Polacy z Sillcon Valley. Czego nauczyła ich Dolina Królów?
Fot: Kadr z serialu "Dolina Krzemowa"/ HBO

Polacy z Sillcon Valley. Czego nauczyła ich Dolina Królów?

Jeśli masz startup i marzysz o tym, by wyjść z nim poza własny garaż, prędzej czy później musisz tam zawitać w poszukiwaniu inwestorów, kontaktów i wiedzy. Oni już tam dotarli.
11.01.2019

Na początek trochę arytmetyki. Na biurkach szefów amerykańskich funduszy venture capital rocznie ląduje ponad milion propozycji od nowych firm technologicznych z całego świata. Na inwestycje liczyć może średnio jedna na trzysta propozycji. Z tego grona jedynie co dziesiąty startup ma szanse na sukces finansowy, który z jego twórców uczyni milionerów. Przygniatająca większość firm, które ubiegają sie o finansowanie z Doliny Krzemowej, upada. Podobno tak kończy ponad dziewięćdziesiąt procent startupów. Na każdą firmę w rodzaju AirBnB czy Ubera przypadają tysiące firm, którym się nie powiodło. Co takiego mieli Polacy, którym udało sie dostać do Doliny i przeżyć, by o tym opowiedzieć?

Czytaj też: Burning Man - spontaniczna eksploracja 

Na początku jest pomysł 

Grzegorz, Wojtek, Michał. Każdy z nich przygodę z nowymi technologiami zaczął wcześnie. Wojtek Radomski, który dzięki swojemu wynalazkowi może dokonać przełomu w medycynie, pierwszą firmę założył jako nastolatek. Jeździł do klientów na rowerze z komputerem w plecaku i świadczył usługi informatyczne. Grzegorz Pietruszyński jako student pojechał na stypendium do Chin. Miał się uczyć języka, ale w Państwie Środka założył firmę. Michał Borkowski, twórca największej na świecie platformy edukacyjnej, pierwsze kroki w biznesie stawiał jako szesnastolatek.

Dzisiaj są doświadczonymi przedsiębiorcami i zarabiają duże pieniądze. Po drodze zdążyli popełnić wszystkie możliwe błędy i, co ważne, wyciągnąć z nich wnioski. Bywają w Krzemowej Dolinie i negocjują z inwestorami stamtąd. Mówią jednym głosem: początkiem zawsze jest dobry pomysł, ale łatwiej wymyślić świetny startup niż potem utrzymać firmę na powierzchni. W Dolinie Krzemowej przegrywa się błyskawicznie, a inwestorzy nie mają sentymentów. Nie powiodło ci się? Próbuj dalej, powodzenia. Potrzebny jest dobry pomysł na biznes, wola walki, ciężka praca i trochę szczęścia.

Software pożera świat 

Dolina Krzemowa naprawdę leży w dolinie. To część Santa Clara Valley, nieopodal miasta San Jose, w północnej części Kalifornii. Dlaczego krzemowa? Gdy to pojęcie powstawało, motorem innowacji były firmy produkujące komputery i mikroprocesory. Te czasy minęły, dzisiaj o sile i innowacyjności Silicon Valley decydują firmy technologiczne tworzące oprogramowanie. Nazwa pozostała, jako oznaczenie miejsca, w którym bije serce nowej gospodarki. Marc Andreessen, twórca jednego z najbardziej wpływowych funduszy venture capital, Andreessen Horowitz, przepowiedział kilka lat temu, że „software pożre cały świat”, konsumując kolejne branże i niszcząc gałęzie starej gospodarki. To właśnie dzięki temu pożeraniu firmy z Doliny zarabiają miliardy dolarów. Szacuje się, że w Dolinie mieszka około czterech milionów ludzi. Średnie zarobki są tutaj najwyższe w Stanach Zjednoczonych, tutaj też mieszka średnio najwięcej milionerów na tysiąc mieszkańców – a także miliarderów.

Wieczne "day one" 

Grzegorz Pietruszyński, założyciel firmy Growbots tworzącej oprogramowanie automatyzujące sprzedaż, chętnie opowiada o swoim zetknięciu z Doliną Krzemową. Narzędzie, które sprzedaje Growbots, pozwala firmom precyzyjnie dobrać potencjalnych klientów. W 2016 roku firma zarobiła cztery miliony dolarów, a Grzegorz zatrudnia kilkadziesiąt osób w Warszawie i Kalifornii. Nieźle, jeśli wziąć pod uwagę, ze Growbots narodziło się niespełna trzy lata temu.

Czego nauczyła go Dolina Krzemowa? Grzegorz odpowiada krótko: biznesu. Ogromnie dużo dał mu udział w programie akceleracyjnym 500Startups, zapoznającym młodych przedsiębiorców ze światem nowych technologii i ludźmi, którzy dysponują wiedzą pomagającą odnieść sukces w branży high-tech. Pietruszyński próbował dostać się do Y Combinator, akceleratora mającego w Dolinie status niemal legendarny; dzięki niemu skrzydła rozwinęły takie firmy jak Dropbox, Reddit czy Twitch. Nie udało się, ale Grzegorz nie żałuje. W ramach programu 500Startups brał udział w spotkaniach z najważniejszymi ludźmi z branży, przy okazji dopracował tez swój produkt. Wszystko pod okiem przedsiębiorców, którzy kiedyś zaczynali tak jak on, a dzisiaj prowadza firmy wyceniane na dziesiątki albo setki milionów dolarów. Wystarczył dobry pomysł, by otrzymać szansę znalezienia się przy jednym stole największymi graczami świata high-tech.

– Nigdzie nie nauczyłem się tyle, co w Silicon Valley – opowiada Pietruszyński. – Gotowość do dzielenia się wiedzą z innymi stanowi fundament kultury Doliny Krzemowej. Bez tego cały ekosystem nigdy by się tak nie rozwinął. Tego nie da się skopiować, dlatego jak dotąd nigdzie nie powstała kolejna Dolina Krzemowa. Nie wystarczy góra pieniędzy, potrzebne jest cos jeszcze: ludzie muszą być otwarci i gotowi do pomagania – podkreśla.

Naprawiaj błędy i idź dalej 

Dominacja firm i funduszy z Santa Clara Valley nie podlega dyskusji. To unikatowe miejsce w skali świata, bliskość niezwykle wpływowego uniwersytetu Stanforda (kończyli go między innymi Larry Page i Sergey Brin, twórcy Google’a) oraz wielkich kosmopolitycznych metropolii Kalifornii zapewnia dopływ świetnie wykształconych młodych ludzi z całego świata. Zainteresowanie amerykańskich korporacji i rządowych instytucji generuje popyt na urządzenia i oprogramowanie, a także wzmaga nacisk na innowacyjność, a obecność tak dużej liczby firm technologicznych tworzy unikatową kulturę biznesu nieznaną nigdzie indziej. Wiele miejsc na świecie próbuje naśladować rozwiązania, które sprawdziły się w Dolinie. Do miana rywala pretenduje Pekin, o którym mówi się, ze w przyszłości może zagrozić dominacji firm i funduszy z Silicon Valley. Na razie jest to jednak pieśń przyszłości. Centrum światowych innowacji mieści się w Dolinie Krzemowej. Żaden hub technologiczny na świecie nie otwiera przed startupami takich możliwości jak to miejsce. Bywa że okres od pojawienia się pomysłu do osiągnięcia milionowych zysków przez startup trwa ledwie kilka miesięcy. A jeden udany biznes rodzi kolejne, owocuje tez powstawaniem kolejnych innowacyjnych gałęzi gospodarki. Tak powstaje biznesowa potęga, która pod względem generowanego przychodu może spokojnie rywalizować z państwami średniej wielkości.

Grzegorz Pietruszyński do programu 500Startups trafił wraz z przedstawicielami trzydziestu pięciu innych firm z całego świata. Startował ze słabej pozycji. Pozostali uczestnicy programu mogli pochwalić się albo setkami tysięcy dolarów przychodu rocznie, albo dofinansowaniem rzędu kilku milionów dolarów. On nie miał ani tego, ani tego. – Nie miałem kompleksów – zaznacza. – Dzięki Internetowi oprogramowanie można sprzedawać wszędzie, nie liczy się to, skąd pochodzisz. Szybko zdobyliśmy klientów w USA i zgłosiliśmy się do najlepszych programów akceleracyjnych. Nie ma co myśleć o kompleksach, trzeba działać.

Niewiele brakowało, by jego firma poległa tak, jak wiele innych startupów próbujących szczęścia w Dolinie Krzemowej. Bo w zasadzie wszystko zaczęło się od katastrofy. Tuż przed wypuszczeniem produktu na rynek i zaraz po uzyskaniu pierwszych klientów system firmy Growbots przestał działać. Zaciął się i przez dwa tygodnie był kompletnie nie do użytku. Sytuację udało się opanować. – To było chwilowe potknięcie – tłumaczy. – Nigdy nie mieliśmy poczucia, ze nasza przygoda może się skończyć. Cały czas popełniamy błędy, ale naprawiamy je. Uczymy się i idziemy dalej.

Growbots w swoim portfolio ma dzisiaj kilkuset klientów z całego świata. Rok 2017 firma zamknęła przychodem czterech milionów dolarów. – Jesteśmy wciąż na początku drogi. Lubię powtarzać za Jeffem Bezosem: ciągle mamy „Day One”, pierwszy dzień, początek – mówi Grzegorz, ale dodaje, że celem jest teraz osiągnięcie stu milionów dolarów przychodu rocznie. – Później zaczniemy myśleć o Wall Street – kończy.

Cały tekst Janusza Schwertnera ukazał się w numerze 3/2017

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie