Burning Man: spontaniczna eksploracja
Fot: Starstock

Burning Man: spontaniczna eksploracja

To nie jest festiwal muzyczny. To doroczne święto najbardziej twórczych ludzi świata, którzy zuchwali są także w zabawie. To wielkie wesołe miasteczko dla dorosłych, które w całości tworzą jego goście.
28.12.2018

Wspólnie budują miasteczko, w którym zaciera się granica między życiem a sztuką i nie obowiązują ogólnie przyjęte zasady życia społecznego: pieniądze (prawie) nie mają zastosowania, a celem nie jest zysk, ale wspólne przeżycie czegoś specjalnego. Tłum żądnych przygód osobników przez kilka dni bawi się, jakby jutra miało nie być, po czym razem z miasteczkiem znika bez śladu. To najkrótszy opis odbywającego się już od ponad trzydziestu lat festiwalu Burning Man – prawdopodobnie najbardziej odjechanej imprezy na świecie.

Czytaj też: Barkley Marathons, czyli pięć pętli piekła 

Burning Man to nie festiwal muzyczny – muzyka jest na nim obecna, ale nie odgrywa głównej roli. Tutaj najważniejsi są ludzie, ich wyobraźnia i chęć uczestnictwa. Nie ma sztywnych ram i obowiązuje zasada, by robić to, co się chce i wszystkim dzielić się z innymi. Nie „korzystać” z festiwalu, ale aktywnie go współtworzyć. Brzmi mętnie? Może i tak, ale okazuje się, że niemal nieograniczona wyobraźnia odwiedzających czyni z Burning Mana wydarzenie, podczas którego wszystko może się zdarzyć. To doroczna celebracja wolności dla wszelkiej maści wolnych duchów, artystów, ale także dla milionerów z Doliny Krzemowej.

To zła kobieta była

Cała historia zaczęła się dość niepozornie. W 1986 roku niejakiego Larry’ego Harveya rzuciła dziewczyna. Nie było mu z tym łatwo – musiał odreagować. Larry uznał, że tradycyjne topienie smutków w alkoholu mu nie wystarcza. Postanowił symbolicznie pożegnać się ze swoją byłą, paląc jej kukłę podczas plenerowej imprezy zorganizowanej ze znajomymi na jednej z plaż San Francisco. Wydarzenie spodobało się na tyle, że impreza z paleniem kukły (to od niej wzięła się nazwa Burning Man) stała się doroczną tradycją.

W następnym roku na plażę przybyło już 80 osób. W kolejnym – 200, w następnym – 300 i tak dalej. Impreza stopniowo stawała się popularna, a Larry z czasem zmienił ją w wydarzenie biletowane i przeniósł na pustynię Black Rock – rosnące zainteresowanie wymusiło wybór bardziej przestronnego miejsca. W końcu o festiwalu, który w 1996 roku odwiedziło już 8000 osób, napisał magazyn „Wired” i zaczęło się na dobre. Z kilku tysięcy uczestników, na przestrzeni paru następnych lat zrobiło się kilkadziesiąt. Kiedyś bilety na Burning Mana sprzedawano przy wejściu. Dziś pięćdziesiąt tysięcy dostępnych wejściówek rozchodzi się w ciągu mniej niż godziny od momentu udostępnienia ich do sprzedaży na stronie internetowej festiwalu, mimo że to wydatek rzędu kilkuset dolarów.

Burning Man od lat odbywa się według podobnego scenariusza. Na charakterystycznym planie trzech czwartych okręgu przybywający uczestnicy budują miasteczko Black Rock City, w którym pełno tematycznych „obozów”. W niektórych z nich można uczestniczyć w najróżniejszych warsztatach, w innych rozdawane jest jedzenie, a w jeszcze innych odbywają się imprezy. Na pustyni wokół miasteczka uczestnicy stawiają rzeźby i instalacje artystyczne, ale także „zabawki dla dorosłych”: zjeżdżalnie czy trampoliny. W efekcie pustynna równina w Nevadzie na kilka dni zamienia się w jedyne w swoim rodzaju wesołe miasteczko. Po ogromnym terenie o powierzchni tysiąca ośmiuset hektarów (dla porównania – londyńskie lotnisko Heathrow zajmuje powierzchnię tysiąca dwustu hektarów) uczestnicy poruszają się na rowerach. Poza jednośladami po pustyni jeżdżą również niezwykłe samochody-instalacje – część zamieniono w obwoźne bary, inne to mobilne kluby taneczne. Wszystkie wyglądają jak spełnione wizje surrealistów.

Lepiej niż na Woodstock

„Wiele lat temu, kiedy dowiedziałem się o festiwalu w Woodstock, zrobiło mi się żal. Myślałem, że to rzecz, która wydarzyła się tylko raz w historii i nigdy nie będę mógł w czymś podobnym uczestniczyć – mówi Wojtek Janiszewski, programista, podróżnik, twórca serwisu internetowego „Trzy Ameryki” i uczestnik festiwalu na pustyni Black Rock. – Kiedy usłyszałem o Burning Manie, zrozumiałem, że nie wszystko stracone. Są jeszcze na świecie takie wydarzenia!” – dodaje. Wojtek dobrze trafił. Ludzie, którzy byli na Burning Manie, zgodnie twierdzą, że ten festiwal to wydarzenie wyjątkowe i nieporównywalne z innymi. Daniel Pinchbeck, autor książki „Przełamując umysł”, w której opisuje m.in. festiwal Burning Man, wprost zadaje pytanie, czy

atmosfera festiwalu przypomina to, co działo się w latach sześćdziesiątych. Odpowiada mu John Perry Barlow, poeta, eseista i były tekściarz Grateful Dead, stały bywalec Burning Mana, który pamięta czasy rewolucji hipisowskiej: „To coś znacznie lepszego. Mamy tu mniej panicznego szukania rozkoszy i schlebiania sobie, więcej umiarkowania”.

Coś w tym jest. „Burnerom” chodzi o to samo, o co chodziło hipisom – o stworzenie, chociaż na chwilę, alternatywnego społeczeństwa, w którym naczelną zasadą jest wolność. Z tą różnicą, że wypracowali oni zestaw procedur, jak to zrobić. Na Burning Manie rządzi dziesięć głównych zasad, wśród których są nie tylko radykalne uczestnictwo, samodzielność, obdarowywanie innych uczestników czy nieograniczona autoekspresja, ale również obywatelska odpowiedzialność, przymus działania dla dobra tymczasowej społeczności i obowiązek niepozostawienia po sobie żadnych śladów po zakończeniu imprezy. Burning Man to nie tylko kilka dni niczym nieskrępowanej, hedonistycznej zabawy, ale również odnawiana każdego roku próba zbudowania utopijnej, anarchistycznej społeczności.

Spontaniczna eksploracja

Na Burning Mana przyjeżdżają nie tylko Amerykanie; są ludzie z całego świata, wśród nich także Polacy. Przemysław A. Słomski, przedsiębiorca, bloger ekonomiczny, do tej pory brał udział w czterech edycjach festiwalu. „Poznałem ludzi z całego świata, bardzo gościnnych i otwartych. Wysłuchałem wiele historii. Podróżowałem całymi nocami autobusami przerobionymi na darmowe puby, od imprezy do imprezy. Tańczyłem z nagimi kobietami na barach. Piłem alkohol, którym częstowali mnie przygodnie poznani ludzie. Trudno wszystko spamiętać” – wspomina Słomski. „Ten festiwal to wielki kemping na pustyni – uzupełnia Wojtek Janiszewski. – Wszyscy tam są bardzo otwarci. Dni płyną na spontanicznej eksploracji. Po prostu jeździsz rowerem z miejsca na miejsce i zatrzymujesz się, kiedy coś cię zainteresuje. Nocami z kolei głównie się imprezuje. Na pustyni króluje muzyka elektroniczna”. Najróżniejszych atrakcji jest na Burning Manie tyle, że niektórzy uczestnicy mówią, że to „festiwal rzeczy, których się nie zrobiło”. Co to znaczy? Jeszcze raz Janiszewski: „Na festiwalu dzieje się tyle, że prawdopodobnie dziesięć różnych osób nie będzie miało z niego ani jednego wspólnego wspomnienia. Wszystko zależy od tego, w którym miejscu znajdziesz się w danej chwili”. Na Burning Manie wszystko jest momentalne, wszystko płynie i się zmienia, najciekawsze inicjatywy bywają chwilowe i niezaplanowane. „To był mój pierwszy raz na festiwalu, więc przez większość czasu raczej brałem niż dawałem, ale któregoś dnia stwierdziłem, że chcę wreszcie zrobić coś dla tej społeczności – mówi Janiszewski. – Stwierdziłem, że będę rozwoził yerbę mate. I rzeczywiście: zrobiłem szyld, wsiadłem na rower i parzyłem wszystkim chętnym herbatę. Ale ludzie mają różne pomysły. Pewna grupa kempingująca niedaleko mnie miała miotacz ognia i pozwalała się nim pobawić. Skorzystałem, chociaż mało brakowało, a spaliłbym sobie włosy”.

Festiwal ludzi twórczych

Chyba każdy, kto korzysta z internetu, wie, czym jest Google Doodle – to prezentowane regularnie modyfikacje loga wyszukiwarki Google. Mało kto wie jednak, w jakich okolicznościach ta tradycja została zapoczątkowana. Pierwszy Doodle pojawił się w 1998 roku i był bardzo prosty: w drugie „o” w wyrazie Google została wkomponowana kukła – symbol Burning Mana. Wiadomość, którą chcieli w ten sposób przekazać Sergey Brin i Larry Page – właściciele niewielkiej wówczas firmy – była prosta: „Chwilowo nas nie ma, jesteśmy na Burning Manie”.

Festiwal odbywający się na pustyni Black Rock to od lat ulubione miejsce najbardziej twórczych ludzi z branży technologicznej. Poza Page’em i Brinem, stałymi gośćmi Burning Mana, są m.in. Elon Musk, Mark Zuckerberg czy Jeff Bezos. Tych sław przeciętny „burner” raczej nie spotka. Spotkać może za to tysiące innych ekscytujących osobowości. „Na Burning Manie poznałem m.in. pracownika CIA, dyrektora dużej firmy handlującej akcjami, dużego plantatora marihuany, a także jednego z ludzi zaangażowanych w powstawanie bitcoina. Tam też po raz pierwszy usłyszałem o tej kryptowalucie” – mówi Przemysław Słomski. Z kolei Janiszewski opowiada o przyjaznej pogawędce z inżynierem NASA, który na festiwal przywiózł ze sobą replikę łazika jeżdżącego po Marsie. Na tym jednak nie koniec. „Na festiwal jechałem z dwiema innymi osobami, żeby podzielić się kosztami paliwa – opowiada Wojtek Janiszewski. – Jedną z tych osób był niejaki John T. Draper, lepiej znany jako Captain Crunch, legendarny amerykański hacker, przyjaciel i współpracownik Steve’a Jobsa i Steve’a Wozniaka, założycieli firmy Apple. Polubiliśmy się. Po festiwalu zaprosił mnie na imprezę, na której mogłem poznać Wozniaka, ale niestety nie skorzystałem z tego zaproszenia. Byłem akurat w Meksyku i miałem za daleko”.

Poza inżynierami, biznesmenami, offowymi artystami, filmowcami, DJ-ami,hackerami czy twórcami start-upów, w ostatnich latach na pustyni coraz częściej pojawiają się także celebryci. W sieci nietrudno znaleźć burningmenowe fotografie Paris Hilton, Katy Perry, P. Diddy’ego, a nawet Susan Sarandon czy... Natalii Siwiec. Nie wspominając już o top modelkach – ich obecność dodaje zdjęciom z Burning Mana jeszcze więcej blasku.

Cały tekst Radka Pulkowskiego znajdziecie w numerze 5/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie