Teatr życia. Co warto zobaczyć w Neapolu?
Zdjęcia: iStock

Teatr życia. Co warto zobaczyć w Neapolu?

Zobaczyć go, ale nie umrzeć, tylko jak najszybciej tu wrócić. Stolica Kampanii zmienia się i zaczyna być doceniana przez turystów. Trzeba się spieszyć, póki jeszcze jej nie zadeptali.
09.10.2018

Do niedawna przyjazd tu uważany był za rodzaj survivalowego wyczynu. Wszechobecny brud i śmieci, drobny bandytyzm i profesjonalna mafia, bieda rozsypujących się kamieniczek i zakazane blokowiska. Było źle. Ale to czarny i w większości nieprawdziwy PR. Z tym wszystkim w ciągu ostatnich kilku lat Neapol poradził sobie bardzo sprawnie. Mafiosi siedzą, śmieciami zajęła się firma z Holandii, część blokowisk zburzono i – ponad wszystko – jest tu bezpiecznie. Zmiany odczuwają turyści. Kuszeni dodatkowo filmami w rodzaju „Jedz, módl się, kochaj” czy bestsellerową „neapolitańską” literaturą Eleny Ferrante, zjeżdżają tu coraz liczniej.

Jajo szczęścia 

Punkt obowiązkowy to Partenope, częściowo zamknięty dla samochodów nadmorski bulwar z widokiem na Wezuwiusz, słynny średniowieczny Zamek Jajeczny (ponoć z magicznym jajkiem wmurowanym w fundamenty, które przynosi miastu szczęście) i całą Zatokę Neapolitańską. Poranne espresso z taką panoramą lub – tym bardziej! – wieczorne prosecco w jednym z ogródków licznych barów czy restauracji, warte jest przyjechania do Neapolu samo w sobie.


Ale w mieście starszym o sześć wieków od Rzymu, które podczas nawet krótkiego spaceru oferuje kilkusetletnią historię najwspanialszej architektury i sztuki w pigułce, tych powodów jest więcej. To Quartieri Spagnoli, mroczne i pełne wąskich na szerokość motorynki uliczek stare miasto, z renesansową i barokową zabudową. W dzień pomiędzy licznymi kościołami i przerobionymi na czynszówki pałacami stoją kramy ze świeżymi rybami czy owocami. To czyni ze starówki targ o najbardziej spektakularnej scenerii na świecie. Nocą wiele z jej placów to z kolei włoskie imprezownie.

Jej przeciwwaga to elitarna dzielnica Chiaia z plażą, klubami i luksusowymi sklepami, estetycznie bardziej przynależąca do wysublimowanej północy Włoch niż temperamentnego południa. Warto też zwiedzić Teatro di San Carlo, najstarszą włoską operę, kolebkę dzieł Verdiego czy Rossiniego. Niedawno została wyremontowana; uznaje się ją za najokazalszą na świecie.

Wszędzie jest pysznie 

Są jednak tacy, którzy do Neapolu przyjeżdżają głównie po to, by jeść. Nie bez przyczyny. W mieście, w którym wynaleziono margheritę, polecanie konkretnych lokali nie ma sensu. Znakomicie jest wszędzie. Prym wiedzie pizza. Neapolitańska znacząco różni się od tej z Rzymu czy północy Włoch i weryfikuje mądrości, jakie w Polsce można usłyszeć nawet od uznanych ekspertów. Choćby tę, że prawdziwa pizza ma cienkie, sztywne ciasto i z trzymanego w dłoni kawałka nic nie spadnie. W Neapolu spadnie wszystko, łącznie z samym ciastem, bo tutejsza pizza jest miękka i ciągnąca. Dlatego nie je się jej rękami, jak głosi inna obiegowa opinia, lecz sztućcami. Składniki i ich jakość mają status niemal fetyszu. Oliwa z oliwek, mozarella fior di latte, mąka typu „0” – wszystko regionalne. Pomidory zaś – wyłącznie odmiany San Marzano, rosnącej na wulkanicznej glebie Wezuwiusza. A co poza pizzą? W stolicy Kampanii pojęcie „dietetyczny” uważane jest za wulgaryzm. Jada się głównie to, co mączne, tłuste i smażone (fritto), w tym na głębokim oleju: obtoczone w cieście warzywa, ryż, ryby, słodycze.

To, co w Neapolu fascynuje jednak najbardziej, to codzienny – określenie banalne, ale adekwatne – teatr życia. Śmigające skutery, przewożące wszystko: od skrzynek z brzoskwiniami po stare pralki czy ramy okienne. Namiętnie całujące się i widowiskowo kłócące pary. Staruszkowie pogadujący przed domem i włoskie mammy, ugniatające ciasto na stolnicy opartej o parapet. Budowlańcy gwiżdżący na rusztowaniach, emerytki z radiem tranzystorowym na balkonie i przechodnie żegnający się przed „kapliczką” z Diego Maradoną, który nadal ma tu status świętego. A wszystko to naraz. I przy huku ulicy, klaksonach aut, wrzaskach sprzedawców, brzęku filiżanek w barach i łopocie wszechobecnego, suszącego się prania. Tu tak jest.

Tekst Michała Zaczyńskiego ukazał się w numerze 5/2017 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie