Między Bogiem a Pradą. Co warto zobaczyć w Sankt Moritz?
Fot: iStock

Między Bogiem a Pradą. Co warto zobaczyć w Sankt Moritz?

Miasteczko, które zapewnia spory zastrzyk PKB zamożnej Szwajcarii musi być pełne cudów. A za cuda trzeba słono płacić. Sankt Moritz to stolica alpejskiego luksusu.
27.12.2018

Dziś to jeden z najbardziej znanych kurortów w Alpach. Ale jeszcze 150 lat temu o Sankt Moritz, miasteczku położonym pośród jezior doliny Engadyny, słyszeli tylko mieszkańcy okolicznych miejscowości. Wielka sława miała dopiero nadejść, dzięki dynamicznie rozwijającej się w regionie turystyce zimowej.

Czytaj też: Dyskretny luksus. Co warto zobaczyć w Sztokholmie? 

Pierwsi goście zaczęli zjeżdżać tu z Anglii w poszukiwaniu gór większych niż Scafell Pike (978 m n.p.m.) i miejsc, gdzie słońce świeci częściej niż nad Dover. W Gryzonii (nazwa kantonu) notuje się 300 słonecznych dni w roku. Dziś do Sankt Moritz przyjeżdżają nie tylko Anglicy, ale i Niemcy, Włosi oraz coraz częściej Rosjanie. Stałymi bywalcami są także zostawiający tu krocie arabscy szejkowie. Pięciotysięczne miasteczko gości w okresie świątecznym nawet 200 tysięcy turystów.

Do Sankt Moritz prowadzi droga, którą z Mediolanu i Monachium można pokonać w nieco ponad trzy godziny. Wielu turystów wybiera jednak inne rozwiązanie. Lądują w Zurychu, a potem pociągiem „Glacier Express” z kilkoma przesiadkami, ale zawsze punktualnie dojeżdżają do stacji Sankt Moritz. Można też skorzystać z lotniska oddalonego od miasteczka tylko o kilka kilometrów. To idealna opcja dla poruszających się prywatnymi odrzutowcami milionerów z całego świata.

Brak wolnych miejsc nawet w najdroższych hotelach i niemal puste stoki. Kolejki do wyciągów krótsze niż te po Glühwein (grzane wino) w barze. To rzeczywistość Sankt Moritz. Ludzie przyjeżdżają tu odpocząć, a odpoczynek i rekreację ograniczają do leniwego przeciągania się w jacuzzi. Ale nie wiedzą, co tracą. Okoliczne stoki słyną z idealnych warunków od listopada do końca marca. Jesteśmy przecież w samym środku masywu alpejskiego. Wilgotne powietrze prawie tu nie dociera, a suchy klimat utrzymuje śnieg w takim stanie, jakby spadł zeszłej nocy. Lokalne ośrodki szczycą się aż 350 kilometrami tras narciarskich. To na nich rozegrano dwukrotnie Zimowe Igrzyska Olimpijskie, w 1928 i w 1948 r. W lutym tego roku rozegrano tu mistrzostwa świata w narciarstwie alpejskim.

Jedną z najważniejszych postaci w historii miasta jest Johannes Badrutt, hotelarz i prekursor turystyki zimowej. Zasłynął tym, że jako pierwszy wysyłał zaproszenia do przyjaciół zza Alp. Narty pozostawione w jego hotelu przed stu laty, wąż czekają na potomków ich właścicieli. Deski pamiętają jeszcze czasy spartańskich warunków w lokalnych domach wczasowych. Dziś, powstałe na ich miejscu hotele to zimowe pałace i synonim luksusu mierzony pięcioma gwiazdkami z dopiskiem superior. A tu na taki status trzeba solidnie zapracować. Hotel Kulm jest jednym z nich. Gościom oferuje pole golfowe, basen otwarty nawet zimą i 172 pokoje. Niektóre łączone – ponoć jedna z najpotężniejszych rodzin na świecie, dynastia Saudów panująca w Arabii Saudyjskiej, uwielbia wynajmować całe ciągi apartamentów.

Wiele pokoi nie zmieniło swojego charakteru od lat. Nadal mają drewniane sufity, tapety i lamperie w intensywnych barwach. Wszystko dla dobra gości. Stali bywalcy przyjeżdżają tu co roku (nawet od 50 lat) i bawią w hotelu po kilka miesięcy. Chociaż doba kosztuje tu minimum 3 tysiące złotych. Jeśli już mówimy o pieniądzach, to niech tę opowieść zakończy anegdota. Na szczycie malowniczej Corviglii znajduje się restauracja La Marmite. Jeden z dziennikarzy zapytał kelnera o największy rachunek, jaki udało mu się wystawić. Ten, niewiele myśląc, podał sumę bliską 65 tysiącom franków (ok. 265 tysięcy złotych). Robi wrażenie? Skoro przyjeżdżasz do Sankt Moritz, to znaczy, że cię na to stać.

Tekst Aleksandra Hudzika ukazał się w numerze 2/2017 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie