Portfel: James Patterson
Fot: Starstock

Portfel: James Patterson

Jest najlepiej zarabiającym pisarzem na świecie, mieszka w olbrzymiej posiadłości na Florydzie, a pierwsze zarobione pieniądze wydał na frytki (były przesolone). Autor "Kolekcjonera" opowiedział nam o pierwszych zarobionych pieniądzach, podejściu do inwestycji i zawartości portfela.
09.04.2019

Jeśli na stole pojawiają się pieniądze, bierz je. Zgarnij wszystko. J. Walter Thompson (agencja reklamowa, w której Patterson był prezesem – przyp. red.) bardzo chciał, żebym został na stanowisku. To było w 1987 roku, firmie groziło przejęcie przez rywala i szefowie Thompsona nie chcieli mnie stracić. W negocjacjach pojawiły sie trzy opcje do wyboru. Zapytałem mojego doradcę, który współpracował też z Tomem Cruise’em i Christopherem Reeve’em, który pakiet powinienem wybrać. Odpowiedz brzmiała: „Wszystkie trzy”. Jeśli druga strona przedstawia kilka propozycji, to znaczy, że jest gotowa oddać wszystkie. I dokładnie tak się stało.

Czytaj też: To co wiem: Karl Ove Knausgard 

Teraz mam przy sobie zapewne trzysta albo czterysta dolarów w gotówce. Ale pamiętam, ze gdy miałem dwanaście lat, moje kieszonkowe wynosiło 20 lub 25 centów tygodniowo. Trzeba było dobrze kombinować, na co wydać tę kwotę. W czasach, gdy służyłem do mszy jako ministrant, mój kolega rzucił pomysł: „Idziemy na frytki”. Tak też zrobiliśmy. Pamiętam, ze usiedliśmy na trawie o zmroku i jedliśmy je. Czułem sie, jakby poszedł do drogiej restauracji. Do dzisiaj pamiętam ten smak – tłuste, zdecydowanie zbyt słone. Po prostu wyjątkowe. To była ekstrawagancja.

W portfelu nosze dziwne rzeczy. Mam gotówkę, karty kredytowe i debetowe, prawo jazdy, a także kartę uprawniająca mnie do szybszej obsługi podczas odprawy na lotniskach. Mam tez mały długopis, bo ludzie nieustannie proszą mnie o autograf. Noszę również jednodolarowy banknot z odręcznym napisem: „Wszystkiego najlepszego, mistrzu”. To od mojego przyjaciela. Kiedyś ograłem go w golfa i w nagrodę dał mi ten banknot. Noszę też kalendarze na bieżący i przyszły miesiąc, po to, żebym mógł szybko sprawdzić daty – nie mam przy sobie telefonu. Można nazwać mnie grzybem albo dinozaurem, nie obrażę się. Telefonu właściwie nie używam, zabieram go jedynie w podróż, ponieważ nie znoszę płacić kosmicznych stawek za połączenia wykonywane z hotelowych telefonów.

Jestem słaby w zmyślaniu - rozmowa ze Szczepanem Twardochem 

Mamy absurdalnie wielki dom w Palm Beach na Florydzie. Kupiliśmy go w 2009 roku, gdy na rynku nieruchomości trwała bessa. Ta posiadłość była wówczas ruina, ale miała bardzo atrakcyjna cenę. Jest tam zdecydowanie za dużo powierzchni w stosunku do naszych potrzeb, dlatego czasami czuję się głupio z tego powodu. Ale zarazem ten dom to moje miejsce na Ziemi.

Mój ojciec był skąpcem. Wychował się w bardzo biednej części Nowego Jorku, jego matka była sprzątaczka. Właśnie to potem próbował zaszczepić u mnie. Raz w tygodniu, w sobotę, mogłem iść do kina na film, to były wszystkie przyjemności. Poza tym wiedliśmy bardzo skromne życie.

Jestem dość konserwatywny, jeśli chodzi o inwestowanie. Moi rodzice byli oszczędni, dziadkowie zostali boleśnie doświadczeni podczas kryzysu końca lat 20. XX wieku. Nie żałuję jednak straconych okazji. O żalu można mówić wtedy, gdy kogoś skrzywdzisz, gdy opuści cię kobieta, która kochasz. Ale żal z powodu pieniędzy? Jasne, łatwo mi jest mówić takie rzeczy, bo nie mam z reguły problemów finansowych.

Nie wydaję pieniędzy na lewo i prawo, choć i tak jest lepiej niż kiedyś. Mój przyjaciel z Florydy ciągle zadaje mi to samo pytanie: „Czemu upierasz się, żeby trzymać wszystkie oszczędności w banku?”. Raz na jakiś czas wynajmuje prywatny odrzutowiec, ale przychodzi mi to z bólem. Wybraliśmy się kiedyś na przedstawienie „Hamiltona” do teatru, ale za bilet musiałem zapłacić 850 dolarów! Lubię teatr, ale nie rozumiem, dlaczego ta przyjemność musi kosztować aż tyle. Z drugiej strony na Florydzie mieszka mnóstwo zamożnych ludzi, którzy umieją wydawać pieniądze. Jeden z moich znajomych, miliarder, ma olbrzymią kolekcję sztuki. Starałem się zrozumieć, czym się kieruje przy zakupach, ale odparł: „Tu nie chodzi o sztukę. Dla mnie to po prostu inwestycja”. Nie rozumiem takiego podejścia. Czasami trudno uwierzyć, ile ludzie wydaja na organizacje przyjęć. Dwadzieścia milionów dolarów? To chyba żart.

Swoje urodziny wyprawiłem we włoskiej restauracji. Prosiłem gości, by nie przynosili mi prezentów. Ja za to każdemu podarowałem jakiś drobiazg. W urodziny powinno się spełniać życzenia jubilata, a ja nie lubię dostawać prezentów, wole je dawać.

Ralph Waldo Emerson rzekł: „Pieniądze niekiedy kosztują zbyt dużo”. To prawda. Mój syn chodzi do szkoły z dzieciakami, które już dzisiaj wiedzą, że wybiorą karierę w bankowości inwestycyjnej. Są gotowi poświęcić kawał życia i pracować po 90 godzin tygodniowo w zamian za obietnicę bycia milionerem. Tylko czy warto płacić taką cenę?

Rozmawiała Julia Black. Cały tekst ukazał się w numerze 5/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie