dla organizatora. Debiutanci, zwani przez Lazarusa „dziewicami”, muszą podarować mu sa chodową tablicę rejestracyjną ze swojego rodzinnego miasta. Ci, którzy już startowali w Barkley, mają przywieźć jakąś część garderoby. Lake życzy sobie na przykład koszul flanelowych albo białych skarpet – co roku chce czegoś innego. Elita biegowa, czyli ci, którym udało się ukończyć Barkley Marathons, ma najłatwiejsze zadanie – muszą jedynie przywieźć paczkę papierosów Camel.

I jeszcze jedno: wszyscy uczestnicy muszą przed startem podpisać oświadczenie takiej treści: „Jeśli jestem wystarczająco głupi, aby wystartować w Barkley Marathons, zasługuję na to, by wziąć odpowiedzialność za każdy skutek tej próby, finansowy, fizyczny, psychiczny czy jakikolwiek inny”.

Droga w nieznane

31 marca 2017 roku, dzień przed rozpoczęciem biegu, na polu kempingowym przy wejściu do parku Frozen Head trwa rejestracja uczestników. Trasa tegorocznej edycji Barkley Marathons została ujawniona – Lazarus Lake przytwierdził mapę taśmą klejącą do plastikowego stołu służącego mu za biuro zawodów. Wokół stolika gromadzą się uczestnicy, starając się dojrzeć lokalizację poszczególnych odcinków trasy. Mapa przygotowana przez Lazarusa daje tylko ogólny pogląd na to, jak będzie wyglądać bieg, a wskazówki oferowane przez Lake’a trudno nazwać inaczej niż pokrętnymi. Większość trasy i tak jest nieoznakowana lub nie wiedzie ścieżkami. Zawodnicy muszą polegać na swoich notatkach i na kompasach, GPS-y są zabronione. Tylko jedna rzecz jest pewna – każda z pięciu pętli składających się na pełny dystans biegu zaczyna się i kończy przy charakterystycznym żółtym szlabanie będącym bramą wstępu do parku stanowego Frozen Head.

Kto jest najlepszy?

Rywalizacja w biegu w 2017 roku zapowiadała się wyśmienicie. W stawce biegaczy pojawił się faworyt – Kanadyjczyk Gary Robbins. Ten silnie zbudowany brodacz jest specjalistą od długich biegów. W 2016 roku startował w Barkley po raz pierwszy i udało mu się dotrzeć aż do piątej pętli, ale ostatecznie odpadł. Jak na debiutanta, był to mimo wszystko nieprawdopodobny wyczyn. W tym roku wszyscy typowali go jako głównego kandydata do zwycięstwa.
Do Frozen Head przyjechał też Amerykanin Mike Wardian. W styczniu 2017 roku zaliczył World Marathon Challenge, co oznacza, że w siedem dni ukończył siedem maratonów na siedmiu kontynentach. Przed namiotem Lazarusa Lake’a widać też Heather Anderson, rekordzistkę świata w pieszej wędrówce wzdłuż liczącego 3300 kilometrów Szlaku Apallachów, a także Brandona Stapanowicha, jednego z niewielu, którym udało się ukończyć bieg Nolan 14, wyścig przez czternaście szczytów Gór Skalistych. Jest także Mike Versteeg, człowiek, który aż o sześć dni poprawił dotychczasowy rekord w biegu na 1335-kilometrowej trasie prowadzącej przez bezdroża stanu Arizona. Krótko mówiąc – światowa czołówka ultramaratończyków, czterdziestka najlepszych z najlepszych. Lazarus wskazywał jednak cichego bohatera tego biegu. To John Kelly, chłopak z Tennessee. W maratonie Lazarusa startował po raz trzeci. Rok wcześniej szło mu nieźle, choć był mocno poraniony przez kolcorośl, ale przed końcem czwartej pętli nie był w stanie utrzymać się na nogach. Zasnął zaledwie dziewięćdziesiąt metrów przed końcem okrążenia. Na jego cześć ten odcinek trasy nazwano „Obóz Kelly’ego”. Tym razem chciał powalczyć o ukończenie pięciu pętli.

Na początku był papieros

Procedura startu jest w Barkley Marathons równie dziwaczna, jak proces rejestracji uczestników. Bieg może rozpocząć się w dowolnym momencie między północą a południem w dzień poprzedzający 1 kwietnia. To może być dziesiąta rano albo druga w nocy. Godzinę przed rozpoczęciem biegu Lazarus Lake dmie w muszlę – to sygnał do rozpoczęcia przygotowań. Moment startu wyznacza jednak nie wystrzał z pistoletu – w Barkley Marathons rywalizacja rozpoczyna się, gdy Laz zapali papierosa (już wiesz, po co mu camele). Zawodnicy startują spod żółtego szlabanu i ruszają w nieznane.
W jaki sposób stwierdzić, że uczestnicy rzeczywiście pokonali całą pętlę i nie szukali drogi na skróty? Na trasie przygotowano nietypowe punkty kontrolne. To książki, często o nieprzypadkowo dobranych tytułach („Medycyna ratunkowa”, „Dokąd zmierzamy?”, „Śmierć kroczy przez las”). Po ich odnalezieniu zawodnik musi wyrwać stronę o numerze odpowiadającym jego numerowi startowemu. Na jednej pętli do zebrania jest trzynaście stron, komplet trzeba przekazać Lazarusowi na mecie pętli. Po jej ukończeniu zawodnicy otrzymują nowe numery i ponownie ruszają na trasę. I tak w kółko, aż do ukończenia pięciu pętli – albo do całkowitego wycieńczenia organizmów. Ten, kto nie daje rady i rezygnuje, zostaje zdyskwalifikowany przy dźwiękach wojskowego capstrzyku granego na trąbce.

Przez białą ścianę

Przed dwudziestą drugą ogniska na polu kempingowym dogasają, cichną też rozmowy. Zapada noc, jedynie Lazarus, stojąc przy żółtym szlabanie, śmieje się głośno i zerka na zegarek. Czterdzieści dwie minuty po północy ostry dźwięk przecina ciemności. To Lazarus dmie w muszlę, więc do startu została godzina.
Temperatura – siedem stopni Celsjusza, do tego mżawka i mgła. To najgorsze warunki do biegania, gorsze nawet niż opady śniegu. We mgle latarki czołowe są bezużyteczne – po ich włączeniu widać jedynie białą ścianę. – Mnóstwo osób nie ukończy nawet jednej pętli – ponuro prorokuje Lazarus.
O godzinie 1:42 Laz zaciąga się camelem. Start! Zaczyna się Barkley Marathons. Chmurę dymu papierosowego przecinają kolejni biegacze. Gdy ostatni znikają z pola widzenia, Lazarus może usiąść i w spokoju wypalić camela – a także raczyć słuchaczy opowieściami.

Gary i Lazarus

Trzy tygodnie przed wyścigiem spotkałem się z Lazarusem Lake’em w jego domu w Bell Buckle w stanie Tennessee. Gary powitał mnie puszką Doktora Peppera, jego ulubionego napoju. „Nigdy nie miałem być Lazarusem” – oświadczył. Natknął się na to imię, przeglądając dawno temu książkę telefoniczną. Początkowo używał go tylko jako nicka w adresie e-mailowym, ale po jakimś czasie Lazarus Lake stał się jego drugą tożsamością.

Rodzina Laza pochodzi z Oklahomy, ale w latach 60. XX wieku jego ojciec dostał pracę przy amerykańskim programie kosmicznym, więc rodzina przeprowadziła się do miasta Tullahoma w Tennessee. Któregoś dnia ojciec zobaczył w telewizji reportaż o ludziach, którzy uprawiają jogging.
– Tak zaczęło się biegowe szaleństwo – wspomina Lazarus. – Niemal codziennie trenował z kumplami z pracy. Czasami zabierał mnie na te wyprawy do lasu. Miałem wtedy dwanaście lat. Lubiłem rywalizację, a biegi to była jedyna dyscyplina, w której mogłem go pokonać.

W szkole średniej Gary dołączył do szkolnej drużyny lekkoatletycznej. Przyszedł czas na ciężkie treningi. W latach siedemdziesiątych w USA było ledwie kilkuset ultramaratończyków, a w kalendarzu biegowym można było znaleźć jedynie kilka ultramaratonów. W Tennessee nie organizowano ani jednego, więc Gary wymyślił własny i nazwał go „The Strolling Jim”. Wtedy wciąż jeszcze biegał, i to sporo. – Nie byłem bardzo szybki – wspomina, popijając Doktora Peppera. – Nie miałem też wyjątkowej wytrzymałości, ale dawałem radę, bo dobrze znosiłem trudy treningów.

Przerwa na pączka

Po siedmiu godzinach Barkley Marathons trzech biegaczy już zrezygnowało. O godzinie 11:12, niecałe dziesięć godzin od rozpoczęcia biegu, do mety docierają Gary Robbins i John Kelly, faworyci w walce o zwycięstwo. Robbins idzie do swojego namiotu, żeby przepakować jedzenie, zabrać latarkę czołową z nowymi bateriami i zmienić ciuchy. Kelly tymczasem spryskuje sprayem z filtrem UV pokrwawione łydki. Przy okazji łapczywie podjada, starając się uzupełnić ubytek kalorii – jedna pętla oznacza utratę nawet 7000 kcal.
Podczas Barkley Marathons króluje śmieciowe jedzenie: pączki oblane czekoladą, ciastka z kremem, kanapki z nutellą – wszystko, co dostarcza dużej liczby kalorii, nie wymagając męczącego przeżuwania. Do żółtego szlabanu docierają kolejni biegacze. Kręcą głowami, nie wrócą na trasę. W obozie rozbrzmiewa sygnał grany fałszywie na trąbce przez kolegę Lazarusa.
Z czterdziestu biegaczy, którzy wystartowali, drugą pętlę rozpoczęło dwudziestu czterech. Gdy zapada zmrok, temperatura spada do czterech stopni Celsjusza. Lazarus stoi przy bramce, rejestrując czas każdego zawodnika, który kończy pętlę i odnotowując kolejne rezygnacje. Mieszkańcy pobliskiego miasta Wartburg pojawiają się rano, żeby przyjrzeć się wycieńczonym, słaniającym się na nogach biegaczom dobijającym do szlabanu przy wejściu do parku Frozen Head.

Szkoda czasu na sen

Robbins i Kelly razem kończą także drugą pętlę – meldują się o dwudziestej drugiej, po niecałej dobie biegu, po czym od razu znikają w namiotach, by przygotować się do dalszych zmagań. Godzinę później rozpoczynają trzecie okrążenie trasy. Między pętlami można się nawet zdrzemnąć, ale niewielu uczestników się na to decyduje. Szkoda czasu na sen. Większość biegaczy przeżywa kryzys właśnie podczas drugiej pętli. Ci, którzy odpadają, są zdruzgotani, a ich ciała są poobijane i pokrwawione. Jeden z uczestników opowiada, że wywrócił się ponad dwieście razy.
Wraz z nastaniem świtu kemping przypomina obozowisko na polu bitwy. Z bagażników aut terenowych wystają stopy śpiących. Lazarus drzemie na posterunku, zgięty w pół na krześle obok szlabanu. O 10:42, po 34 godzinach od startu, w obozie pojawia się ożywienie – z lasu ponownie wyłaniają się Robbins i Kelly! Są skrajnie zmęczeni, ciężko opadają na krzesła, próbując chwilę odpocząć. Mają za sobą trzy okrążenia, teraz przed nimi najtrudniejsza część biegu. Czwarta pętla to moment, gdy na maratonie Barkleya rozpoczyna się rywalizacja i walka o zwycięstwo. Ten, kto ukończy czwartą pętlę i jako pierwszy wyruszy na ostatni odcinek, ma prawo wybrać, w którym kierunku będzie pokonywał trasę. W ten sposób zawodnicy zostają rozdzieleni – pierwszy będzie biegł zgodnie z ruchem wskazówek zegara, kolejny w stronę przeciwną. W powszechnej opinii trasa zgodnie z ruchem wskazówek zegara jest nieco łatwiejsza.

Idź w stronę szlabanu

Pięć minut po północy, blisko czterdzieści osiem godzin od startu, na wzgórzu zaczynają migotać światełka latarek czołowych. Robbins i Kelly z trudem docierają do mety i opierają ręce na szlabanie. Obaj wyglądają strasznie. Kelly, padając na krzesło, syczy z bólu, a gdy jeden z jego pomocników próbuje ściągnąć mu przemoczone buty, jęczy żałośnie. – Wyglądasz nieźle – ktoś próbuje podnieść go na duchu, ale kłamstwo wypada sztucznie.
Kto opuści obóz jako pierwszy i rozpocznie piątą, finałową pętlę? Po niecałym kwadransie John Kelly niepewnie wstaje i rusza w stronę szlabanu. Wybiera bieg zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jedenaście minut później z namiotu wyłania się Robbins i ciężkim krokiem zmierza w stronę Lazarusa, po drodze kończąc talerz parującego purée ziemniaczanego. Dotyka szlabanu, całuje żonę, a następnie rusza w górę zbocza i znika w mroku. Rok wcześniej Robbins i Kelly dotarli do ostatniej pętli, ale nie zdołali jej ukończyć. Jak będzie w tym roku?

Blada Postać w worku

– Godzina! – krzyczy Lazarus kwadrans po południu; na pokonanie pięciu pętli biegacze mają 60 godzin. Deszcz zaczyna ustępować. Nikogo nie widać na mecie. Czterdzieści pięć minut! Cantrell rozgląda się niespokojnie, gdy nagle z lasu wyłania się śmiertelnie blada postać w pomarańczowej czapce i w plastikowym worku owiniętym wokół ramion. To Kelly! Kiedy John w końcu opiera ręce na szlabanie i wręcza Lazarusowi strony wydarte z książek rozmieszczonych na trasie, jego twarz przeszywa grymas bólu. Laz liczy strony i ukradkiem ociera łzę. Są wszystkie. John Kelly jest piętnastą osobą, która ukończyła maraton Barkleya.
Kelly dochodzi do siebie i zaczyna opowiadać o przeżyciach na ostatnim odcinku – gdy dotarł do ostatniej książki, zerknął na zegarek i zobaczył, że została mu godzina i czterdzieści minut. – Pomyślałem, że mam mnóstwo czasu – mówi. – Gdy po raz kolejny zerknąłem na zegarek, zostało już tylko osiemdziesiąt minut. Po prostu osunąłem się na trawę i przysnąłem na chwilę. Zdałem sobie sprawę, że muszę biec nie tylko po to, żeby dotrzeć do mety, ale także, żeby nie zasnąć – relacjonuje zdyszany.
Ekscytacja na mecie jest tak wielka, że na chwilę wszyscy zapominają o Gregu Robbinsie. Tymczasem rudego Kanadyjczyka ciągle nie ma na mecie. – Piętnaście minut! – krzyczy Lazarus. Biegacze ruszają w kierunku, z którego powinien nadbiegać Greg. Chcą wyjść mu na spotkanie i dodać otuchy.

Wszystkie strony to za mało

– Pięć minut! – Lake odlicza na głos każdą minutę. Żona Grega wygląda na zrozpaczoną. Minuta! Wszyscy wpatrują się we wzgórze, aż nagle słychać głos z zupełnie innej strony. To Robbins! Biegnie niemal sprintem do bramki, ale z niewłaściwego kierunku. Jest przemoczony do suchej nitki i stękając, rzuca się na szlaban, by po chwili osunąć się na ziemię. – Zebrałem wszystkie strony! – Greg zanosi się płaczem.
– Zebrał wszystkie strony! – słychać głosy z tłumu. Lazarus spogląda na zegarek. 60:00:06. Robbins spóźnił się o sześć sekund. Ciężko dysząc, Kanadyjczyk zaczyna opowiadać, że pomylił drogę trzy kilometry przed metą. Laz kręci głową. Mimo tytanicznego wysiłku Robbinsa, jego wynik nie może zostać zaliczony. Kanadyjczyk zostanie zdyskwalifikowany. Ludzie stojący dookoła mają łzy w oczach. Lazarus klęka i przytula Robbinsa, a w tle rozbrzmiewa dźwięk trąbki. Tym razem melodia brzmi rozdzierająco.

Tekst George’a Pendla ukazał się w numerze 1/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie