JEMS Architekci: ekologiczne utopie w architekturze nie uratują planety
Zdjęcia: Łukasz Falkowski/Studio MMP; projekt Muzeum Lema i zdjęcie MCK - JEMS Architekci

JEMS Architekci: ekologiczne utopie w architekturze nie uratują planety

Maciej Miłobędzki i Jerzy Szczepanik-Dzikowski opowiadają nam m.in. o tym, jak wygląda architektura w 2019 roku na świecie, dlaczego „zielone” budynki nie przystają do realnych problemów, a także o tym, jak powinna wyglądać odbudowana katedra Notre Dame.
12.07.2019

ESQUIRE: Jaka jest architektura 2019 roku na świecie?

Jerzy Szczepanik-Dzikowski: Da się jedynie wyróżnić pewne nurty, ale nie sądzę, by ktoś porwał się na podsumowanie. Rozjeżdżamy się coraz bardziej, jak we wszystkim, bo architektura podlega tym samym procesom, co ekonomia, polityka czy szeroko rozumiany światopogląd. Pojawia się coraz więcej wstrząsów.

Maciej Miłobędzki: Za sto lat architektury początków XXI wieku nie da się podsumować w taki sposób, w jaki dzisiaj mówimy na przykład o architekturze drugiej połowy XVII wieku. Obecne stulecie nie stworzyło żadnej wielkiej utopii, podobnej do tej, na której opierały się założenia XX-wiecznego modernizmu. Funkcjonują jedynie utopie ekologiczne, powstałe jeszcze w XX wieku lub wcześniej. Bardzo szybko opanowuje je jednak pragmatyczne, technokratyczne i biznesowe podejście do rzeczywistości budowlanej. Cała ta sfera certyfikatów ekologicznych i opowieści o „zielonych” budynkach jest dość śmieszna wobec realnych problemów.

Ile dzieli nas od klimatycznej zagłady? Przeczytaj reportaż Johna H. Richardsona 

ESQ: Dlaczego?

MM: To apoteoza technik, niemająca wiele wspólnego z ekologią. Można zbudować na Manhattanie budynek, który będzie ikoną „eko-tech”, ale jego „ekologiczność” jest bardzo powierzchowna. Owszem, ma on skomplikowane, energooszczędne systemy wentylacji, ale jest w pełni uzależniony od sterowania i systemów komputerowych. Jest jak chory na OIOMie, wystarczy wyciągnąć wtyczkę z gniazdka i budynek staje się jedną wielką katastrofą. Ciągła walka z przegrzewaniem obiektu, z wymianą powietrza, to wszystko są nieracjonalne wydatki. Można oczywiście opowiadać, że jakoś to się bilansuje, ale jeśli weźmiemy pod uwagę ilość energii potrzebnej do stworzenia budynku, liczbę samolotów i statków, które przywiozły składowe budynku czy straty środowiskowe związane z eksploatacją surowców, odpadami przemysłowymi, krótkotrwałością złożonych technologii, to bilans nie wygląda najlepiej.

ESQ: Co się z tego wszystkiego wykluje?

MM: Widać wiele nurtów. Są tacy, którzy uważają, że technologie rozwiążą nasze problemy – tyle że eskalacja coraz bardziej skomplikowanych i złożonych technik wydaje się ślepym zaułkiem cywilizacji. Powinniśmy raczej podjąć refleksję nad tym , jak budowle i my działają jako elementy gęstej sieci współzależności w świecie, w którym podział na to, co naturalne i kulturalne wydaje się być dość archaicznym pomysłem. Powinniśmy skupić się na właściwościach materiałów i na tym, jak wchodzą one w symbiozę z użytkownikami. Budynki oddychają, wymieniają ciepło z ludźmi, tworząc jeden wielki organizm. Jeśli dostrzega się takie kwestie, to można doprowadzać do bardziej efektywnych rozwiązań energetycznych. Co więcej – takie myślenie nauczy nas też lepszego współżycia z budynkami, a przez to bardziej świadomego życia.

JSD: Tyle że dzisiaj różnego rodzaju standardy to uniemożliwiają. Żeby budynek działał tak, jak mówi Maciek, to, ogólnie mówiąc, mury powinny być grube, a piętra wysokie. Jeśli człowiek ma więcej powietrza w pomieszczeniu, łatwiej jest o kontrolę klimatu. Podobnie jeśli mury nagrzewają się powoli. Tu łatwiej o pasywne systemy kontroli klimatu. O to powinniśmy walczyć, bo „aktywne” chłodzenie i ogrzewanie powoduje największe straty klimatyczne. Tyle że takie budowanie stoi w kolizji z szeregiem standardów, na których oparta jest nasza ekonomia. Wszyscy usiłują upchnąć jak najwięcej na jak najmniejszej przestrzeni. Tymczasem sposób myślenia, o którym mówię, wymaga zmiany światopoglądowej, zmiany tego, co się opłaca i co jest akceptowaną normą.

MM: „Nowoczesny” pseudoekologiczny biurowiec, zbudowany według norm przy użyciu miliona uszczelek czy przekładek, angażuje w swoje powstanie pół świata. Po trzydziestu latach podczas remontu wszystko to idzie na śmietnik.

JSD: Dawniej w Anglii, gdy w domu, który słabo się nagrzewał, było zimno, jego mieszkańcy zakładali swetry. Dzisiaj mamy inne założenie – niezależnie od tego, co dzieje się na dworze, w domu mogę chodzić w T-shircie. W konsekwencji zbudowaliśmy standardy, które zapewniają takie warunki. Nikt z nimi nie dyskutuje, nie pyta, dlaczego tak jest. Co więcej, jakby to było normalne, uczyniliśmy z tego normę – obowiązujący standard, a za nimi certyfikaty, atesty... W efekcie nie możemy kształtować klimatu budynku ani zapewnić stosownej jego kontroli. Nie możemy już zaprojektować nawet balustrady czy okna, jeśli nie posiadają one stosownego atestu. Nic nie możemy zaprojektować. Wiedza architektów odchodzi, jest zastępowana przez regulacje. Jeśli ten proces nie zostanie zahamowany, to stanie się tak, że będziemy doskonalili jedynie technologie.

MM: Aż wreszcie nas pożrą.

Czytaj też: Smart cities: przyszłość miast czy zgubny fetysz?

(Wnętrze międzynarodowego Centrum Konferencyjnego w Katowicach, jednej z najbardziej okazałych realizacji biura JEMS) 

ESQ: Mamy atesty, normy i technologie – a mimo to spłonęła paryska katedra Notre Dame. Większość ludzi oczekuje, że kościół zostanie odbudowany i będzie taki, jak kiedyś. Będzie?

MM: O jednym trzeba pamiętać – katedry nigdy nie były tworem skończonym. Budowano je przez setki lat. Na przykład iglica Notre Dame zbudowana została przez Eugene’a Viollet-le-Duca, który był...

JSD: Wielkim psujem.

MM: Był wielkim XIX-wiecznym inżynierem i znawcą architektury średniowiecznej, a jednocześnie był człowiekiem z innego już świata, klasycznym produktem myśli oświeceniowej, który starał się wszystko porządkować według naukowego schematu. W Notre Dame, którą Viollet- -le-Duc przebudowywał w XIX wieku, widać, co jest jego autorstwa, a co nie.

JSD: Stąd pozwoliłem sobie go tak brzydko, i zapewne niesprawiedliwie, nazwać. Ten rygor i porządek z innej epoki bywa niełatwy do odczytania. Jego szkoła myślenia odniesiona do wielu zabytków zdeformowała ich materię historyczną, choć on sam doskonale czuł i ją, i jej ducha.

ESQ: Zgodnie z tym powinniśmy dzisiaj odbudować Notre Dame w zgodzie z rygorem i porządkiem XXI wieku.

MM: W dużym uproszczeniu, w konserwatorstwie są dwie szkoły na temat odbudowywania. Polska szkoła konserwacji mówi, że należy odtwarzać – przykładem takiego myślenia jest absurdalny pomysł odbudowy tak zwanego Pałacu Saskiego. Druga szkoła głosi, że należy odbudowywać i dobudowywać nowe rzeczy do starych w taki sposób, żeby te dodatki były czytelne, byśmy mogli stwierdzić, co powstało w jakiej epoce.

ESQ: Czyli Bundestag w Berlinie i kopuła Normana Fostera.

MM: Jak najbardziej. Oba te sposoby myślenia są „do bólu” historyzujące. Według jednego jesteśmy niewolnikami tego, co było dawniej, według drugiego – musimy się na siłę wyróżnić. Jak gotycki budowniczy stawiał nowy chór w gotyckim kościele, bo stary się zawalił, robił to po swojemu, ale bez szaleńczego pomysłu, że musi za wszelką cenę pokazać inność. Starał się budować w harmonii z tym, co było. Jak był utalentowany, to mu się udawało, a jeśli nie – to nie.

ESQ: Powinniśmy oczekiwać, że jakiś „starchitekt” tego świata zbuduje szklaną czapę nad katedrą Notre Dame?

JSD: To się może zdarzyć, ale nie czekałbym na to z niecierpliwością.

Całą rozmowę znajdziesz w najnowszym numerze "Esquire'a". Sprawdź, co jeszcze dla ciebie przygotowaliśmy

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie