Marcin Prokop: "Nie chcę słuchać rozkazów"
Fot: Dawid Klepadło

Marcin Prokop: "Nie chcę słuchać rozkazów"

Znasz go jako wesołego pana z telewizji śniadaniowej. W tej dziedzinie jest nie do pobicia, ale jedna, jasno określona kategoria dawno stała się dla niego za ciasna.
20.02.2019

Czas jest na wagę złota. Niby wszyscy to wiemy i staramy się o tym pamiętać. Szczególnie na początku roku, gdy wciąż żywe są wspomnienia noworocznych postanowień, by lepiej panować nad swoim kalendarzem. Potem jednak spotykasz Marcina Prokopa i przekonujesz się, że bycie dobrze zorganizowanym to jedno, a wejście na poziom mistrzowski, na którym jest on – coś zupełnie innego. Kalendarz Marcina zaplanowany jest z chirurgiczną precyzja. Trudno się dziwić, poza aktywnością w telewizji Prokop prowadzi kilka innych przedsięwzięć (m.in. agencję mówców). Na zdjęcia mamy niewiele czasu. To jednak nie  kłopot. Przed obiektywem Marcin prezentuje obycie godne Anji Rubik, praca idzie błyskawicznie i kończymy zgodnie z planem. Szczęśliwie wywiad robimy już bez pośpiechu. Powodów do rozmowy jest wiele, wśród nich ten najważniejszy: nagroda Esquire’a dla Marcina w kategorii „Media”.

Esquire: Dziesięć lat temu powiedziałeś w wywiadzie: „Zapieprzam teraz po to, by za dziesięć, piętnaście lat mieć spokój”. I co – masz?

Marcin Prokop: Wtedy miałem chyba mylne przekonanie, że spokój jest czymś, czego pragnę. Dziś wiem, że najlepiej czuję się w ruchu, robiąc nowe rzeczy, będąc zachłannym na życie. Mówiąc wtedy o spokoju, miałem też pewnie na myśli niezależność finansową, co chyba się udało. Ale dziś wiem z kolei, że poczucie sukcesu i spełnienia nie wiąże się z pełnym portfelem. Wiem, że łatwo mówi się to komuś, kto nie musi walczyć o przetrwanie, ale pieniądze są przereklamowane. Kiedy stają się główną motywacją do działania, po ich osiągnięciu szybko pojawia się poczucie pustki i pytanie, jak w piosence The Strokes: „Is This It?”. Czy fakt, że mogę kupić sobie parę ładnych rzeczy to już wszystko, co mnie w życiu spotka?

ESQ: Jak mierzysz sukces? Przekroczyłeś czterdziestkę, więc pora na refleksję. Wybacz te słowa, musiałem.

MP: Refleksja jest taka, że w czasach Mieszka I byłbym statystycznie od dawna martwy.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Marcin Prokop (@marcin_prokop_oficjalny)

ESQ: Byłbyś freskiem. Albo płaskorzeźbą.

MP: Pierwszą miarą sukcesu jest możliwość pozostania sobą, nieulegania niczyjemu dyktatowi ani jakiejkolwiek presji. Mówiąc językiem młodzieżowym – mieć wyjebane. Mój ojciec pracował w wojsku jako cywil. Kiedyś zapytałem go, dlaczego nie nosi munduru. Odpowiedział, że nie wyobraża sobie, by wydawano mu rozkazy. Wbiłem sobie te słowa do głowy. Ja też nie chcę słuchać rozkazów. Z tego też wypływa kolejna miara sukcesu – możliwość robienia w życiu tego, na co mam ochotę, co sprawia mi frajdę. Sukces to poczucie sprawczości, przekonanie, że jeśli coś sobie wymyślisz, możesz to zrealizować.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Marcin Prokop (@marcin_prokop_oficjalny)

ESQ: Próbujesz nowych rzeczy. Czego spróbowałeś ostatnio?

MP: Przez lata funkcjonowałem jako najemnik, telewizyjny komandos, który dostaje zadanie  w postaci prowadzenia programu i funkcjonuje jako trybik wielkiej produkcji angażującej setki ludzi. Lubię tę rolę, ale nie czułem się w niej  w pełni zrealizowany. Dlatego zacząłem tworzyć produkcje wideo według własnego scenariusza. Te projekty bywają niskobudżetowe, ale budują mnie jako człowieka, który nie tylko pracuje na zlecenie. W ten sposób zapisuję też pustą kartkę tak, jak chcę. Takim projektem był program o Stanach Zjednoczonych „Niezwykłe Stany Prokopa”. Wymyśliłem i zrealizowałem go wspólnie z bratem, bez jakiejkolwiek ingerencji z zewnątrz. Poczucie nieskrępowanej wolności dało mi niesamowitą frajdę, czułem się jak piętnastolatek, który napisał swój pierwszy tekst do gazety i ktoś go wydrukował. Druga rzecz to mój autorski program na YouTubie – seria wywiadów zatytułowanych „Z tymi, co się znają”. Przyjąłem założenie, że nie będą to rozmowy  z celebrytami o ich kolorowym życiu, tylko dyskusje z pasjonatami i fachowcami w przeróżnych dziedzinach.

ESQ: Poza jednym, Kubą Wojewódzkim.

MP: Trudno odmówić mu tego, że zna się na mediach, skoro od wielu lat pozostaje w pierwszej lidze. Chciałem również odsłonić trochę inne oblicze Kuby – nie telewizyjnego błazna, ale faceta, który ma swoje poglądy, wrażliwość, frustracje i porażki. To się chyba udało. Ten projekt udowodnił coś, co od dawna podejrzewałem  – w internecie jest głód poważniejszych, jakościowych treści, bardziej wartościowych od  krótkich filmików o rozpakowywaniu pudełek, malowaniu paznokci albo przebieraniu dla  beki psa za pająka. Kiedy przystępowałem do realizacji „Z tymi, co się znają”, ludzie pukali się w głowę, mówiąc, że w internecie musi być krótko i śmiesznie, inaczej nikt tego nie obejrzy.  Cóż, mylili się.

ESQ: Człowiek z telewizji na YouTubie. Wielu próbowało, wielu poległo.

MP: Relacja internetu i telewizji to wzajemna fascynacja. Wielu youtuberów skrycie marzy  o tym, żeby pracować w telewizji, jest też wielu ludzi telewizji, którzy chcieliby mieć swobodę twórczą charakterystyczną dla youtuberów,  a także ich zarobki. Obie strony nie do końca wiedzą, o czym mówią. Żeby funkcjonować na YouTubie, trzeba znieść potworne ciśnienie  publikowania filmów regularnie, co najmniej  raz w tygodniu. Do tego dochodzi ciągła walka o oglądalność i zmagania z bezdusznym algorytmem, który w znacznym stopniu decyduje o twojej pozycji. To nie jest dyrektor programowy,  z którym możesz iść na kawę i pogadać, tylko maszyna, która podejmuje decyzje o tym, czy twoje filmy będą oglądane. Znam blisko paru youtuberów i są to jedni z najbardziej zestresowanych i przejętych sobą ludzi, jakich spotkałem.

Całą rozmowę Andrzeja Chojnowskiego znajdziesz w najnowszym numerze "Esquire'a". Sprawdź, co jeszcze dla ciebie przygotowaliśmy. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie