To co wiem: Daniel Passent
Fot: AKPA

To co wiem: Daniel Passent

„Bez tenisa czułbym się uboższy, pozbawiony czegoś pięknego.” – mówi nam znany dziennikarz i felietonista.
11.09.2018

Nigdy nie musiałem walczyć o kobiety. One raczej same mnie wybierały. I zostawiały. Bez walki.

O Agnieszkę Osiecką nie walczyłem. Zdobyłem Agnieszkę bez walki. Ale straciłem po walce.

Kobieta, od której najwięcej się nauczyłem, to Agnieszka. Na przykład tego: „Nie daj mi, Boże (...) skosztować tak zwanej życiowej mądrości”.

Walczyłem o to, by moja córka Agata poszła na prawo. Tu poległem. Chciałem, żeby moja żona rzuciła palenie. To była najdłuższa bitwa mojego życia, którą wygrałem po 15 latach wojny podjazdowej.

Imponuje mi moja córka. Przede wszystkim tym, że potrafi radykalnie zmieniać swoje życie.

Zawsze chciałem być architektem, ale nie nadaję się do tego zawodu, ponieważ trzeba umieć rysować i trzeba być dobrym z matematyki.

Pierwszy raz poczułem, że myślę inaczej, gdy w 1966 roku pojechałem na wojnę w Wietnamie. Koledzy pukali się w czoło, ponieważ Wietnam był wtedy bombardowany przez Stany Zjednoczone. Poczułem, że chcę to zobaczyć, że muszę tam być.

Uważam siebie za osobę, która płynie z głównym nurtem i lubi lekko prowokować. Mam temperament satyryka, ironisty, stańczyka. Na pewno nie buntownika. Felietony Słonimskiego, Kisielewskiego, Urbana czy Toeplitza – zawsze były bardzo pod prąd. Moje nie.

Maszyny wysmarowane towotem 

Zadziwia mnie moje dzieciństwo. Najpierw byłem przechowywany za szafą, potem w domu dziecka, a potem trafiłem na salony w Berlinie.

Zapach mojego dzieciństwa to zapach starych maszyn. Po wojnie mieszkałem w Częstochowie. Tam bawiliśmy się na podwórku, wśród maszyn, mocno wysmarowanych towotem.

Zafascynowany byłem moim wujem Jakubem Prawinem, który zastąpił mi ojca. Był świetnie wykształcony, miał doktorat Uniwersytetu Wiedeńskiego. W czasie wojny był ranny, walczył w Dywizji Kościuszkowskiej. Był wysportowany, wiosłował, wspaniale znał się na muzyce klasycznej. Poza tym wielkim idolem mojej młodości był czeski biegacz Emil Zatopek, długodystansowiec. Dziś fascynuje mnie Obama.

W sporcie szukam charakteru, emocji, oderwania od rzeczywistości.

Bez tenisa czułbym się uboższy, pozbawiony czegoś pięknego.

Zachorowałem na chorobę dyplomatyczną w dzieciństwie, kiedy w latach 40. mieszkałem w Niemczech. Wujek Prawin był szefem polskiej misji wojskowej w Berlinie. W domu bywali cudzoziemcy, były organizowane przyjęcia, rauty. Widziałem, jak Prawin wkładał do munduru buty z cholewami, a pani Prawinowa stroiła się w kunsztowne suknie.

Pierwsza miłość to Basia. Śliczna blondynka koleżanka z podstawówki w Berlinie. Miałem 10 lat. A ostatnia miłość jeszcze przede mną.

Młodość to dla mnie zapach farby drukarskiej w drukarni „Życia Warszawy”, Marszałkowska 3/5. Miałem wtedy 18 lat. Pracowałem w „Sztandarze Młodych”, który drukował się na Marszałkowskiej. Musiałem podpisywać kolumny na nocnych dyżurach. W dzień pracował redaktor techniczny, a wieczorem ja, redaktor dyżurny. Farba drukarska to zapach mojego zawodu.

Mój pierwszy wywiad to wpadka. Byłem współpracownikiem w „Sztandarze Młodych”. Miałem 18 lat. To była połowa lat 50. Po raz pierwszy przyjechał do Polski Yehudi Menuhin. Dowiedziałem się w filharmonii, że mieszka w Bristolu. Zaczaiłem się w hotelu, przy windzie, i czekałem. W końcu zaprosił mnie do apartamentu, usiadł przy stoliku i powiedział: „Słucham pana”. To było straszne. Zaniemówiłem. Agnieszka wspominała, że gdy przychodziły do niej dziennikarki na rozmowę, czasami mówiła: „nie wiem nic o niczym”. I sama pisała sobie wywiad.

Jestem wdzięczny losowi za wszystko. A zwłaszcza za to, że żyję. Za to, że stworzył mi tyle szans.

Żałuję, że zostałem dziennikarzem. To zawód wzmacniający złe cechy w człowieku, jak: wścibskość, potrzeba brylowania, nieuctwo.

Szczęście ma dla mnie smak chleba z masłem.

Przeszłość to dla mnie ci, którzy odeszli.

Moje drobne przyjemności to leżeć na kanapie i czytać. Największa przyjemność to wizyta wnuków ze spaniem. Tak zwany sleepover.

Zapomniałem o wielu ludziach, o wielu spotkaniach, o wielu tekstach, które napisałem i które mi przypominają lub wypominają.

Żaden problem 

Czuję się zagubiony, gdy wszyscy dookoła mówią po francusku. 

Wstydzę się... poza tym, że nie znam francuskiego? Nie umiem grać na pianinie.

Złości mnie chamstwo, prostactwo, tandeta.

Pieniądze to dla mnie żaden problem.

Dojrzałość to umiejętność wybaczenia. Rezygnacja z narzucania własnej woli.

Starość jest przekleństwem.

Często czuję się jak rupieć (śmiech).

Według mnie, królem życia jest Woody Allen.

Mój autorytet na dziś to Karol Modzelewski.

Płakałem, gdy urodził się mój wnuk Kubuś.

Akt odwagi często bywa aktem bezmyślności. W czasie okupacji, gdy byłem przechowywany na Pradze, nie wolno mi było zbliżać się do okna. Ale pewnego razu wyszedłem na balkon. I zacząłem siusiać. Uszło mi to na sucho.

Trzeba uważać na to, co się mówi w wywiadzie dla „Esquire”.

Mam dobrą passę, ponieważ zostanę dziadkiem. W grudniu urodzi mi się kolejny wnuczek. Albo wnuczka.

Umiem zrobić dobre wrażenie.

Moja gra to gra z czytelnikami.

Wysłuchała Anna Kaplińska-Struss. Tekst ukazał się w numerze 4, wrzesień/ październik 2015 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie