Jak pewność siebie pozwala wygrać ze strachem - rozmowa z Thomasem Pyszczynskim
Fot: iStock

Jak pewność siebie pozwala wygrać ze strachem - rozmowa z Thomasem Pyszczynskim

Psycholog Thomas Pyszczynski udowodnił eksperymentalnie, że ludzie o wyższym poczuciu własnej wartości mniej boją się śmierci. Ale czy pewność siebie wystarczy, by zapomnieć o nieistnieniu?
29.08.2018

Co łączy lęk przed śmiercią z ostrym meksykańskim sosem, elektrodami i testami na inteligencję? Współczesna nauka i Thomas Pyszczynski, profesor psychologii społecznej z uniwersytetu w Colorado Springs. Profesor zgodził się porozmawiać o głośnej książce „The Worm at the Core. On the Role of Death in Life”, której jest współautorem, wydanej właśnie w Wielkiej Brytanii i w USA. Zajął się w niej tematem zarezerwowanym dotąd dla filozofów i teologów. W latach 80. prof. Pyszczynski, wraz z kolegami po fachu, Sheldonem Salomonem i Jeffem Greenbergiem, postanowili, że zamiast zalewać tytułowego robaka, symbolizującego strach przed nieuchronnością śmierci, trzeba mu się bliżej przyjrzeć. Na podstawie dziesiątek doświadczeń – tak, tak, również z użyciem salsy – doszli do wniosku, że ten robal ma na nas niekoniecznie zawsze zły wpływ. Udało im się również udowodnić, że najskuteczniejszą obroną przed strachem jest wbudowany w naszą podświadomość mechanizm nieustannego wzmacniania poczucia własnej wartości. Nazwali go zarządzaniem strachem. Strategie w przechytrzaniu śmierci bywają różne. Podobno niektórym z nas wystarcza rada rzymskiego poety Lukrecjusza, piszącego ponad dwa tysiące lat temu, że życie jest ucztą, z której trzeba wyjść po prostu nasyconym. Wielu z nas potrafi jednak znacznie więcej – świadomość nieuniknionej śmierci wyzwala kreatywność, która czasem staje się przepustką do nieśmiertelności.

Jak to się stało, że salsa posłużyła za poważne narzędzie badawcze?

Zebraliśmy grupę osób o konserwatywnych i liberalnych poglądach, a następnie, pod pretekstem badania ich upodobań kulinarnych, połączyliśmy przeciwników politycznych w pary. Poprosiliśmy, żeby nałoży li ostry sos do przygotowanego naczynia i podali je partnerowi. Okazało się, że osoby, którym przypomniano wcześniej o sprawach związanych ze śmiercią, podawały znacznie większe porcje. Świadomość nieuchronności śmierci powoduje, że okopujemy się w swoich obozach.

Ludzie boją się śmierci i nie lubią, kiedy się im o niej przypomina. Czy nie lepiej było zostawić ten niewygodny temat filozofom i teologom?

Religia jest wciąż ważna dla sporej części ludzi na świecie, może poza Europą, ale ludzie szukają dziś odpowiedzi na nurtujące ich pytania egzystencjalne właśnie u naukowców. W Stanach Zjednoczonych bardzo popularny jest dr Mehmet Oz, który dzięki programowi telewizyjnemu stał się guru w sprawach dotyczących zdrowia. Nie ma w tym nic dziwnego, bo wiara w życie pozagrobowe osłabła i mamy dziś znacznie większą niż kiedyś motywację, żeby pożyć dłużej. Amerykanie są więc wpatrzeni w dr. Oza. Złe odżywianie się, palenie i picie urosły wręcz w powszechnym odbiorze do rangi grzechu.

A pan przypomina, że zdrowa żywność i higieniczny tryb życia i tak nam nie pomogą. Przepis na bestseller?

Już na samym początku wielu znajomych, łącznie z redaktorem pewnego wydawnictwa, próbowało nas nakłonić do wykreślenia słowa „śmierć” w miejscach, gdzie powtarzało się ono najczęściej. I ja to rozumiem. Intuicja podpowiadała im pewnie, że śmierć nie jest zbyt miłym tematem i lepiej byłoby go taktownie przemilczeć. Mimo wszystko książka sprzedaje się całkiem nieźle.

Nieuchronność śmierci przestaje więc być w zachodnim świecie tematem tabu?

Powiedzmy, że chcielibyśmy, żeby wróciła do mainstreamu. Pierwsza fala zainteresowania tym tematem przyszła w latach 70., kiedy w Stanach pojawiła się niesamowita książka antropologa Ernesta Beckera „Zaprzeczenie śmierci”. Becker ogłosił w niej, że to lęk przed śmiercią determinuje nasze życie. Książka narobiła sporo szumu, a Becker, już pośmiertnie, dostał za nią Pulitzera.

W innej książce, „The Birth and Death of Meaning”, Becker pisze, że, w przeciwieństwie do zwierząt, które do życia potrzebują pokarmu, człowiek żywi się przede wszystkim poczuciem własnej wartości. Umieścił pan ten cytat w „The Worm at the Core”.

Ponieważ właśnie ta teza nas zainspirowała. Becker uważał, że ludzie umacniają poczucie własnej wartości, żeby bronić się przed śmiertelnością. Z Jeffem i Sheldonem spotkaliśmy się w latach 80., kiedy fala zainteresowania „Zaprzeczeniem śmierci” nieco opadła, ale my byliśmy tą książką wciąż zafascynowani, zresztą podobnie jak społeczną psychologią eksperymentalną. Szukaliśmy złotej zasady, która tłumaczyłaby wszystkie ludzkie zachowania.

I postanowiliście udowodnić, że Becker miał rację?

Owszem. Chcieliśmy przetestować jego teorię naukowymi metodami. Zaczęliśmy planować eksperymenty, które odpowiedziałyby na pytanie, po co nam poczucie własnej wartości. Uznaliśmy, że przywiązywanie tak dużej wagi do samooceny jest częścią psychologicznego mechanizmu, który nazwaliśmy zarządzaniem strachem.

Jak działa ten mechanizm?

Im wyższe poczucie własnej wartości, tym czujemy się bezpieczniej i łatwiej radzimy sobie z lękiem. Dlatego wszystko, co robimy w życiu, ma służyć wzmocnieniu naszej samooceny.

O samoocenie trąbią dzisiaj, niemal bez wyjątku, wszyscy znani szkoleniowcy.

Nie twierdzę, że tak powszechnie budowane w naszej kulturze poczucie własnej wartości było dla nas czymś nowym. Chcieliśmy tylko udowodnić, że pewność siebie pozwala złagodzić strach przed śmiercią. Eksperymentalnie.

Jakie to były doświadczenia?

Uczestnicy jednego z eksperymentów musieli rozwiązać test, który, jak ich zapewnialiśmy, bada inteligencję i sprawdza szanse na zrobienie w przyszłości kariery. Niektórym mówiliśmy, że wypadli lepiej niż ktokolwiek przed nimi. Ich samoocena natychmiast rosła. Później podłączaliśmy im elektrody do dłoni i zostawialiśmy ich w laboratorium. Z głośnika dowiadywali się, że w ciągu następnych 90 sekund poczują kilka lekkich, ale dość bolesnych wstrząsów elektrycznych. Nie wiedzieli, w którym momencie przepłynie prąd, a to budziło ich niepokój. Zaczynały się im pocić dłonie. Wstrząsy oczywiście nie następowały. Chodziło nam tylko o sprowokowanie strachu w oczekiwaniu na zagrożenie. Okazało się, że uczestnikom, którzy sądzili, że test poszedł im świetnie, mniej pociły się ręce.

O czym to świadczyło?

Byli bardziej pewni siebie i dlatego lepiej radzili sobie z niepokojem.

No dobrze, a jak strach przed śmiercią objawia się w naturalnych warunkach?

To kwestia indywidualna. Wspólne jest za to pragnienie życia, które jest napędem tego strachu. Mamy bowiem świadomość, że tylko dopóki żyjemy, istnieje to wszystko, co lubimy i czego pragniemy. Śmierć zabierze nam rodzinę, sztukę, muzykę, którą kochamy, czy politykę, którą się pasjonujemy. Wszystko to przestanie dla nas istnieć i my przestaniemy istnieć. Dla wielu ludzi taka myśl jest nieznośna.

Czy pana badania mogą im jakoś pomóc?

Możemy podpowiedzieć jedynie sposoby łagodzenia tego strachu, trzymania go w ryzach, a może nawet przejęcia nad nim kontroli. Niektórzy tworzą dzieła sztuki, inni dokonują odkryć naukowych, ale nie istnieje oczywiście jakiś złoty środek, który wszystkim pomoże. Myślę, że dobre życie każdego z nas zależy od tego, czy poradzimy sobie z tym lękiem, nie szkodząc innym.

To przecież nasza prywatna wojna.

Lęk przed śmiercią powoduje jednak, że instynktownie bronimy systemu wartości, w którym czujemy się bezpiecznie i w którym dzielimy z innymi sposób postrzegania dobra i zła. Ludzie od wieków tworzą wspólne kody kulturowe, bo w grupie stają się bardziej pewni siebie, a to pomaga im radzić sobie ze świadomością śmiertelności. Dlatego na przykład po ataku terrorystycznym z września 2001 r., w którym zginęły setki Amerykanów, zwiększyło się poparcie dla prezydenta Busha i dla wojny w Iraku. Politycy często wykorzystują związek między strachem przed śmiercią i poczuciem solidarności z własną społecznością, mimo że niektórzy z nich nawet nie rozumieją psychologicznego mechanizmu, który rządzi w takiej sytuacji naszym zachowaniem.

Jaki to mechanizm?

Wzmianka o czyjejś śmierci, a w przypadku 11 września mieliśmy do czynienia z gigantyczną tragedią, powoduje, że podświadomie stajemy po stronie naszej kultury, naszych liderów albo nawet partii, której wcześniej nie popieraliśmy. Mamy zresztą na to dowody naukowe. W 2004 roku, przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, zebraliśmy grupę kilkudziesięciu studentów z bardzo liberalnego uniwersytetu na wschodnim wybrzeżu. Podzieliliśmy ich na dwie grupy. Tylko jednej z nich przypominaliśmy o sprawach związanych ze śmiercią. Okazało się, że właśnie ta grupa zadeklarowała później, że zagłosuje na Busha, a nie – tak jak zazwyczaj – na demokratę. Podobne próby przeprowadziliśmy z Izraelczykami, którzy pod wpływem rozmów o śmierci łatwiej usprawiedliwiali brutalne traktowanie Palestyńczyków. W latach 90. z badań w Europie wynikało z kolei, że stymulowany przez eksperymentatorów strach przed śmiercią – niektóre eksperymenty przeprowadzano na cmentarzu – powoduje wzrost niechęci uczestników do imigrantów i większe przywiązanie do niemieckiej waluty.

Czy bogacenie się jest dobrym sposobem na wzmocnienie pewności siebie?

Skutecznie odwraca uwagę od myśli o śmierci. Niektóre kultury wręcz opierają się na kulcie pieniądza. Sęk w tym, że nie wszyscy mogą być bogaci albo sławni i czerpać z tego tytułu poczucie bezpieczeństwa i budować pewność siebie. Z tego napięcia mogą się niestety brać różnorakie problemy psychiczne. Szczęśliwie, ludzie nauczyli się też czerpać poczucie bezpieczeństwa i namiastkę nieśmiertelności z przynależności do jakiejś tradycji albo wspólnoty. Czy z bycia dobrym człowiekiem. Nawet dziś można spotkać np. piekarza, który czuje się szczęśliwy i nie myśli o śmierci, bo ludzie na co dzień chwalą jego wyroby i sprawiają, że jest potrzebny.

Czy podobnie poprawia nasze samopoczucie przynależność do wspólnoty narodowej? Może powinniśmy się obawiać globalizacji i rozmycia dotychczasowych różnic?

Poczucie przynależności do jakiejś wspólnoty ma oczywiście olbrzymią wartość, bo im więcej ludzi się z nami zgadza, dzieli nasze poglądy, tym czujemy się bezpieczniej. Niestety, mogą się też pojawić problemy. Zdarza się, że czerpiemy wspólnotowe poczucie bezpieczeństwa kosztem innych społeczności. Lekceważymy je, poniżamy, bo to wzmacnia nasze samozadowolenie. Ludzie idą na wojnę nie tylko po to, żeby zdobyć nowe terytoria albo walczyć o bogactwa, ale również dlatego, że chcą bronić kultury, która pomaga im radzić sobie ze strachem przed śmiercią.

Walki o wolność te podświadome lęki chyba nie dotyczą?

Wszystkie wojny sprowadzały się według mnie do zderzenia różnych zapatrywań na sens egzystencji. To po prostu zła strona wypracowanej przez ludzi od setek lat umiejętności tworzenia wspólnoty idei i wartości, w której łatwiej znieść im myśl o śmierci. Pojawienie się radykalnego islamu i ataki terrorystyczne z ostatnich kilku dekad to klasyczne przykłady konfliktu między grupami ludzi, których różnią wierzenia pomagające oswoić śmiertelność. Czują się bezpiecznie tylko u siebie, dlatego inną kulturę muszą postrzegać jako zagrożenie. Samo jej istnienie podważa ich pewność siebie.

Nie ma żadnych wyjątków?

Na osoby z naprawdę wysoką samooceną świadomość nieuchronności śmierci działa słabiej, dlatego nie zachowują się wrogo wobec krytyków ich kultury. Zauważyliśmy w naszych badaniach, że Amerykanie, którzy wykazują zazwyczaj wysoki poziom samooceny, nie reagują wrogo na antyamerykańską krytykę, nawet jeśli wcześniej przypomina się im o śmierci. W łagodzeniu destrukcyjnego działania strachu przed śmiercią pomocne są też wartości głoszone przez religie. Przeprowadziliśmy eksperymenty w USA i w Iranie, z których wynikało, że na wspomnienie o śmierci zarówno Amerykanie, jak i Irańczycy z miejsca radykalizowali swoje postawy wobec innych, ale jeśli równocześnie przypominano im zasady miłości bliźniego i tolerancji, łagodnieli. Ciekawe, że najbardziej radykalne postawy wobec ludzi o innych przekonaniach politycznych zajmują osoby, które nie chcą się przyznać do odczuwania strachu przed śmiercią.

Dlaczego to robią?

Myślą, że ignorując ten pierwotny lęk, łatwiej sobie z nim poradzą. Zresztą, większość z nas nie ma ochoty na konfrontację ze świadomością własnej śmiertelności. Przekładamy ten moment na nieokreśloną przyszłość. Pielęgnujemy przy tym przekonanie, że śmierć i przemoc zdarzają się tylko innym ludziom. To mechanizm wbudowany w naszą podświadomość. Szok, który odczuli Amerykanie po zamachu z 11 września był tak wielki, ponieważ byliśmy dotąd przekonani, że ataki terrorystyczne nas nie dotyczą.

Może powinniśmy wrócić do średniowiecznej tradycji częstego myślenia o śmierci, przypomnieć sobie kamedulskie zawołanie memento mori?

Niewykluczone, że regularne myślenie o śmierci wzmocniłoby naszą psychikę. Prowadzimy w tej chwili badania w Korei. To dopiero początek, ale już widać, że częste medytacje buddyjskich mnichów mogą ograniczać strach przed śmiercią albo przynajmniej łagodzić reakcję na myśli o śmierci. Niektóre kultury do dziś są otwarte na myślenie o śmierci. Pewien irański psycholog opowiadał mi o wciąż żywym zwyczaju ubierania się w całun pogrzebowy, który któregoś dnia posłuży do pochówku. Ludzie kupują taki całun za życia, trzymają go w domu i od czasu do czasu przymierzają.

Kultura Zachodu chyba nazbyt pochopnie odrzuciła całą obrzędowość związaną ze śmiercią. Zgodzi się pan ze mną?

To przejaw wypierania strachu, który i tak wszyscy odczuwamy, nawet jeśli spychamy go w podświadomość. Choć nie powiedziałbym, że dawne, jeszcze choćby XIX-wieczne tradycje, były lepszym sposobem na przeżywanie śmierci. Wyglądały po prostu inaczej niż dziś, tym bardziej, że wiara w życie po życiu, czy w przypadku innych religii np. w reinkarnację, była wtedy silniejsza.

Ostatnio pojawiła się moda na publiczne umieranie. Znani dziennikarze i pisarze, u których zdiagnozowano śmiertelną chorobę, opisują swoje przeżycia w mediach społecznościowych, np. Jenny Diski na blogu w „London Review of Books”. Dlaczego to robią?

Próbują zaakceptować w ten sposób zbliżającą się śmierć. Czasem nieodwracalny wyrok śmierci działa w ten sposób. Ted Kennedy, który już wiedział, że umiera na raka, poświęcił resztę życia na wspieranie pomysłu zreformowania systemu opieki zdrowotnej w USA. W jego przypadku strach przed śmiercią zamienił się w troskę o przyszłe pokolenia. Nie istnieją jeszcze badania na ten temat, ale osobiście znałem kilka śmiertelnie chorych osób, którym udało się zaakceptować bliskość śmierci. Być może było im łatwiej, bo w pewnym momencie życie przestawało im smakować, również w dosłownym sensie, ponieważ nie mogli już np. jeść ulubionych potraw. Czy strach przed śmiercią słabnie w takiej sytuacji? Oczywiście nie ma tu żadnej reguły. Niektórzy nawet dzień przed śmiercią planują, co będą robić za kilka lat.

Czy dziś, po tylu latach badań, lepiej radzi sobie pan ze świadomością własnej śmiertelności?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Chcę żyć. Kocham życie. Badania naukowe mogą tylko pomóc zracjonalizować mój strach, ale oczywiście nie rozwiązują problemu. Moja praca naukowa uświadomiła mi jednak, że wszystkie istniejące na świecie kultury są jedynie różnymi sposobami na oswojenie myśli o śmierci. Mogę się z takimi czy innymi wartościami nie zgadzać, ale wiem, że inni zmagają się z tym samym problemem co ja i że wpływa to na ich reakcje, dlatego patrzę dziś na ludzi ze znacznie większą empatią niż kiedyś.

 

Rozmawiała Anna Gwozdowska. Tekst ukazał się w numerze 5/2015

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo