Tour de France, wyścig legend i mitów
iStock

Tour de France, wyścig legend i mitów

Już za niespełna miesiąc wystartuje kolejna edycja Wielkiej Pętli. Dla Francuzów to wydarzenie tak samo ważne, jak Igrzyska Olimpijskie czy mistrzostwa świata w piłce nożnej. I pomyśleć, że po drugiej edycji planowano zrezygnować z organizacji imprezy...
14.06.2019

Żadnej innej imprezie sportowej nie towarzyszy tyle legend, mitów i opowieści o czynach wręcz heroicznych. Mimo że kolarstwo to dzisiaj wielki przemysł, w którym pierwsze skrzypce grają zawodowe zespoły dysponujące gigantycznymi budżetami, mimo że czołowi zawodnicy mają gwiazdorskie kontrakty, a zwycięstwa w Tourze można łatwo przeliczać na wielomilionowe przychody, kibiców do Tour de France niezmiennie przyciąga legenda wyścigu, podczas którego zawodnicy porywają sie na niemal nadludzki wysiłek. W Alpach czy Pirejenach, na stromych podjazdach, na smaganych wiatrem przełęczach – albo na zjazdach, podczas których rower rozpędza się do stu kilometrów na godzinę – wszędzie tam kolarz jest zdany jedynie na siebie. Tak było, jest i tak pozostanie.

Skarb Forresta Fenna i nowa gorączka złota

Na początku XX wieku pomysł na wyścig kolarski dookoła Francji wydawał się niedorzeczny, wręcz absurdalny. Propozycje kolarskiej rywalizacji rzucił Geo Lefevre, młody redaktor gazety sportowej „L’Auto” i miłośnik kolarstwa. W tamtych czasach zmagania rowerzystów były popularną rozrywką, ale nikomu wcześniej nie przyszedł do głowy pomysł, by ścigać się dookoła Francji. Właściciel „L’Auto”, Victor Goddet, zachwycił się nim. Pierwsza Wielka Pętla ruszyła 1 lipca 1903 roku. Na starcie stanęło kilkudziesięciu kolarzy. Wygrał Francuz, Francois Garin, a dzięki wyścigowi sprzedaż „L’Auto” poszybowała w górę. To jednak było mniej ważne, bo właścicielom gazety udało się przy okazji stworzyć imprezę sportową, której popularność przerosła wszelkie oczekiwania. Emocje wokół Touru były tak wielkie (zdarzały się pobicia zawodników na trasie), ze po zakończeniu drugiej edycji wyścigu pojawiły się pomysły, by imprezę zlikwidować. Szczęśliwie stało się inaczej.

W 1910 roku dyrektor wyścigu wysłał asystenta, Alphonse’a Steinesa, by ten zbadał – samochodem oczywiście – drogi we francuskiej części Pirenejów i sprawdził, czy ten region można by włączyć do „Wielkiej Pętli”. Alphonse Steines porzucił samochód, który nie dał rady wjechać na przełęcz Col du Tourmalet, zgubił się wśród pokrytych śniegiem dróżek i musiał nocować pod gołym niebem. Gdy tylko dotarł do cywilizacji, wysłał telegram do szefa: „Bardzo dobra droga, etap w pełni możliwy do przeprowadzenia”. Tak rozpoczęła się żywa do dzisiaj legenda najtrudniejszych górskich odcinków Touru, tras, na których kolarze mierzą się nie z rywalami, ale z czymś, co przerasta możliwości ludzkiego organizmu – z majestatycznymi, bezlitosnymi górami.

Niech żyje Tour!

Tour de France to ponad sto lat najbardziej dramatycznych rywalizacji, jakie zna świat sportu. Do historii przeszły pojedynki, które toczyli najwięksi mistrzowie „Pętli”, Francuz Jacques Anquetil, Belg Eddy Merckx, Francuz Bernard Hinault czy Hiszpan Miguel Indurain. Za najwybitniejszego kolarza wszech czasów uznaje się Merckxa, który 34 razy odnosił etapowe zwycięstwa w Tourze, o cztery więcej niż kolejny w tej klasyfikacji Mark Cavendish i o sześć więcej od Hinaulta. W zawodowym peletonie Merckx miał pseudonim „Kanibal”, ponieważ tak chciał wygrywać, że był gotów zrobić dla zwycięstwa wszystko.

Nigdy nie umawiał się z innymi zawodnikami, nie wchodził w układy, każdy, kto załapał się do ucieczki z Merckxem, a raczej każdy, kto genialnemu Belgowi dotrzymał koła, musiał liczyć się, że ostatnie metry i finisz będą walką na śmierć i życie. Mercx mówił: „Zawsze odczuwałem rozkosz w byciu najlepszym. Dlatego akceptuje pseudonim »Kanibal«, a nawet jestem z niego dumny”.

Według oficjalnych danych, Merckx odniósł 525 zwycięstw na szosie. Umiał jeździć po płaskim i po górach, uciekać i gonić, był mistrzem jazdy indywidualnej na czas. Zwyciężał w wielkich tourach, ale i w jednodniowych klasykach (aż siedem razy w Mediolan–San Remo). Wygrywał na torze i w wyścigach przełajowych. Po latach przyznawał, ze jeździł za dużo – w 1975 roku, gdy przegrał Tour de France, wystartował w 195 wyścigach. To nie były czasy, gdy najlepsi kolarze zarabiali po 6–7 milionów euro rocznie, jak dzisiaj. Merckx więc jeździł w tylu wyścigach, ilu fizycznie się dało, byle zarabiać. Do tego stopnia zależało mu na pieniądzach, że w połowie lat 70. wystąpił nawet w reklamie papierosów.

W Tourze nie ma świętości – każdy mistrz musi liczyć się z tym, że w pewnym momencie pojawi się młodszy, silniejszy, mniej syty i napędzany ambicją pretendent, który postanowi dokonać zamachu na tron. I na każdego w końcu czas przychodził, nawet na Merckxa, który w 1975 roku spektakularnie przegrał swój ostatni Tour, podczas morderczego podjazdu na przełęcz Col d’Izoard. Belg tamten sezon rozpoczął bardzo mocno. Podczas Touru znalazł godnego rywala w Bernardzie Thévenecie. To Francuz miał na sobie żółtą koszulkę lidera, gdy 14 lipca, w święto narodowe Francuzów, obaj rozpoczęli wspinaczkę na Izoard. Przed startem dzieliło ich ledwie 58 sekund. Wiadomo było, ze wszystko rozstrzygnie się wśród rumowisk skalnych. Na początkowych podjazdach trwała zabawa – raz jeden, raz drugi próbował ataków, ale gdy zaczęło się właściwe wzniesienie, „Kanibal” mógł tylko patrzeć, jak żółta koszulka Théveneta zaczyna mu odjeżdżać. Francuz był pierwszy na przełęczy, pierwszy rozpoczął zjazd, a na mecie w ośrodku narciarskim Serre Chevalier wypracował 2 minuty i 25 sekund przewagi nad Merckxem. „Kanibal” został zjedzony. Do Paryża na Pola Elizejskie siła inercji dojechał jeszcze na drugim miejscu, ale już nigdy nie triumfował w żadnym z wielkich tourów, a w TdF wystartował jeszcze tylko raz. W 1977 zajął szóste miejsce, nie wygrał żadnego etapu.

Tour de France nie byłby tym, czym jest, gdyby nie takie miejsca, jak budzące lek przełęcze w Alpach i Pirenejach, na które ciężko wdrapać się nawet samochodem, a wjazd rowerem wydaje się pomysłem wręcz szalonym. Historia „Pętli” pełna jest nazw, które budzą wspomnienia u kibiców i zawodników. Najsłynniejszym szczytem Touru jest Mont Ventoux w Prealpach południowych, leżący na wysokości 1912 metrów nad poziomem morza. Podjazd jest tam niesłychanie stromy, a w lipcu góra jest gorąca i szaleje na niej wiatr. Początek wspinaczki jest relatywnie łatwy, ale po minięciu wioski St Estève zaczyna się robić poważnie. Przez następne osiem kilometrów położonego w lesie odcinka nachylenie nie spada poniżej 90 procent, a często jest większe. Po minięciu dawnego schroniska, a dziś stacji narciarskiej Chalet Reynard, zaczynają się rozpalone od upału gołoborza. Nachylenie się zmniejsza, ale słońce i potężny wiatr dają się jeszcze bardziej we znaki niż stromizna. Od tego momentu jedyna taktyka jest walka o przetrwanie – jak głosi kolarskie powiedzenie, zawodnik nie może bać się gorąca, nachylenia ani wiatru. Ale musi się bać kombinacji wszystkich tych trzech rzeczy naraz. Końcówka wspinaczki to tylko pasek asfaltu, białe kamienie i nieopisany ból.

Góra śmierci

Roland Barthes, francuski teoretyk literatury i filozof, napisał o Ventoux, że to „Bóg zła domagający się ofiary”. Genialny Eddy Merckx po zwycięstwie na tej górze w 1970 roku na mecie zdołał tylko wydusić z siebie: „To ponad moje siły”, po czym zemdlał. Do historii Mont Ventoux przeszło przede wszystkim z powodu tragicznej śmierci Tommy’ego Simpsona w 1967 roku. Anglik początkowo jechał wśród prowadzących, ale z czasem osłabł i dogoniła go grupa pościgowa. Kilometr przed szczytem Simpson zaczął tracić panowanie nad rowerem, po czym osunął się na ziemię. Z pomocą podjechał samochód dyrektora grupy. Harry Hall, główny mechanik, namawiał Tommy’ego, by ten zrezygnował: „To koniec, twój Tour się skończył, wsiadaj do samochodu”. Simpson chciał jechać dalej. Dyrektor grupy wyraził zgodę. Anglik przejechał kilkaset metrów i znów zaczął się chwiać. Przed upadkiem uratowali go kibice. Kolarz był nieprzytomny, ręce kurczowo zaciskał na kierownicy. Próbowano reanimacji, bez skutku. Policyjny helikopter przetransportował wiec Simpsona do szpitala w Awinionie. Tommy zmarł tego samego dnia. Później okazało się, ze w krwi miał amfetaminę oraz alkohol. Tego dnia na Ventoux było pięćdziesiąt piec stopni Celsjusza. Legenda mówi, ze termometr w kawiarni na szczycie eksplodował.

Miejsce śmierci Tommy’ego stało się celem pielgrzymek kibiców. Dziś kilometr przed szczytem Ventoux stoi niewielki pomnik upamiętniający walecznego kolarza. Simpson jest jedyna ofiara śmiertelna, ale góra wciąż pozostaje pogromczynią kolarzy i ich nadziei. W 1955 roku dziesięć kilometrów przed szczytem przytomność stracił Francuz Jean Malléjac. Kwadrans leżał na poboczu, zanim dotarł do niego główny lekarz Touru, Pierre Dumas – ten sam, który dwanaście lat później będzie starał się ratować Tommy’ego Simpsona. Malléjac miał zadać od niego roweru, nie chciał dać się pokonać górze, a w karetce trzeba było go przywiązać pasami do noszy, żeby nie uciekł – tak silne było pragnienie zmagania z Mont Ventoux.

Cały tekst Piotra Żelaznego ukazał się w numerze 4/2018

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie