„W głowach się kotłowało” – rozmowa z Piotrem Zielińskim
Fot: AKPA

„W głowach się kotłowało” – rozmowa z Piotrem Zielińskim

Gdy wchodzi do domu dziecka prowadzonego przez rodziców, dzieciaki krzyczą: „O, pan Piotrek przyjechał. Z telewizji”. Grają w piłkę w ogrodzie, wszyscy za nim biegają i kopią go po nogach.
06.12.2018

ESQUIRE : Urodziłeś się w 1994 roku, nie możesz pamiętać Diego Maradony z boiska. Ale od półtora roku jesteś piłkarzem Napoli, w którym Argentyńczyk jest postacią legendarną.

Piotr Zieliński: Diego to w Neapolu więcej niż piłkarz. Więcej niż człowiek. Dużo zrobił dla tego miasta, poprowadził klub do dwóch mistrzostw Włoch. Jedynych w dziejach. Pięknie zapisał się w historii, jego obecność odczuwa się w Neapolu na każdym roku. Każde dziecko tutaj wie, kim był Diego. Wszędzie są murale, kapliczki z Argentyńczykiem. On w Neapolu nie zostanie zapomniany.

Czytaj też: To co wiem: Diego Armando Maradona 

Teatr życia. Co warto zobaczyć w Neapolu? 

ESQ: A ty byłeś wychowany w uwielbieniu dla Maradony?

PZ: Nie. Poza boiskiem to nie była wspaniała postać. Dla ojca był geniuszem, ale to nie moje czasy. Piłkarze mojego dzieciństwa to Ronaldinho i Zinedine Zidane. A dziś – Andrés Iniesta, Luka Modrić, no i – daleko nie muszę szukać, gramy w jednej drużynie – Marek Hamsik.

ESQ: Wymieniłeś rozgrywających. Ich zadaniem jest podawanie piłki kolegom, ale to jednocześnie indywidualności. Ty, choć grasz na tej samej pozycji, jesteś inny, wolisz podać, niż strzelić.

PZ: Coś w tym jest. Choć wiem, że czasami na boisku trzeba być egoistą. Nic tak nie cieszy jak gol. Rodzice powtarzają mi, że muszę więcej strzelać.

ESQ: Rodzice uczyli cię, by się dzielić. Prowadzili dom tymczasowy dla dzieci czekających na adopcję. Niedawno założyłeś fundację, kupiłeś większy dom, w którym rodzice prowadzą dom dziecka.

PZ: Skoro mogłem pomóc rodzicom, długo się nie zastanawiałem. Fundacja Piotrusia Pana powstała w 2016 roku. W Targowicy, położonej niedaleko rodzinnych Ząbkowic Śląskich, kupiłem dom. Rodzice się tam przeprowadzili, mieszka z nimi dziesięcioro dzieci w wieku od 4 do 12 lat. Mają fajne warunki, duży ogród. Chodzą do przedszkola, do szkoły. Mój brat codziennie rano je rozwozi. Wtedy rodzice mają chwilę dla siebie, jadą do drugiego domu dziecka, który otworzyliśmy niedawno. Tam już zatrudnieni są pracownicy, którzy pomagają rodzicom.

ESQ: Jak to się zaczęło?

PZ: Gdy rodzice zaczęli prowadzić dom zastępczy, miałem 7–8 lat. Wcześniej poświęcili dużo czasu, by zdobyć odpowiednie papiery. Jeździli do Wrocławia na kursy, a ja bałem się, że nie wrócą. Wieczorami siedziałem na parapecie, gdy słyszałem szczekanie psów, zaczynałem wypatrywać samochodu. Dopiero gdy na zakręcie prowadzącym do naszego domu pojawiały się światła, wiedziałem, że wracają. A propos prowadzenia domu zastępczego – wtedy były inne przepisy. Maksymalnie sześć osób, tylko przez rok, a później, jeśli dzieci nikt nie adoptował, musiały wracać do domu dziecka.

ESQ: Wspominasz kogoś szczególnie?

PZ: Zapamiętałem rodzeństwo, które bardzo się z nami zżyło – Adek i Ala. Byliśmy z nimi tak blisko, że rodzice zaczęli myśleć o adopcji. Ale trafiła się bardzo fajna rodzina ze Świdnicy, która ich adoptowała. Do niedawna rodzice mieli z nimi bliski kontakt, odwiedzali ich. Był też bardzo mądry, niepełnosprawny chłopiec. Sparaliżowany, jeździł na wózku, a po domu chodził na rękach. Kiedyś graliśmy na komputerze i przypadkiem wylał, chyba mleko, na klawiaturę. Okropnie się przestraszył. Bał się, że zostanie odesłany czy coś takiego.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Piotr Zielinski (@zielu_94)

ESQ: Odwiedzasz podopiecznych fundacji?

PZ: Jasne. Gdy przyjeżdżam, dzieciaki się cieszą. Krzyczą: „O, pan Piotrek przyjechał. Z telewizji”. Przybijam piąteczki, bawię się z nimi. Gramy w piłkę w ogrodzie, oni za mną biegają i kopią po nogach. Fajnie.

ESQ: Wyjechałeś do włoskiego Udinese, gdy miałeś 16 lat. W tym wieku ludzi trzymają się głupoty.

PZ: To dziwny wiek. W gimnazjum faktycznie w głowach się kotłowało. Szkoła w Lubinie, specjalna klasa dla zawodników. Piłkarzyki, bujanka po szkole, włosy na żelu. Ale bez przesady, wielkich głupot nie robiłem. W Udine liczył się już tylko futbol. To nie jest specjalnie imprezowe miasto, właściwie jedyna rozrywka to kręgielnia. Serio. Dziś widzę, że dzięki temu mogłem się rozwijać. Kiedy nie ma pokus, możesz skoncentrować się na piłce. Zresztą byłem mocno kontrolowany przez mamę.

ESQ: Mamę czy klub?

PZ: Mama raz w miesiącu przyjeżdżała do Udine. Wiedziała, że młodego, który dostał niezłe pieniądze na start, trzeba przypilnować, by nie zwariował. Rodzice kontrolowali moje finanse, w wakacje i na święta przyjeżdżała do mnie cała rodzina. Warunki do mieszkania miałem ekstra. Mogłem pójść do akademika, ale klub – chyba jako jedynemu młodemu w Udine – zaoferował dwupoziomowy apartament, więc sam rozumiesz. Gdy miałem 20 lat, przeprowadziłem się do Empoli, zacząłem regularnie grać w Serie A. Byłem starszy i bardziej samodzielny, ale tak dobrego apartamentu jak w Udine nie miałem. Nie było porównania.

ESQ: Ty chyba bardzo lubisz Włochy, prawda?

PZ: To wspaniałe miejsce do życia. Nie zamierzam tam zostać po zakończeniu kariery, ale Włochy są super. Udine nie jest jakimś fantastycznym miejscem, ale okolica jest piękna. W dzień wolny można było wyskoczyć do Wenecji albo w piękne Alpy Karnickie. Położone w Toskanii Empoli to już w ogóle było coś pięknego. Gdy wiedziałem, że odejdę z Empoli do Napoli, codziennie jeździliśmy z narzeczoną do Florencji. To tak wspaniałe miasto, że szkoda było je zostawiać.

ESQ: Co oprócz włoskich miast cię tak urzekło?

PZ: Włosi to wspaniali ludzie, aczkolwiek specyficzni. Wszystko jest tam takie powolne. Umawiasz się, a oni przychodzą godzinę albo półtorej później. To norma. Jedzenie to wzór, nie ma nic lepszego, choć dla piłkarza tamtejsza kuchnia może być zdradliwa. Zdarzało się, że wchodziłem na wagę i okazywało się, że muszę trochę zrzucić.

ESQ: Twój świat kręci się wokół futbolu. Albo trenujesz, albo oglądasz mecze, albo grasz w piłkę na konsoli.

PZ: Zazwyczaj gram z bratem Pawłem przez internet, a mecze w telewizji mógłbym oglądać non stop. Do niedawna mój brat był zawodnikiem Śląska Wrocław, więc starałem się patrzeć także na naszą ekstraklasę. Teraz trochę mniej, chociaż prawie w każdej kolejce jakiś polski mecz zobaczę. Czasem muszę jednak przystopować. Nie spędzam zbyt dużo czasu w domu, często wyjeżdżam na mecze i zgrupowania. Muszę znaleźć czas dla narzeczonej. Wiem, kiedy wyłączyć telewizor i pójść na kolację. Czasami narzeczona siada jednak przed telewizorem razem ze mną. I chodzi na moje wszystkie spotkania w Neapolu.

Rozmawiał Piotr Żelazny. Wywiad ukazał się w numerze 1/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie