Odwiedziłem klinikę, w której uczy się ludzi, jak nie jeść
Facebook/ Buchinger.Wilhelmi.Bodensee

Odwiedziłem klinikę, w której uczy się ludzi, jak nie jeść

Mniej znaczy więcej – to motto takich placówek, jak klinika Buchinger Wilhelmi. Choć pod wieloma względami przypominają luksusowe hotele, to nie liczcie na pięciogwiazdkową kartę dań.
26.03.2019

Na początku ten pomysł wydawał mi się całkiem kuszący. Tak dzieje się zawsze, gdy coś przychodzi ci do głowy w piątkowe popołudnie, podczas lunchu, a odwagi dodaje ci kilka kieliszków wina wypitych do posiłku. „Podobno jest takie miejsce – zwróciłem się do mojego redaktora. – To klinika w Niemczech, w której przez wiele dni obywasz się bez jedzenia, bywa że nawet przez kilka tygodni. Jak Jezus na pustyni. Albo jak Gandhi. To coś w rodzaju modlitwy, duchowego oczyszczenia”. Redaktor podniósł brew i sięgnął po kieliszek wina. „A co zbliżanie się do Najwyższego poprzez odmawianie sobie pokarmu ma wspólnego z tobą, jeśli wolno mi spytać?”.

Dobre pytanie. „Znasz mnie przecież – odpowiedziałem – i wiesz, jak bardzo nie znoszę newage’owego chrzanienia o tym, że trzeba o sobie dbać, tych hochsztaplerów wciskających ludziom oszukańcze diety za kupę kasy oraz przekonujących do cudownych leków na wszystko, podpartych pseudonaukową wiedzą”. Widzę, że kiwa głową i przewraca oczami. „Dodaj do tego tybetańskie misy, lecznicze pijawki, jakieś dziwne wynalazki...” Wygrałem, redaktor unosi ręce w geście poddania. „Dość – mówi. – Zgadzam się, tylko zamilcz wreszcie”.

Czytaj też: Jak diagnozować i leczyć seksoholizm? 

Kilka tygodni później, po zbadaniu roli postu w religiach świata (Ramadan, Wielki Tydzień, Yom Kippur), a także po lekturze artykułów poświęconych korzystnemu wpływowi postu na zdrowie człowieka, nadszedł dzień, gdy wysiadłem z samolotu w Zurychu i rozpoczęła się moja podróż do miejsca, w którym im mniej się zje, tym lepiej. Ogarnął mnie lęk.

Opublikowany przez Buchinger Wilhelmi Bodensee Piątek, 8 czerwca 2018

Dzień pierwszy

Czułem się jak skazaniec zmierzający do sali, w której podadzą mu śmiertelny zastrzyk. Czeka mnie dziewięć dni bez normalnego jedzenia. Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek wytrzymał dłużej niż dziewięć minut. Całe moje życie kręci się wokół żarcia. Moja pijacka odwaga, gdy zachwalałem szefowi zdrowotne zalety postu, dawno minęła. Za chwilę ruszę do Niemiec, do miejsca, w którym spędzę ponad tydzień, obywając się bez tego, co lubię ponad wszystko. Najlepszym podsumowaniem mojej sytuacji mogłyby być słowa wypowiedziane przez Martina Sheena w „Czasie apokalipsy”: „Zmierzałem do najgorszego miejsca na świecie – i nie zdawałem sobie z tego sprawy”.

Obrzucam tęsknym spojrzeniem lodówkę z żarciem w kawiarni na lotnisku. Zazwyczaj fast food wywoływał we mnie obrzydzenie, teraz spoglądam pożądliwie na te kanapki bez smaku i miękkie frytki. Niespodziewanie to wszystko wydało mi się niezwykle smakowite. Mało tego, byłbym gotów zabić za big maca. W milczeniu patrzę, jak samochód, który mnie wiezie, przekracza granicę między Szwajcarią a Niemcami. Oczy wędrują w stronę przydrożnych knajp, w których nie brakuje ani kiełbasek, ani piwa. Po raz nie wiem który zadaję sobie to samo pytanie: co ja tutaj robię? Umiar nigdy nie był moją mocną stroną.

Godzinę później auto zatrzymuje się przed wejściem do kliniki Buchinger Wilhelmi. Placówka mieści się nad brzegiem Jeziora Bodeńskiego, w niewiarygodnie malowniczym miasteczku o nazwie Ueberlingen. W oddali pejzaż uzupełniają majestatyczne, ośnieżone szczyty Alp. Klinika sprawia wrażenie miejsca sterylnego, zacisznego i eleganckiego. No i cichego. Nie słychać rozmów, jeśli już, to prowadzone są one półgłosem. Rozglądam się w poszukiwaniu kamer, przez które strażnicy mogliby obserwować, czy nie obżeram się przemyconymi na teren ośrodka snickersami.

Ośrodek założył przed pierwszą wojną światową doktor Otto Buchinger, lekarz niemieckiej marynarki wojennej. Buchinger nabawił się w wojsku zapalenia stawów, co zmusiło go do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Stan zdrowia stale się pogarszał, Buchingerowi groziło wręcz, że resztę życia spędzi przykuty do wózka inwalidzkiego. Przyjaciel doradził mu trzytygodniową terapię, której najważniejszym elementem był post. „Czułem się słaby i wychudzony – wspominał Buchinger, opisując swoje doświadczenia. – Ale niespodziewanie znowu mogłem zginać stawy”. Dzięki postowi stan zdrowia poprawił się na tyle, że Otto stał się zwolennikiem terapii bazującej na ograniczeniu pokarmów. Pierwszą klinikę otworzył w 1920 roku wspólnie z córką Marią i zięciem Helmutem Wilhelmim. Placówka Buchinger Wilhelmi, do której zawitałem, została otwarta w 1952 roku.

W ośrodku nie ma karcących spojrzeń, nie ma spisu reguł, które określają, co wolno pacjentom, a czego nie. Nie ma też alkoholu. Można natomiast palić, o ile robi się to w miejscach do tego wyznaczonych. Jadąc tu, wyobrażałem sobie, że podczas pobytu w klinice przyjmę pozę buntownika grającego na nosie niemieckim żandarmom tępiącym przejawy radości życia. Kimś, kto pokonuje zasieki z drutu kolczastego, by wpaść do pobliskiej knajpy na kurczaka z rożna i kilka piw. Byłem gotów walczyć z systemem, by udowodnić, że choć można mnie głodzić, to nigdy nie uda się mnie złamać. Bardzo się myliłem. Klinika bardziej przypomina elegancki hotel niż placówkę medyczną, a jej pracownicy są czarujący.

Mój pokój jest niewielki, ale bardzo wygodny i elegancki. Z balkonu rozpościera się widok na Alpy i jezioro. Jest też biurko, skórzany fotel, wygodne łóżko i przestronna łazienka. Każdego ranka, między siódmą a dziewiątą, będę musiał udać się na mierzenie ciśnienia krwi, a także na ważenie. To jedyne obowiązki, przez resztę dnia mogę robić, na co mam ochotę. To mój ostatni dzień z normalnym jedzeniem, od jutra zaczynam dietę, dlatego dwadzieścia minut po wizycie u pielęgniarki zasiadam do monstrualnej, ociekającej tłuszczem pizzy. Do tego wypijam kilka kufli przyjemnie chłodnego piwa. Trzeba zadbać o zapasy energii na najbliższe kilka dni. Z trudem wstaję od stołu i ciężkim krokiem wędruję w stronę swojego pokoju, po czym zwalam się na łóżko. Zapowiada się świetna zabawa.

Opublikowany przez Buchinger Wilhelmi Bodensee Wtorek, 2 stycznia 2018

Dzień drugi

Waga: 81,7 kilograma

To dzień odpoczynku dla układu trawiennego, w planie są więc wegetariańskie posiłki (bardzo smaczne, dodajmy), tak bym mógł łagodnie wejść w okres postu. Moi towarzysze niedoli to bardzo zróżnicowane towarzystwo: są chudzi jak patyk paryżanie, wyperfumowani od stóp do głów; są masywni Niemcy paradujący w szlafrokach, są też drobni Anglicy w strojach sportowych, no i radośni Włosi. Wszyscy uśmiechają się do siebie. Spożywam w milczeniu miseczkę owoców, po czym idę na spotkanie z doktor Martine van Houten, którą przydzielono mi jako lekarkę pierwszego kontaktu. Jest zabawna, nieco oschła, bardzo pragmatyczna. „Post to nie rodzaj diety – poucza mnie. – Oczywiście, można użyć tej metody po to, żeby schudnąć. W poście chodzi jednak o osiągnięcie innego stanu psychicznego. W twoim przypadku optymalny będzie post sześciodniowy. Równie ważne jednak jest też to, co stanie się po zakończeniu postu i jak będzie wyglądał twój powrót do regularnych posiłków. Zaplanujemy jeden dzień przygotowań, sześć dni postu i dwa dni powrotu do normalnego odżywiania”. Rozmawiamy chwile, pani doktor szybko odkrywa we mnie pokłady cynizmu. „Bądź bardziej otwarty. Spróbuj różnych terapii i zabiegów. Przekonasz się, które będą ci odpowiadać”. Zapisuje mi zajęcia z medytacji, masaż shiatsu, zabiegi osteopatii, sesje psychoterapii, a także masaż z użyciem mis tybetańskich. „Nie zapisze mi pani zabiegu z pijawkami?” – dopytuje pół żartem, pół serio. „Chciałby pan?” – odparowuje. Dobry Boże, nie.

Gdy zbieram się do wyjścia, pani doktor na pożegnanie udziela mi tez kilku rad. „Dużo pij. Co najmniej półtora litra wody dziennie, jeśli dasz radę, to więcej. Ruszaj się, ćwicz. Ale nie forsuj tempa, daj swemu ciału szanse na to, by się przystosowało do nowej sytuacji. Zwolnij. I rozmawiaj z personelem o tym, jak się czujesz”.

Dostaje od doktor van Houten tabletki z magnezem, które mają zmniejszyć poziom kwasu moczowego w moim organizmie. Idę na pomiar ciśnienia, a potem na lunch składający się z puree ziemniaczanego oraz warzyw. Potem ruszam na spacer po okolicznych wioskach. Mam wrażenie, że zewsząd otaczają mnie knajpy. Czuję nadchodzący ból głowy. Przede mną dziewięć dni, które spędzę wprawdzie w luksusie, ale za to z pustym żołądkiem. Ogarnia mnie smutek. Na kolacje dostaje trzy gotowane ziemniaki z duszonym koprem włoskim. Wypijam kilka szklanek wody i zasypiam, smutny, głodny i przygnębiony. Jestem tak rozbity, ze nic mi się nie śni.

Dzień trzeci

Waga: 81,4 kilograma

Poranek witam dudniącym bólem głowy. Wypijam litr wody i idę na spotkanie z pielęgniarką. O jedenastej wypijam roztwór siarczanu sodu, zwany tez solą glauberską. To łagodny środek przeczyszczający. Płyn ma gorzki smak, ale zapijam go sokiem malinowym. I tyle. W ten sposób oficjalnie zainaugurowałem mój post. Godzinę później wiem już, że sól glauberska przeleciała przeze mnie z siłą wodospadu. Około południa w moim pokoju pojawia się lunch – niewielka porcja bulionu. Osiem łyżek i miseczka jest pusta. Ból głowy jest już nie do wytrzymania. To zapewne objawy odstawienia kofeiny, a także efekt dwudziestu pięciu lat braku umiaru w jedzeniu i piciu. Wyglądam przez okno i obserwuję domki dookoła. Mieszkają w nich ludzie, którzy właśnie w tej chwili jedzą smaczny obiad i piją do tego piwo. Po jeziorze płynie łódź – z pewnością jest na niej barek, w którym można zamówić kiełbasę z porcją pysznej musztardy. Dość. Sięgam po książkę i próbuje skoncentrować się na lekturze. Bezskutecznie. Pojawia się pielęgniarką, bo pora na popołudniowy odpoczynek. Przyniosła gorący kompres, który ma stymulować moją wątrobę do lepszej pracy. Niech będzie. Do kolejnej miseczki bulionu zostało już tylko pięć godzin, myśli o jedzeniu nie przestają mnie dręczyć. Na szczęście głód się nie nasila, mam nawet wrażenie, że z czasem zaczyna słabnąć. Wieczorny bulion pochłaniam w kilka chwil, ale tym razem czuję wyraźnie jego smak. Gdyby nie ból głowy, byłoby znośnie. Wlokę się do mojego pokoju i aplikuje sobie gorącą kąpiel, popijając  w trakcie herbatę jabłkową. Wypijam trzy filiżanki, a potem napar z rumianku. O dwudziestej pierwszej zasypiam i zapadam w duszny, męczący sen, tak nieprzyjemny, że pamiętam go jeszcze przez chwile, gdy otwieram oczy z ciężkim westchnieniem. Jest trzecia w nocy, idę do toalety. Wracam i rzucam się na łóżko, by po chwili znów znaleźć się w tym samym koszmarze.

Dzień czwarty

Waga: 80 kilogramów

Rano czuję się nieco lepiej. Ból głowy nie mija, ale chyba się do niego przyzwyczaiłem. Wyszło słońce, więc poranek spędzam na kąpieli w basenie. Potem czeka mnie zabieg osteopatii, w trakcie którego rehabilitant, Herr Lutz, przez godzinę dotyka mnie i ugniata. Jego zabiegi w magiczny sposób sprawiają, ze zaczynam czuć się lepiej. Po wyjściu z gabinetu pora na filiżankę ziołowej herbatki. Z tym muszę się spieszyć, bo powinienem już pędzić na kolejny zabieg – tym razem pora na bańki.

Opublikowany przez Buchinger Wilhelmi Bodensee Piątek, 21 września 2018

 

Na lunch dostaje szklankę soku jabłkowego. Wypijam go łapczywie, po czym dociera do mnie, że w ogóle nie czuję głodu. To niezwykłe odczucie. Moje instynkty zostały poskromione. Spokój panujący w klinice zaczyna mi się udzielać. Ćwiczenia. Lektura. Rozmyślania, choćby o tym, jak smakowałby duży i soczysty stek. Ale to pytanie jest czysto akademickiej natury, nie odczuwam potrzeby zanurzenia zębów w krwistym kawałku mięsa. Do pokoju zagląda pielęgniarka z gorącym kompresem, wiec kładę się na łóżku i obserwuję przez okno okoliczne wzgórza. Wyniki moich badan są dobre, wyjąwszy „zły” cholesterol, ten niestety jest wciąż zbyt wysoki. Ból głowy niemal całkowicie ustąpił, łapię się na tym, że zaczynam odwzajemniać uśmiechy współpacjentów. Po południu ruszam na spacer po miasteczku, mijając obojętnie sklepy rzeźnickie i piekarnie. Czuję się, jakby oddzielała mnie od tych smakołyków szyba pancerna. Obserwuję rzeczywistość, która mnie otacza, ale nie odczuwam pragnień. Bałem się, że nie będę umiał przejść spokojnie obok gospody, tymczasem mam wrażenie, jakby chirurgicznie usunięto mi apetyt. Na obiad dostaje zupę z marchwi. Zjadam ją powoli, bez emocji. Skoro jest, to trzeba ja zjeść, jest całkiem smaczna. Na deser wypijam filiżankę herbaty ziołowej i przed snem ponownie oddaję się lekturze.

Dzień piąty

Waga: 80,2 kilograma

Rano wyskakuję z łóżka, zaspałem na zajęcia z medytacji. Wpadam do sali ćwiczeń i dołączam do grupy, ale nie potrafię usiedzieć nawet minuty ze skrzyżowanymi nogami, a sesja trwa bita godzinę. Czuję też, ze pilnie muszę iść do toalety. Kiedy dziennie pijesz kilka litrów wody, w toalecie spędzasz więcej czasu niż w stołówce. W sali do medytacji panuje całkowita cisza, przerywana jedynie odgłosami burczenia w pustych brzuchach. Przez chwilę mam ochotę nabijać się z moich towarzyszy niedoli, ale cynik we mnie cichnie, pojawia się za to uczucie błogostanu. Co się ze mną dzieje?

Pierwsza lewatywa. Nie jest to przyjemny zabieg, ale nie ma tez nic wspólnego ze scena z „Ostatniego tanga w Paryżu”. Pielęgniarka, litr ciepłej wody, rurka, a resztę możesz sobie dośpiewać. Po kilku minutach jest po wszystkim. Kiedy po zabiegu siedzę w ciszy, wyglądając przez okno i omiatając wzrokiem jezioro, czuje radość. Potem czas na wizytę w siłowni i trening biegowy. Jestem spokojny, nie obchodzi mnie, co dzieje się na świecie. Jestem tutaj i wolno mi całymi dniami nic nie robić. Oczywiście, to nie jest tania placówka, ale z drugiej strony – nocleg w dobrym hotelu to podobny wydatek. Po południu wybieram sie na spacer po okolicznych wzgórzach. Gdy wracam, serwują już kolacje – krem z dyni. Potem rytuał sie powtarza. Łóżko, książka i sen.

Dzień szósty

Waga: 79,8 kilograma

Mam sny w wysokiej rozdzielczości. Po przebudzeniu czuje sie silny i szczęśliwy. Próbuję przypomnieć sobie, jak to jest być głodnym, ale nie potrafię. To tak, jak spotkanie wybranki serca po latach – zastanawiasz się, jakim cudem kiedyś się w niej zadurzyłeś. Jedzenie, dotąd sens mojej egzystencji, przestało mieć dla mnie znaczenie. Posiłki są jedynie elementem codziennego rytuału. Z tego stanu wyrywają mnie dwie rzeczy. Pierwsza to łyżka miodu, którą dostaję do herbaty. Dokładnie zlizuję słodycz i nagle czuję, że moje kubki smakowe zachowują się, jakby porażono je prądem. Po chwili po moim ciele rozlewa się uczucie przyjemności. W żołądku budzi się bestia pożądania, czuję emocje, o których istnieniu zapomniałem. To niemal seksualne podniecenie, jakbym z czarno-białego filmu wszedł wprost na seans do Imaxa. Trwa to jednak tylko chwilę, po czym wszystko wraca do normy. Podobnie jest, gdy godzinę później mijam kino w miasteczku i dolatuje mnie zapach świeżego popcornu. Chwila ekscytacji, a potem znowu spokój.

Wieczorem czeka na mnie porcja zupy pomidorowej. Później czas na sen, a przed zaśnięciem jeszcze lektura autobiografii Władimira Nabokowa. Mam postanowienie, by uporać się z tą książką, ale zmęczenie mnie pokonuje i zasypiam przy zapalonym świetle. Sny nie przychodzą.

Dzień siódmy

Waga: 78,6 kilograma

Kres pobytu w klinice nadszedł szybciej niż mogłem się spodziewać. Przywykłem do codziennej rutyny, zajęć i zabiegów przeplatanych posiłkami. Pielęgniarka, pływanie, sok, odpoczynek, spacer, bieganie, zupa, sen. Czuję, że po opuszczeniu kliniki zatęsknię za tym stanem. To luksus, zarazem niezwykle samolubne doświadczenie, ale i bardzo przyjemne. Ucinam sobie pogawędkę z pacjentami, którzy odwiedzają klinikę Buchingera co roku. Niektórzy z nich przyjeżdżają tu, by leczyć reumatyzm lub cukrzycę. Nie chcą standardowej terapii, w której chorych szprycuje się lekami, wolą relaks nad Jeziorem Bodeńskim, spokój oraz post. Mój ostatni terapeutyczny posiłek to zupa z selera i kopru. Na co dzień byłbym gotów uciekać, gdzie pieprz rośnie, byle nie zjeść czegoś takiego, ale tym razem zjadam wszystko, do ostatniej łyżki.

Dzień ósmy

Waga: 77,8 kilograma

Moment, gdy kończę post, okazuje się ciężkim przeżyciem, jakbym stracił przyjaciela. Po sesji shiatsu i przepłynięciu kilkunastu basenów na śniadanie dostaję przetarte jabłko na ciepło z dodatkiem cynamonu. Smak wypełnia mi usta, czuję, że ślinianki zaczynają wariować, zastygam na chwilę obezwładniony smakiem owocowego puree. Moje ciało jeszcze nie umie poradzić sobie z tym, że po okresie postu wracam do normalnego jedzenia. Mimo wszystko to miłe i zaskakujące uczucie. Nie odczuwam głodu. Po prostu – skoro podali posiłek, trzeba go zjeść.

Po odpoczynku czas na kolejny posiłek. Tym razem dostaję jabłko w plasterkach. Przeżuwam je bardzo powoli, delektując się soczystym miąższem i słodyczą. Zjadam jednak tylko połowę, więcej nie mogę. Na kolację znowu jest zupa, a potem szefostwo placówki wręcza mi certyfikat ukończenia terapii oraz pamiątkową ozdobną świeczkę. Udało mi się. A zarazem – jest mi przykro. Jem mechanicznie, nie ma w tym radości.

Dzień dziewiąty

Waga: 77,2 kilograma

Koniec. Definitywnie wracam do świata przeżuwaczy. Na śniadanie – owsianka z jabłkiem i winogronami doprawiona cynamonem, do tego dwie śliwki. Smaki wydają mi się niezwykle intensywne i świeże, ale wszystko smakuje, jakbym jadł to przez folię. Nie mam ochoty, odstawiam miskę w połowie pełną.

Dla odmiany lunch bardzo mi smakuje. Najpierw zjadam sałatę z ostrym dressingiem, potem puree ziemniaczane z masłem i szpinakiem. Znowu pół porcji zostaje na talerzu, ale cieszy mnie, że w mojej diecie ponownie zagościło masło. Czy tak to ma odtąd wyglądać? Zostanę wegetarianinem stroniącym od używek, za to regularnie chodzącym na masaż shiatsu? O matko, stałem się strasznym nudziarzem.

Mimo wszystko – jestem zadowolony. Czuję się szczuplejszy, bardziej radosny, zniknął stres i podenerwowanie. Pora na spotkanie z doktor Ewą Lischką, szefową kliniki. „Poszczę dwa razy w roku, przez siedem do dziesięciu dni – mówi. – Robię tak od ponad trzydziestu lat. Rezultaty są niezwykłe, także jeśli chodzi o psychikę. Gdy czuję poirytowanie albo stres, zaczynam pościć. I wszystko mija, jak za dotknięciem różdżki”. Uśmiecha się. „Teraz ty także masz w sobie moc, by radzić sobie z problemami”.

Spadek wagi to według niej najmniej istotna zmiana. „Najważniejsze wydarzyło się w twojej głowie, na powrót stałeś się pogodnym człowiekiem. Przyjeżdżają do nas ludzie, których bardzo doświadczył los – niektórzy stracili dzieci albo partnerów, inni przeżywają najróżniejsze kryzysy. Chcą być tutaj, żeby zrezygnować na pewien czas z jedzenia. Już po czterech dniach w klinice można zaobserwować u nich zmianę”. Pora na mnie, zbieram się. „Pamiętaj, że post wpisany jest w historię ludzkości. Nasi przodkowie musieli poszukiwać pożywienia. Zdarzało się, że przez wiele dni chodzili głodni. Mimo to musieli zachować refleks i przytomność umysłu podczas polowania, bo od tego zależało, czy przeżyją” – tłumaczy doktor Lischka.

Ostatnim zabiegiem przed wyjazdem jest masaż tybetańskimi misami. Dosłownie. Leżę w ciemnym pomieszczeniu, a na mnie spoczywają masywne metalowe naczynia przypominające instrumenty perkusyjne. Misy przyjemnie wibrują, a ja pogrążam się w stanie głębokiego relaksu. Jest mi po prostu dobrze.

Opublikowany przez Buchinger Wilhelmi Bodensee Niedziela, 29 marca 2015

Dzień dziesiąty

Waga: 77,2 kilograma

Wyjeżdżam. Zostawiam za sobą cały ten spokój i wyciszenie. Będzie mi brakowało Jeziora Bodeńskiego i basenu z gorącą wodą, przesiadywania w ciszy i gapienia się w dal. „Po zakończeniu postu twoje ciało przypomina pusty dom – mówi na pożegnanie Raimund Wilhelmi, przedstawiciel trzeciego pokolenia rodziny zarządzającej kliniką. – Stare dywany i tapety zostały usunięte. Teraz pora na to, by urządzić wszystko od nowa. Dopiero wtedy będziesz mógł uznać, że twoje życie zmieniło się na lepsze”.

Kilka dni po powrocie do domu ponownie odzywa się we mnie dawna zachłanność. Z czasem wracają też złe nawyki. Nie mogę powiedzieć, bym urządził ten mój pusty dom jakoś inaczej. Zacząłem jednak chodzić na spinning, tyle dobrego. Staram się też jeść i pić nieco mniej. Czasem myślę o tych dziesięciu dniach w klinice. Pojechałem tam trochę dla beki, a wyjechałem – zauroczony.

TekstToma Parkera Bowlesa o klinice Buchinger Wilhelmi ukazał się w numerze 5/2018.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie